środa, 12 grudnia 2018

parkrun #125 Gdańsk-Południe

Dobiegłem na metę z czasem 20:25. Na czwartym miejscu. To był mój drugi najszybszy bieg w życiu, ale... czuję pewien niedosyt...


Przez ostatnie miesiące doświadczałem stanu ciągłego biegowego uniesienia, kiedy biegałem o minutę szybciej niż się spodziewałem. Dostawałem więcej niż marzyłem. Znacznie więcej. A w sobotę tak naprawdę pierwszy raz od długiego, długiego czasu chciałem pobiec szybciej ale nie dałem rady, chciałem ponownie złamać 20 minut i udowodnić sobie, że tydzień temu nie wydarzyło się nic wyjątkowego. No ale się nie udało :)

piątek, 7 grudnia 2018

Bieganie z polską muzyką: Kult - Spokojnie [1988]


Mam na półce większość winyli, które ukazywały się w Polsce w latach 88-90. Pamiętam chyba wszystkie kapele, które pojawiały się wtedy w radio i wchodziły na Listę Przebojów Programu Trzeciego, nawet jeżeli była to tylko "poczekalnia". Do wielu mam ogromny sentyment, wiele wtedy wydawało mi się ważnych. Ciepło wspominam "Szukam nowego siebie" - Sztywny Pal Azji czy "Krew Marylin Monroe" - Róże Europy. Ale nie wracam do nich. Kurz końcówki lat 80-tych opadł i przez kolejne 30 lat nie miałem potrzeby ani powodu by wracać do tamtych kapel...

... z jednym wyjątkiem. Z wyjątkiem płyty "Spokojnie" grupy Kult. Wracam do tej płyty wielokrotnie przez kolejne dekady mojego życia i za każdym razem ten album uważam za rewelacyjny, wręcz genialny, ponadczasowy.

Co więcej, robię to wbrew mojemu idolowi i mentorowi, Tomkowi Beksińskiemu. Pamiętam jak w jeden z audycji prezentując płytę grupy The Cult zapowiedział ją słowami, aby absolutnie nie nie mylić The Cult z Kult, czyli z zespołem z zupełnie innej (niższej) ligi.

To nie słynna "Arahja" (mój dom murem podzielony...) jest tym pierwszy, najważniejszym dla mnie utworem z tej płyty. To nie przez Arahję wciągąłem się w Kult. Zamykam oczy i zaczynam słyszeć z radioodbiornika marki Grundig słowa inne piosenki...  

Patrz, klęczą ludzie w katedrze pod świętymi obrazami. Gdziekolwiek się nie poruszysz, patrzą na ciebie oczami.  

To było moje pierwsze świadome zetknięcie z muzyką Kult.


Do dziś to moja ulubiona płyta, jaka kiedykolwiek wyszła spod pióra Kazika i spółki. Co ciekawe, sam Kazik mimo wszelkich symptomów mówiących o tym, że powinien mnie drażnić w całokształcie (ze swoją manierą, filozofią i wszystkowiedztwem) - nie drażni mnie :) Akceptuję Kazika. Lubię sporo z jego twórczości nawet jeżeli kojarzą mi się z pijaną klientelą Rock Cafe drącą się ile dała fabryka przy refrenie Taty Kazika ... na głowieeeeeee kwieeeeeny ma wiaaaanek.

Kult na płycie Spokojnie jest inny. Jest "na poważnie", jest ponadczasowy zarówno kompozycyjnie jak i w kontekście aranżacji. Każdy utwór tutaj ma swoje miejsce i w każdym z nich fan rocka progresywnego (jak ja) odnajdzie kalkę swojej duszy.

* * *

SBB, Exodus, Collage, Breakout, Grechuta, Kult. Mamy już 6 pozycji w mojej Top 10 najlepszych moich polskich płyt wszech czasów. Trzy kolejne pozycje są już na 100% zajęte (uprzedzę, że będzie to wielka trójca polskiego prog-rocka lat 90-tych). Pozostaje jedno wolne miejsce. To naprawdę nie jest gra pod publiczkę :) Mam już jakieś 15 propozycji na ten wakat... i naprawdę nie wiem co wybrać.
  1. SBB - Memento z Banalnym Tryptykiem
  2. Exodus - The Most Beautiful Day
  3. Collage - Moonshine
  4. Breakout - Blues
  5. Marek Grechuta - Magia Obłoków
  6. Kult - Spokojnie



  7. ?

Najbardziej paradoksalna zaleta zegarka biegowego


Nie wiem czy to jest temat na osobny wpis, ale chciałbym podzielić się swoim świeżutkim spostrzeżeniem na temat tego co dał mi zegarek biegowy (po niespełna dwóch tygodniach używania). A dał mi rzecz całkowicie paradoksalną.

Dzięki zegarkowi biegowemu wreszcie (!!!) mogę biegać i nie wiedzieć w jakim tempie biegnę!

czwartek, 6 grudnia 2018

Kącik biegowego melomana: Feist - Pleasure


Dlatego właśnie uwielbiam rozmawiać na muzyce! Dlatego bo w efekcie biegam słuchając Feist, której bym pewnie długo jeszcze nie posłuchał, gdybym nie pociągnął pewnego wątku pół roku temu na endomondo. Z każdej rozmowy mogę wyciągam coś dla siebie. Nawet jeżeli dyskutuje jak ignorant, nawet jeżeli sprawiam wrażenie nieprzekonywalnego, nawet jeżeli wydaje się, że ważniejsze jest to co ja chcę powiedzieć, niż to czego powinien wysłuchać. To tylko pozory. Słucham uważnie moich rozmówców, zapamiętuje polecane płyty i słucham ich... może nie zawsze od razu, ale w końcu przychodzi na nie odpowiedni czas.

Pół roku temu dyskutowałem z Pawłem o wyższości starej muzyki nad nową (bądź odwrotnie) i skończyło się tym że dostałem na twarz listę 10 albo 15 płyt, których powinienem posłuchać.  Nie dałem rady wszystkiego, w końcu się poddałem, ale wyłuskałem też kilka mikro perełek.

Jedną z nich była płyta kanadyjskiej wokalistki Feist. Płyta "Metals". Posłuchałem, postawiłem dużego plusika i ... odłożyłem na "półkę w głowie".

środa, 5 grudnia 2018

Bieganie z polską muzyką: Marek Grechuta - Magia Obłoków [1974]

Marek Grechuta był obecny w mojej muzycznej percepcji praktycznie od zawsze. Siostra miała na kasecie składankę, a my w domu dwie płyty winylowe: Krajobraz pełen nadziei oraz Ocalić od zapomnienia. Można więc powiedzieć, że dorastałem w otoczeniu muzyki Grechuty i trochę nią mimowolnie nasiąkałem. Do dziś uważam pierwsze dwie płyty Marek Grechuta i Anawa oraz Korowód jako doskonałe. To z nich pochodzi 90% przebojów Grechuty.



Ale kilka długich lat zajęło mi dotarcie do najlepszego muzycznego etapu Grechuty, czyli współpracy z jazzrockową grupą WIEM w latach 72-74. Z tych czasów pochodzą dwie płyty: Droga za widnokres oraz Magia Obłoków.

To była końcówka lat 90-tych. Przeszedłem już wtedy całą drogę poznawczą przez rock progresywny i muzykę lat 60/70/80. Powoli godziłem się z tym, że największe diamenty z przeszłości już znam... I wtedy w moim odtwarzaczu CD wylądowała, wznowiona właśnie, Magia Obłoków.

Kiedy miałem ułożyć w głowie 10 najważniejszych dla mnie polskich płyt, o tej płycie pomyślałem na samym początku (zaraz po SBB i Exodusie) i ani przez chwilę jej pozycja w TOP10 nie była zagrożona. A kiedy dziś rano (a raczej jeszcze w nocy) biegałem dookoła zbiornika ścieżką pokrytą gołoledzią (wybierając stopami co bardziej trawiaste obszary), a nade mną świecił cieniutki księżyc i bardzo wyraźna Wenus... no i kiedy do tego wszystkiego doszedł Grechuta w słuchawkach to poczułem, że razem daje to znacznie więcej niż samo bieganie. I wtedy w głowie ułożyła mi się parafraza z Edgara A. Poe:

"Running when combined with a pleasurable idea is poetry. 
Running without the idea is simply workout."

Bieganie bez idei to tylko trening. Ja dziś rano miałem poezję.

Jeszcze parę zdań stricte muzycznych: jazzująca improwizacja w Godzinie Miłowania bije na głowę tę z Korowodu. Igła to moja od zawsze naj naj naj miniaturka Grechuty. Suita Spotkania w czasie mogłaby z powodzeniem zostać nagrana przez King Crimson w składzie z Lark's Tongues In Aspic. No może w środkowej części na King Crimson na chwilę ustąpiliby miejsca na scenie psychodelicznym Floydom z okresu Ummagummy.



Bieganie bez muzyki to tylko trening :)


poniedziałek, 3 grudnia 2018

5. Ciągłość treningu i plany awaryjne



Jest taka zasada, żeby coś miało szansę wejść w nawyk - trzeba to zrobić przynajmniej 21 razy. W trakcie ostatnich kilku lat niejeden raz obserwowałem jak moi znajomi zabierali się za bieganie i przetrwali tylko Ci, którzy właśnie przekroczyli tą magiczną granicę zmuszenia się do wyjścia na trening... 15-sty, 16-sty.... itd... i w końcu 21-wszy raz.  Wiadomo, pierwsze 5-6 razy to jest wielkie wow, endorfiny i ekscytacja. Kolejne 5-6 robi się jeszcze siłą rozpędu. Ale potem następuje te nieszczęśliwe 10 wyjść, do których trzeba się zmusić zanim zaczną utrwalać się nawyki.

Ja to mam już niby dawno za sobą. Za chwilę zanotuję nie 21-wsze, lecz 1421-wsze wyjście na trening. Nie oznacza to, że zawsze było łatwo. Pracowałem nad ciągłością treningu i kilka razy musiałem opracowywać backup plany.

Łatwo na pewno nie było na początku. Rok temu, w styczniu 2018. 

niedziela, 2 grudnia 2018

Bieganie z polską muzyką: Breakout - Blues [1971]

Bluesa Breakout w mojej dziesiątce po prostu nie może nie być. Choć nie jest to rock progresywny, ale jak sama nazwa wskazuje: blues, a raczej blues-rock. To jest płyta, która zawsze była gdzieś obok mnie, od I klasy liceum, kiedy mój przyjaciel Adam pożyczył mi płytę CD z dwoma albumami Breakout: Blues i Karate. Wciągała mnie bardzo powoli...


Dla historii polskiej muzyki to płyta-legenda. Najważniejszy i największy album Breakout. Okładka z Tadeuszem Nalepą idącym za rękę ze swoim synem Piotrem. Kiedy byłem małym chłopcem. Kto nie zna tego kawałka? Ta muzyka podobno była w 1971 bardzo awangardowa. Nie dziwię się... Co się stało kwiatom brzmi jak Since I've Been Loving You - Led Zeppelin. Ale najbardziej zaskakuje mnie to, że po prawie 50 latach wciąż brzmi świeżo, stylowo, nie starzeje się...

Słucham Bluesa dość regularnie. Gdyby przejrzeć okładki płyt, które podpinam pod treningi na endomondo można zauważyć ją nie rzadziej niż co dwa lata. Ostatni raz kilka dni temu w ramach mojego wyzwania na wybranie 10 najlepszych polskich płyt wszech czasów. To przy okazji było też pierwsze (chyba w życiu?) bieganie, gdzie trasę liczył i zapisywał zegarek a muzyka leciała z telefonu, a głos pani z endomondo nie przerywała mi co kilometr skupienia na muzyce. Nie znałem swojego tempa, nie znałem dystansu, po prostu biegłem i tylko słuchałem. Nie wiem, czy nie jest to największy plus kupna zegarka biegowego :)

* * *

Blues - Breakout to czwarta pozycja na mojej prywatnej liście. Piąta i szósta są już obsadzone (przesłuchane w trakcie biegu i czekają na wpis). Siódma, ósma i dziewiąta to pewniaki i nic nie wyrzuci ich z 10-tki. Mam natomiast pewien problem z obsadzeniem ostatniego miejsca. Krążę dookoła 10-ciu propozycji, z których każda pod pewnym względem wydaje się ważna. No i ten stres, że o czymś zapomniałem... Jeżeli ktoś czyta tę moją muzyczną serię o polskich płytach to... może zaproponujecie coś, co powinno tu się znaleźć? Może zapomniałem... a może nie znam i się zainspiruję?

sobota, 1 grudnia 2018

Obsesja 19:59 stała się przeszłością... na #124 parkrun Gdańsk-Południe

Wiem, bo słyszałem ten komentarz już kilka razy, że to na pewno przez zegarek :) No i nie mam na to żadnego kontrargumentu. Wychodzi więc na to, że to prawda, że to TomTom dał swojemu imiennikowi czyli mi jakieś 10 sekund na kilometr :)


A tak zupełnie na serio, to uwierzyłem, że mogę zaatakować 19:59 w ostatnią środę. Wieczorem wyszedłem na trening. Drugi tego samego dnia, bo z rana ścigałem się z Adamem Baranowskim na pierwszym śniegu w Gdańsku w tym roku. Wyszedłem wieczorem po to aby pobiec krótko ale szybko i zobaczyć do ilu przyspieszy mi puls. Nie patrzyłem na tempo a jedynie starałem się trzymać przez kilometr bardzo niekomfortowe tempo. Zrobiłem takie trzy podejścia: 3:55, 3:56, 3:54 - ale o czasach dowiedziałem się dopiero w domu jak zgrałem bieg do apki. Fiu, fiu... jest szansa - pomyślałem.

No i wtedy powstał bardzo prosty plan
  • Pobiegać w czwartek na spokojnie a w piątek odpocząć.
  • Nie spić się dzień przed biegiem.
  • Nastawić się mentalnie na walkę o wynik.
  • Zrobić rozgrzewkę przed biegiem. 

piątek, 30 listopada 2018

4. Intensywność



Zagadnienie, któremu postanowiłem poświecić osobny wpis to intensywność treningu. Zacznę od wykresu, który chyba każdy zna, czyli wykres stref tętna wraz z ich literackimi opisami. Akurat w tym przypadku jest podział na: łatwy, spalanie tłuszczu, cardio, wydajność i maks. 


Powyższy wykres przedstawia moją walkę z interwałami, które faktycznie szedłem niemal na maksa (kilometry poniżej 4 min). Wróciłem do domu zziajany jak pies, spoglądam na wykres i okazuje się, że nie spaliłem nic tłuszczu :D


Dosłownie 0% spalania tłuszczu! Ale czy tak było naprawdę? Czy cały ten trening podniósł mi tylko wydajność i nie przyczynił się do spalenia ani grama tłuszczu?

czwartek, 29 listopada 2018

Bieganie z polską muzyką: Collage - Moonshine [1994]

W niedzielę biegałem przy kolejnej polskiej płycie. Miałem nie robić gradacji i nie wskazywać tych najlepszych. Ale przy Moonshine nie jestem w stanie się powstrzymać. Kiedy słucham tej płyty uważam ją za najlepszą polską płytę ever, choć ani jedno polskie słowo na niej nie pada.



Collage to zespół, który nie wziął się znikąd. Założony w połowie lat 80-tych przez Mirka Gila i Wojtka Szadkowskiego. W 1990 roku wydał debiutanckie Baśnie, które o mały włos również nie znalazły się w moim zestawieniu (skreśliłem je w jednym z ostatnich momentów). Baśnie to płyta jeszcze bardzo nieokrzesana, świeża, eksplodująca "radością z możliwości grania prog-rocka w Polsce".

Moonshine to płyta z 1994 roku. To dopiero druga pozycja z autorskim materiałem Collage (nie liczę Pieśni Johna Lennona oraz składanki Changes). Płyta nagrana w całości po angielsku, nastawiona na zdobywania świata. Płyta nagrana perfekcyjnie technicznie, genialnie zrealizowana, a do tego niepowtarzalna brzmieniowo, bardzo charakterystyczna, gęsta, pełna pogłosów. Do Gila i Szadkowskiego dołączył Robert Amirian na wokalu (kto pamięta, że śpiewał z Varius Manx przed Anitą Lipnicką?) oraz Krzysztof Palczewski i Piotr Witkowski. Panowie potrenowali wspólnie nagrywając dwa lata wcześniej wspomniane Nine Songs of John Lennoni i do nagrywania Moonshine przystąpili niczym Orły Górskiego.

Uważam, że wtedy, w połowie lat 90-tych żaden inny prog-rockowy zespół na całym świecie nie grał lepiej niż Collage.

Uważam tak od wielu lat, uważam i dzisiaj, po wysłuchaniu ponad 70 minut muzyki zawartej na Moonshine. KAŻDY utwór na tej płycie to arcydzieło. Każdy utwór jest gęsty od pomysłów, od nut i melodii, które pojawiają się na chwilę by zaraz zniknąć ustępując miejsca kolejnym. W każdym pojedynczym utworze jest potencjał, aby zrobić z niego całą samodzielną, 45-minutową płytę i dalej nie będzie to gęsta melodycznie płyta.

Moonshine grupy Collage to najlepsza płyta nagrana przez polski zespół ever. Tak uważam. I mogę się pod tym podpisać.

3. Zabezpieczenie mikroproblemów sprzętowych


Powoli tworzy się moja plansza, na którą składają się główne puzzle zmiany. Elementów na planszy jest 7, czyli nie jest to jakaś skomplikowana układanka. Wystarczy je sobie dobrze poukładać w głowie.

Do tej pory opisałem dwa puzzle związane z jedzeniem:

  •  Trening
    • 3. Zabezpieczenie mikroproblemów sprzętowych

Przechodzę dziś do kolejnego działu, związanego ze treningiem. Pierwszy element, wpływający na wszystkie pozostałe to dobre i wygodne dobranie sprzętu, a przede wszystkim zabezpieczenie i reagowanie na wszelkie niewygody.

wtorek, 27 listopada 2018

O tym jak po 6 latach kupiłem pierwszy zegarek biegowy...

Muszę napisać ten wpis zanim zapomnę co było dla mnie ważne wczoraj. Zanim ważniejsze stanie się to co jest teraz i co będzie jutro. Po 6 latach biegania kupiłem zegarek biegowy. Ostatni bastion padł. Poddałem się, straciłem charakter, nie usłyszę już być może nigdy podczas maratonu "ej, patrzcie tego, sobie z komóreczką biegnie" :)



niedziela, 25 listopada 2018

Bieganie z polską muzyką: Exodus - The Most Beautiful Day [1980]

Exodus - The Most Beautiful Day [1980]


Tę płytę poznałem dokładnie w ten sam dzień co opisaną wpis wcześniej SBB. Słuchałem ją na przemian z SBB i byłem w szoku, że w Polsce był zespół, który grał coś co można nazwać... neoprogiem (?) na trzy lata przed debiutem Marillion! Oczywiście to nie jest neoprog, ale po prostu "spóźniony artrock" ;) jednak z punktu widzenia słuchacza to nie ma znaczenia.

Biegałem z Exodusem w czwartek wieczorem. Podobno to był ostatni dzień kiedy latarnie nad bajorkiem były jeszcze nie podpięte do prądu. Muzyki zawsze lepiej słucha się po ciemku... The Most Beautiful Day dalej ma swój artrockowy klimat, ale czuć już trochę upływ czasu... Choć Komendarek na klawiszach wyczyniał cuda, to część brzmień, kosmicznych jak na rok 1980, po latach pokryło się mchem.

Nie zmienia to w żadnym razie faktu, że to jedna z najważniejszych dla mnie polskich płyt wszech czasów i miejsce w pierwszej 10-tce zajmuje bezapelacyjnie.

PS. Rytm gitary basowej ze wstępu do tytułowej kompozycji najpierw nakręcił mnie do przyspieszenia do tempa 4:15 a chwilę potem nakręciłem kilometr w tempie 3:47 :)


Bieganie z polską muzyką: SBB - Memento z Banalnym Tryptykiem [1980]

Dwa tygodnie temu, w 100-tną rocznicę odzyskania niepodległości pomyślałem, że ani razu w moim kąciku nie pojawiła się polska płyta. Prowadzę ten kącik 5 lat i naprawdę ani razu? Zupełnie jakbym nie biegał z polską muzyką... a kompletnie nie jest to prawdą. W naszym kraju powstało mnóstwo bardzo dobrej muzyki!

11 listopada byłem w trakcie swojego ultramaratonu z Queen i chciałem go najpierw dokończyć zanim wejdę w kolejny "projekt".  Teraz jestem już gotowy. Przez najbliższe dni wybiorę 10 najważniejszych dla mnie propozycji i subiektywnie najlepszych, jakie powstały w naszym kraju. Nie będę stosował żadnej gradacji, nie będę wartościował tych płyt. Każda z nich jest dla mnie bardzo ważna.

SBB - Memento z Banalnym Tryptykiem  [1980]


Ostatnia płyta SBB przed pierwszym rozpadem grupy. Wśród krytyków większe uznanie zdobyła jej poprzedniczka "Welcome" ale dla mnie to właśnie ta czarno-biała okładka i czarny krążek, który z niej wyjąłem zimą w 1993 roku stanowią przełom w postrzeganiu polskiej muzyki. Ja wtedy miałem już bardzo solidne rockowe i prog-rockowe fundamenty. Całe Pink Floyd, King Crimson, Genesis i setki godzin z audycjami Beksińskiego. Jednak polską muzykę traktowałem średnio dobrze, kojarzyła mi się z Listą Przebojów PR3, "młodzieżowymi zespołami" typu Róże Europy, T.Love czy Sztywny Pal Azji. Wiadomo, że jeszcze te wszystkie Kulty, Maanamy, Republiki... do części tej muzyki dorosłem później, część przeoczyłem wtedy, gdy być może był jej czas... ale w kategorii rocka progresywnego wg. mojej ówczesnej wiedzy polskie zespoły nie istniały.

Czasy licealne, pierwsze imprezy, takie prawdziwe, gdy ktoś miał wolną chatę, bawiło się do późna w nocy i zostawało do rana. I właśnie podczas jednej z nich obudziłem się w nie swoim mieszkaniu i wygrzebałem z czyjejś półki dwie płyty: SBB - Memento z Banalnym Tryptykiem oraz Exodus - The Most Beautiful Day. Kilka godzin później byłem u siebie w domu i kiedy położyłem igłę gramofonu na tytułową suitę SBB i zabrzmiały z ust Józefa Skrzeka słowa:

Właściwie nie ma nic nadzwyczajnego
W spożywaniu owocu
Ani w nim samym

... zrozumiałem, albo raczej poczułem cały sercem, że to jest totalna liga światowa! Słyszałem wiele o SBB, czytałem artykuły w prasie, ale dostęp do muzyki nie był tak łatwy jak dziś. Trzeba było postarać się o nośnik z muzyką. Słuchałem tej płyty cały dzień i łzy napływały mi do oczu. Rok 1980-ty. Ja wiem, że na świecie wtedy grało się już zupełnie inaczej, ale ta płyta przenosi nas w czasie jakieś 5 lat wstecz. To brzmienie chwilami przypomina mi dostojne chwile floydowskiego albumu Wish You Were Here. SBB - Silesian Blues Band - Szukaj, Burz, Buduj...

Biegałem z tą płytą w ostatnią środę. Ten album 25 lat temu otworzył mi oczy i zmienił postrzeganie poskiej muzyki. Kręcąc swoje kółka z wciąż czarnymi latarniami nocą nad bajorkiem przeżywałem każdą nutę aż po niesamowite, dzikie, szalone solo Apostolisa wieńczące ten najważniejszy dla mnie polski album. Dziś zachwyca mnie wciąż tak samo jak 25 lat temu, kiedy go poznałem.




środa, 21 listopada 2018

2a. Elastyczny wegetarianizm


Kilka dni temu opisałem technikę zarządzania jedzeniem, do której dążę w swoim domu - zero waste - technikę planowania zakupów, gotowania i spożywania posiłków. Tak, aby nic się nie marnowało.

Jednak technika to jedno, ale to, co finalnie ląduje na moim talerzu to najważniejszy element zmiany. Właśnie to chciałbym Wam dziś przybliżyć. Dochodziłem to tego stanu, do tej wiedzy, tak naprawdę całe moje życie.

Wersja dla tych co nie dadzą rady przeczytać całości:
  • Elastyczny wegetarianizm do generalnie wegetarianizm z opcją nie uciekania przed mięsem od czasu do czasu. Zwracanie uwagę na to aby było zdrowo, a nie koniecznie bez mięsa.
  • Schudłem stosując tę zasadę ze 123 do 86 kg w niecały rok. 37 kilo.
  • Moje żywieniowe nawyki oparte są o kasze, strączki, warzywa i owoce oraz od czasu do czasu mięso. 
  • Oczywiście poza dietą wdrożyłem także inne nawyki, ale o nich będę sukcesywnie pisał przez najbliższy miesiąc.

A tutaj skrót to zdjęć, choć zachęcam do przeczytania całości poniżej [LINK]

Droga do celu:
W moim dorosłym życiu jedzenie spełnia ważną rolę. Piękny truizm :) Ale to prawda. Każda moja zagraniczna wycieczka rozpoczyna się od studiowania internetu pod kątem lokalnych produktów, których nie można nie skosztować. Nie mam ograniczeń w głowie i nie potrafię wyobrazić sobie rzeczy, której bym nie zjadł, a którą ludzie jedzą. Kiełbasa z nutrii? Jadłem ją już 30 lat temu :) Sałatka z krwawnika? Trochę gorzka, ale jak trzeba to trzeba...

2b. Elastyczny wegetarianizm - zdjęcia

W poprzednim wpisie nakreśliłem moją filozofię elastycznego wegetarianizmu (too long to read), a teraz zdjęcia:


Różne losowe obiady z ostatniego roku, które znalazłem w komórce + krótkie opisy



Wygląda mi to na, że to jedzenie w Biowayu. Fragment większej całości bo to chyba wizyta rodzinna (dwóch zup nie jem). Danie główne to kasza gryczana, surówki i kotlety brokułowe.

wtorek, 20 listopada 2018

Running with Queen [1995] - Made in Heaven

15. [1995] - Made in Heaven (10,02 km w 48m:31s, poniedziałek 19 listopada)


Tym albumem kończę swój ultramaraton z Queen, który rozpoczął się tak naprawdę 2 listopada, w dniu premiery filmu Bohemian Rhapsody. Kilka dni później postanowiłem pobiegać z wszystkim płytami Queen, jedna po drugiej, chronologicznie, przypominając je sobie, a niektóre z nich słuchając w całości i w skupieniu chyba po raz pierwszy.

Made in Heaven to ostatnia studyjna, premierowa płyta Queen, choć tak naprawdę tą prawdziwą, ostatnią, wydaną za życia Freddiego Mercurego było Innuendo. Made In Heaven powstało na bazie szkiców, niedokończonych prac w trakcie sesji Innuendo, a także różnych nagrań z wcześniejszych sesji zarówno Queen jak i solowych Mercurego. To nie jest zwykła płyta. To prezent dla fanów i jednocześnie hołd oddany przez pozostałych muzyków Queen dla Freddiego.

Każdy z tych utworów na swój kontekst. Każdy z nich jest też muzycznym montażem pełnym symboliki. Na przykład na końcu utworu Mother Love, ostatniego, który Freddie nagrał w studio pojawiają się przyspieszone do kilku sekund wszystkie płyty Queen. Tuż przed śmiercią całe życie staje przed oczami. Nie sposób inaczej odebrać tego przekazu...

Ta płyta to muzyczne epitafium. Nie jestem w stanie ocenić tego albumu artystycznie. Ale na pewny był bardzo potrzebny.

* * *

W trakcie moich 15-stu biegowo-muzycznych podróży przebiegłem prawie 130 kilometrów. Wiele z tych płyt towarzyszyło mi także w samochodzie czy w domu. Niektóre wciąż mnie rozczarowują (dwie pierwsze) o inne mogę walczyć jak lew mimo nieprzychylnej prasy (The Miracle). Na pewno Freddie Mercury był nie tylko wielkim wokalistą, ale także genialnym kompozytorem. Choć muzyka Queen to stylistyczny misz-masz, gdyby wyłowić z każdej płyty po jednej-dwie perełki mógłby powstać najpiękniejszy na świecie album... o miłości. Coś na wzór The Love Songs - Petera Hammilla. 

Jaki jest mój ulubiony utwór Queen? Przez ostatnie dwa tygodnie przesłuchałem wszystkie, ale jeden szczególnie wbił mi się w serce... znałem go wcześniej pobieżnie, ot po prostu jedna z piosenek z A Day At The Races... Ta piosenka to You Take My Breath Away. To taka minimalistyczna esencja Queen. Przepiękna. Słucham jej teraz i na jakiś czas odkładam Queen na półkę. Nowości czekają.

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

niedziela, 18 listopada 2018

Running with Queen [1991] - Innuendo

14. [1991] - Innuendo (10,20 km w 53m:19s, niedziela 18 listopada)


Wyszedłem dziś rano specjalnie dla ten płyty. Po wczorajszych 33 km nie zrywałem się pełen energii aby wyskoczyć z ciepłego łóżka w zimny, przesiąknięty mżawką, ciemny listopadowy poranek. Nie szalałem z tempem, nie robiłem interwałów, kręciłem kółka po moim bajorku i skupiałem się na muzyce.

Wiem, że ta płyta jest dla wielu najważniejszą pozycją w dyskografii Queen. Wiem, że jej dobra prasa jest jak monolit, z którym ciężko dyskutować. W skali od 1 do 5 we wszystkich liczących się rankingach ten album dostaje 5. Ale gdybym ja miał podjąć się oceny, chciałbym po raz pierwszy w historii uciec od konieczności przyznawania gwiazdek. Ta płyta po prostu nie zasługuje aby ją oceniać.

Nie jest to absolutnie ucieczka od przyznania oceny złej lub średniej. To po prostu nie jest płyta, którą wypada oceniać. Nawet jeżeli napisałbym, że jest genialna - nie miałoby to żadnego znaczenia. Jeżeli wytykałbym dwa lub trzy słabsze fragmenty - to także nie miałoby żadnego znaczenia. To ostatnia płyta wydana za życia Freddiego Mercurego i kompletnie nie wypada mi oceniać tego jak chciał się pożegnać ze światem.

To chyba najbardziej progresywny album ze wszystkich wydanych przez Queen. Nawet bardziej niż te z początku lat 70-tych. Wielowątkowość aranżacji było słychać już na The Miracle. Tutaj wszystko nabiera jeszcze większej przestrzeni. Hiszpańska gitara w rękach muzyka Yes, Steva Howe brzmiąca w rozpoczynającym album tytułowym Innuendo to majstersztyk... A kiedy Bijou rozpoczyna sekwencję kończącą płytę łzy zaczynają krążyć między dolną a górną powieką. Show Must Go On... ostatnie wyciszenie... ostatnie 30 sekund kiedy muzyka brzmi coraz ciszej, a ja stoję przed blokiem i czekam.... Czekam potem jeszcze przez chwilę w ciszy.

cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

sobota, 17 listopada 2018

Zacisze, Radunia i 33 km po Żuławach


Kiedyś prawie co tydzień biegaliśmy nad morze w ramach tradycyjnego "Biegu Morsa". Głównie po to aby popatrzeć jak kąpie się Dominik, choć kilka razy każdy z nas zamoczył dupę w zimnym Bałtyku. Takie leniwe sobotnie poranki były wpisane w plan ładowania baterii. Ścieżka o nazwie "przed siebie" i pełna dowolność jej wyboru przemieszana z uprzejmością:

- Może byśmy pobiegli w lewo?
- Oczywiście, do dobry pomysł, nigdy nie biegliśmy w lewo.

Dziś był właśnie taki dzień, choć szkoda, że Michał nie dał rady i spotkaliśmy się tylko we dwójkę: Dominik i ja. Ustaliliśmy tylko jeden twardy punkt (zjeść w Zaciszu) oraz jeden lotny (gdzieś się wykąpać po drodze).

piątek, 16 listopada 2018

Running with Queen [1989] - The Miracle

13. [1989] - The Miracle (9,28 km w 46m:53s, piątek 16 listopada)


To jest album z mojego TOP3 Queen. Czasami nawet jestem skłonny nazwać to najlepszym albumem jaki kiedykolwiek nagrał Freddie i spółka. Na przykład dzisiaj... Bo to jest rewelacyjny album do biegania. I wiem nie od dziś, bo The Miracle znam doskonale i od lat.

W 1989 roku połowa piosenek z tej płyty rządziła w MTV (bądź Wzrockowej Liście Przebojów Marka Niedźwiedzkiego - dla tych nie nie mieli satelity, czyli np. mnie). Queen, ze względu na stan zdrowia Mercurego już nie koncertował, ale chciał zrekompensować to swoim fanom robiąc r.e.w.e.l.a.c.y.j.n.e wideoclipy jak na tamte lata. Ale nawet najlepszy clip nie obroniłby się ze średnią muzyką. Na szczęście tutaj nie było kompromisu.

The Miracle to esencja wszystkiego to najlepsze w końcówce lat 80-tych. Strasznie cenię sobie ten krótki okres w muzyce. Pop/disco z pierwszej połowy dekady się już przejadł. Każda grupa po etapie flirtu z muzyką łatwą i przyjemną zaczęła zwracać się w kierunku czegoś trochę bardziej ambitnego, jednocześnie mocno dbając o melodie i przebojowość.

Na The Miracle mamy więc hity z pierwszych miejsc list przebojów, ale zrobione tak, że nawet po 30 latach nie ma ani odrobiny wstydu. Ta muzyka tylko na pierwszym planie wydaje się prosta, ale w głębi kompozycji są niebywałe łamańce rytmiczne i aranżacyjne. Czasami trafiają się dosłownie kilkusekundowe wejścia pojedynczych instrumentów, delikatne "przeszkadzajki", które zniżają mnie do pozycji kolan i stwierdzenia, że, tak bardzo progresywnej, pop-art-rockowej płyty Queen nie nagrał nigdy wcześniej.

Czy to przypadek, że w 1989 roku powstały płyty Seeds of Love - Tears For Fears oraz Street Fighting Years - Simple Minds? Pisałem już kiedyś, że są to albumy zniewalające kosmiczną aranżacją i produkcją. Queen z The Miracle w mojej ocenie wpisuje się w ten sam kosmiczny trend.

Mam świadomość, że to są odważne słowa. Mam świadomość, że dla większości odbiorców, to jest po prostu bardzo solidne połączenie rocka i popu. Ta płyta jest jak pociąg z Breakthru. Rozpędza się na pierwszych dwóch utworach, a potem jedzie po tobie jak pancerny ekspres z filmu o Jamesie Bondzie.

Dziś to jest dla mnie najlepsza płyta Queen.

cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

czwartek, 15 listopada 2018

Running with Queen [1986] - A Kind of Magic

12. [1986] - A Kind of Magic (8,04 km w 44m:39s, czwartek 15 listopada)


Po wczorajszej pogoni za rekordem na 10 km dziś wyszedłem typowo rekreacyjnie. Spokojny truchcik, w trakcie którego mogłem się w pełni skoncentrować na muzyce i dokładnie zapamiętać swoje reakcje na nią.

Przed płytą A Kind of Magic byłem przestrzeżony równie mocno co przed Hot Space. Nieciekawa prasa, nieciekawe dyskusje na forach i nawet ostatnio jeden mój znajomy napisał, że słuchając Queen z lat 80-tych przy Kind of Magic poddał się po kilkunastu sekundach każdego kawałka i wrócił do płyt z lat 70-tych.

Może właśnie z tego powodu, że oczekiwania nie były wygórowane okazało się, że spędziłem całkiem przyjemnie 40 minut swojego życia. Opiszę je w punktach:

  • Cały czas miałem wrażenie, że słucham radia. Ponad połowa płyty to single, hiciory, znane nie tylko jako ścieżka muzyczna do Highlandera, po prostu wielkie, znane przez każdego kawałki: A Kind of Magic, Friends Will Be Friends, Who Wants To Live Forever... przecież na te utwory trafia się losowo zmieniając radiostację w aucie.
  • Przy One Year Of Love myślałem, że na chwilę puścili Steviego Wondera. Fajny saksofonik na końcu, fajne smyczki :) Mówię poważnie - ja nie mam problemu z takim softowym brzmieniem połowy lat 80-tych. Ja przecież jestem wielkim fanem Chrisa de Burgha!
  • Who Wants To Live Forever... to prawdziwa petarda. Aż dziwię się, że jego autorem nie jest Freddie a Brian May, który raczej dawał się poznać jako ten, który ciągnie Queen w stronę cięższego brzmienia. 

A Kind of Magic to świetna popowa płyta. Płyta brzmiąca tak jak lata w jakich została nagrana. To najbardziej wygładzona i spokojna płyta w dyskografii. Oczywiście jest tutaj trochę pazura i rockowych solówek Maya, ale to jeden z niewielu albumów Queen, które mogę sobie puścić sobotni wieczór jako muzykę tła. To nie jest zarzut. To komplement.

Do końca mojej chronologicznej przygody z albumami Queen zostały mi trzy pozycje. Każdą z nich doskonale znam, bo ukazywały się w czasach, kiedy już aktywnie słuchałem muzyki. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas, ale droga jaką przebył ten zespół jest świadectwem muzycznego geniuszu. Pomiędzy Keep Yourself Alive z debiutu a One Year of Love z A Kind of Magic minęło LEDWIE 13 LAT, a są to kompozycje odległe gatunkowo o lata świetlne. Jednak po drodze nie było żadnej nagłej rewolucji, tylko konsekwentny rozwój i muzyczne poszukiwania.

cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

środa, 14 listopada 2018

1. Zero waste


Im lepiej coś wychodzi, tym bardziej człowiek boi się o tym głośno mówić, chwalić się, aby nie zapeszyć. Coraz więcej piszę o muzyce i parkrunikach, a odsuwam na przyszłość temat chyba najistotniejszy, czyli zmianę nawyków. Dziś zanotowałem na wadze 87,6 kg (to 35 kg mniej niż w styczniu tego roku). Kilka godzin później poszedłem pobiegać. Tak zwyczajnie, miał być to jeden z regularnych dni z muzyką w słuchawkach, bez spinki, bez ciśnienia. Miałem zrobić 8 km i wrócić do domu. Ale od szóstego kilometra, coś zaczęło mnie korcić aby zrobić okrągłą dyszkę, bo średnie tempo mam lepsze niż moja życiówka na tym dystansie. Skończyło się na 10 kilometrach w 43 minuty i 25 sekundach. O 35 sekund lepiej niż moja życiówka.

Na wstawianie zdjęć przed i po przyjdzie jeszcze czas. Może na rocznice zmiany nawyków? Może jak uda się zrobić wymarzone 19:59 na 5 km? A może kiedy zobaczę na wadze 81,9 kg (czyli najmniej od czasów studiów)?

Jakiś czas temu Marek Baranowski komplementując po raz kolejny moją wagę powiedział:

-"Tomek, wszyscy widzimy, że schudłeś, ale powiedz wreszcie, jak to zrobiłeś?"

Mógłbym odbić piłeczkę do Dominika, który - jak zawsze podkreślam - jest moim Panem Myiagi i to on zmieniał moje nawyki. Dziś Dominik coraz bardziej pozwala mi samemu szukać ścieżki... "także nie stresuj się MOIMI poglądami na trening i starty, tylko znajdź drogę najlepsza dla siebie".

Nie pozostaje mi nic innego jak zacząć opisywać najważniejsze zmiany jakie udaje mi się (póki co) utrwalić w swoim życiu. Nie będę prowadził gradacji nawyków od najważniejszych do tych pobocznych. To oczywiste, że trzeba zwrócić uwagę na dietę i ruch. To są truizmy. Ale te puzzle składają się z większej liczby elementów. Wiele razy w przeszłości skupiałem się na tych pozornie najważniejszych, ale dopiero holistyczne spojrzenie, kiedy uświadomiłem sobie, że nie ma tych bardziej i mniej ważnych, gdzie każdy element ma swoje miejsce, sprawiło, że coś zaczęło się zmieniać. 

Running with Queen [1984] - The Works

11. [1984] - The Works (11,27 km w 49m:49s, środa 14 listopada)

Płyta jest krótsza niż 50 minut, chciałem pobiec klasyczne 8 km z albumem Queen, ale tak mi się dobrze biegło, że włączyłem trzy utwory jeszcze raz: Radio Ga Ga, I Want To Break Free oraz Is This The World We Created...? 



Rok 1984. Miałem 7 lat i mniej więcej od tego czasu zaczynają się moje świadome wspomnienia muzyczne. [Generalnie moim pierwszym wspomnieniem z życia jest pierwszy lot wahadłowca Columbia, kwiecień 1981 - miałem wtedy 4 lata, ale naprawdę to pamiętam]. Wracając do Queen - pamiętam dokładnie teledysk Radio Ga Ga (w stylu i z fragmentami Metropolis Fritza Langa), pamiętam I Want To Break Free (muzycy Queen przebrani na kobiety - mogliby wygrać Eurowizję ;). I choćby dla tych dwóch megahitów ta płyta będzie mi się bardzo dobrze kojarzyć.

Rok 1984 na listach przebojów to Careless Whispers - George Michaela, Steve Wonder, Limahl, Lionel Richie, Eurytmics, ballady Scorpions... W tym gronie Queen prezentował się bardzo rockowo, nie tracąc melodyki i przebojowości tamtych czasów. Żaden inny wielki zespół lat 70-tych nie zaistniał w takiej skali na listach w roku 1984-tym jak Queen.

Dziwi mnie, że ta płyta ma tak słabą prasę. Recenzje zarówno z roku 1992 (posiłkuję się wkładką z Tylko Rocka - 16 stron o Queen) jak i te znajdywane w internecie dają średnio temu albumowi dwie gwiazdki na pięć. Na The Works ponownie jest bardzo duży procent Queen w Queen.

Podoba mi się zarówno It's a Hard Life, czy bajecznie wykonany na Wembley Hammer To Fall. No i ballada kończąca płtę Is This the World We Created...? niestety z ciągle aktualnym tekstem.



cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

wtorek, 13 listopada 2018

Running with Queen [1982] - Hot Space

10. [1982] - Hot Space (8,67 km w 45m:34s, wtorek 13 listopada)


Przestrzegał mnie przed tą płytą Krzysiek Łapuć na ostatnim parkrunie. Ostrzegały mnie przez lata wszelkie pisma muzyczne regularnie lokując ten album w rubryce "antykanon". Podobno to najgorsza płyta Queen.

Ja nie byłem jednak aż tak negatywnie do niej nastawiony. Wręcz przeciwnie, pamiętam kiedy na samym początku lat 90-tych mój dobry kolega z podstawówki, mieszkający kilka ulic dalej kupił sobie całkiem losowo piracką kasetę właśnie z Hot Space. To było jeszcze przed śmiercią Freddiego, po prostu poznawaliśmy wspólnie muzykę i wymienialiśmy się kasetami. Ja wchodziłem we Floydy i inne progressivy, a kolega przynosił do mnie Dire Straits czy Queen właśnie... Pamiętam jak już wtedy mówił - "To wcale  nie jest taka zła płyta!". Mi dupy nie urwała. Nie zrobiłem sobie kopii. I do dzisiaj nie słuchałem jej ani razu więcej w całości.

Dziś przez to musiałem przejść...no i nie było tak źle. Queen oczywiście nie jest tutaj Queenem. Pogubił się w próbie zastosowanie elektroniki, pomieszania soulu czy funku. Czasami słychać tutaj Michaela Jacksona (podobno były nawet przymiarki aby nagrać jakąś płytę w superduecie wszech czasów: Freddie & Michael), trochę Davida Bowie (tego to nawet osobiście w wielkim hicie Under Pressure) i nawet czasami słychać tutaj Queen (!!) w Life Is Real (Song For Lennon)

Pobiegałem, przesłuchałem bez przerzucania utworów. Do Under Pressure nawet nóżka poszła szybciej, ale raczej nie będę wracał do tego albumu zbyt często. Całkiem możliwe, że następny raz posłucham go za kolejne 28 lat.


cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

poniedziałek, 12 listopada 2018

Running with Queen [1980] - Flash Gordon

9. [1980] - Flash Gordon (5,5 km - bieg mi się skończył i resztę dosłuchałem w fotelu), poniedziałek 12 listopada


To muzyka do filmu. Widziałem go gdzieś pod koniec lat 80-tych w TV. Nawet wtedy wydawało mi się, że to jakiś pastisz Gwiezdnych Wojen i miałem uczucie zażenowania zmuszając się do oglądania.

Dziś posłuchałem samej muzyki. Niestety nie da się tego słuchać na poważnie. Nie chce mi się wierzyć, że to rok 1980 bo brzmi jak dużo większy staroć. Czas nie obszedł się dobrze z tą płytą, choć bardziej drażnią przebitki dźwięku z filmu (laserowe pistolety) niż sama muzyka. Motyw przewodni jest całkiem całkiem... ale na pewno jako całość nie jest to materiał na płytę, która figuruje jako niezależna pozycja w dyskografii grupy.

cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

Running with Queen [1980] - The Game

8. [1980] - The Game (7 km w 35 min), poniedziałek 12 listopada



Przyznaję się - pierwszy raz w całości posłuchałem tego albumu tydzień temu. Zaskoczył mnie. Bardzo pozytywnie. Razem z płytą Jazz skończył się okres albumów Queen, na których okładkach pojawiał się napis „żadnych syntezatorów”. Dla mnie takie ostre wykluczenie było trochę bez sensu. Ale - jak powiedział kiedyś Beksiński - po prostu nakładane na siebie partie wokalne Freddiego doskonale robiły za syntezator.

The Game to album gdzie syntezatory już są. Ale to nie one stanowią o kolorycie płyty. Nie dominują, a jedynie uzupełniają brzmienie w kilku utworach.

Jeżeli miałbym miałbym wypowiedzieć się w minimum słów, aby oddać klimat The Game brzmiały by one: John Deacon. Na tej płycie bas wyszedł na pierwszy plan jak nigdy dotąd. Deacon do garnka z misz-maszem jakim dotąd była muzyka Queen dorzucił trochę funka. I ja to kupuję.

Największy hit z tej płyty to niewątpliwie Antother One Bites The Dust. Kilka lat temu super sprytnie został wykorzystany w reklamie Dacii Duster, gdzie na widok przejeżdżającego Dustera patrzący na to ludzie śpiewali parafrazując refren: "Another One Drives The Duster" :)

Podsumowując: pierwsze zderzenie Queen z syntezatorami na plus. Ale podobno za chwilę będzie duuużo gorzej.

cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

Running with Queen [1978] - Jazz

7. [1978] - Jazz (8,86 km w 45m:23s, poniedziałek 12 listopada)


Płyta ma niespełna 45 minut, ale ja nie zawsze włączam muzykę od razu jak zaczynam biec. Czasem kilkadziesiąt sekund zajmuje mi biegowy "setup" ale robię go już truchtając z włączonym endo. Poprawiam garderobę, owijam kabel dookoła ręki, reguluję słuchawki, szukam płyty na Tidalu i dopiero włączam play.

Kiedyś przeczytałem, że Jazz w kontekście płyty Queen nie tłumaczy się jako jazz, ale jako zgiełk. Ta druga opcja zdecydowanie bardziej oddaje rzeczywistość, bo zgiełku na Jazzie jest całkiem sporo. Nie wiem czy ta płyta powstała do jeżdżenia rowerem, czy dopiero kontekst najsłynniejszego utworu z tej płyty -  Bicycle Race - sprawił, że tak się kojarzy. Rok temu kiedy kupiłem sobie rower i przez wiosenno-letni sezon jeździłem nim do pracy, pierwszą płytę jaką zapuściłem w słuchawkach to właśnie był Jazz...

Ale w bieganiu też się sprawdza. To ostatnia klasyczna płyta Queen z lat 70-tych. Płyta, która jest jak wyścig, każdy instrument ciągnie niemiłosiernie do przodu. Mustapha, zaraz potem Fat Bottomed Girls. Jedyna chwila wytchnienia to ballada Mercurego - Jealousy. Ale co jest potem? Potem jest wspomniany Bicycle Race - totalne wariactwo! I tak dalej aż do przedostatniego na płycie (także hiciora) Don't Stop Me Now - i znów to samo co wczoraj - rozglądam się dookoła czy nie ma nikogo i śpiewam refren razem z Freddim robiąc najszybszy kilometr treningu.

I jeszcze zakończenie: More of that Jazz - połączone ze sobą motywy z całej płyty, zmieszanie w jeden... zgiełk.

To jedyna płyta Queen, którą mam na winylu. Może dlatego mam do niej taki sentyment? Może dlatego tak mi się podoba?

Są ludzie, który twierdzą, że tym albumem Queen się skończył, ale dla mnie lata 80-te są równie fascynujące (a może nawet bardziej?). Nie ma wielu artystów, którym udało się zmienić styl i pozostać na szczycie (a może wejść jeszcze wyżej). Obok Queen na pewno David Bowie, jeszcze Genesis... ale zdecydowana większość wielkich grup lat 70-tych utknęła w ślepym zaułku.

cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

Dookoła jeziora Kopań


Będę uczciwy - jeszcze trzy dni temu nawet nie wiedziałem, że jest takie jezioro jak Kopań. A wcale nie jest małe, bo ma 900 ha powierzchni. To jedno z przybrzeżnych jezior powstałych poprzez zamknięcie mierzei. Takich samych jak Łebsko, Jamno, które są trochę większe, więc i bardziej znane. Kopań leży na wschód od Darłówka. Aby je obiec trzeba:

  • biec północną stroną pięknie oznaczoną ścieżką po mierzei,
  • znaleźć dziką trasę po stronie południowej i jakoś sobie poradzić aby ją pokonać

niedziela, 11 listopada 2018

Running with Queen [1977] - News of the World

6. [1977] - News of the World (8,44 km w 43m:01s, niedziela 11 listopada)


Świąteczny listopadowy poranek nad polskim morzem. Nie pada, nie wieje, nie jest mroźno. Nie ma sztormu, puste spokojne plaże. Być może fale miło szumią, być może słychać chrzęst mokrego piasku przy każdym kroku zapadających się butów. Może nawet coś tam mewy skrzeczą. Ale ja tego słyszę...

W słuchawkach podkręcam na full volume jedyny utwór na świecie, który można narysować i każdy go rozpozna.



Weeeee will weeeee willl ROCK YOU!!! Strasznie ciężko się biega po plaży, ale płyta News of the World strasznie mnie niesie do przodu. Drugi na albumie to "stadionowy" hit We Are The Champions. Kompletnie tracę kontekst tej piosenki, miesza mi się jej oryginalna siła z milionami publicznych odtworzeń. Ale pasuje doskonale do tej cienkiej linii między morzem na plażą, po której jako tako da się biec. Następnie agresywny Sheer Heart Attack i moja ulubiona perełka z tej płyty - All Dead, All Dead. Moja małżonka zawsze się strasznie krzywi jak wspomnę, że gdzieś na całkowitym odludziu śpiewam sobie piosenki, bo śpiewać kompletnie nie potrafię. Ale słuchawki na uszach i darłowskie, listopadowe odludzie sprawia, że śpiewam refren razem z Freddim :)


Po 25 minutach przebijania się przez piasek przedzieram się przez lasek i wracam do hotelu ścieżką techniczną. Tempo wzrasta o minutę na kilometr. Druga część płyty jest bardziej hardrockowa i świetnie pasuje do biegu 4:30 min na km. Lecę tak prawie do samego końca, aż po My Melancholy Blues kończący płytę.

Podsumowując: kolejna klasyczna płyta Queen. Będzie taka jeszcze jedna (Zgiełk) a potem Queen ponownie zacznie się mocno ewoluować...


cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

sobota, 10 listopada 2018

Robienie życiówek póki co nie jest nudne (parkrun Gdańsk-Południe #121)

Ja wiem, że dziś/jutro jest mnóstwo Biegów Niepodległości i wielu biegaczy albo nie przyszło na parkrun, albo po prostu oszczędzało siły, ale nie przeszkadza mi to kompletnie chodzić dumny jak paw. Bo miejsce na podium na dzisiejszym biegu to jedno, ale życiówka na 5 km poprawiona o 40 sekund zadziwiła nawet mnie samego. 


Ja byłem przekonany, że pobiegnę dziś w okolicach 23 minut, a i tak mocno mnie to zmęczy. Biegam bez dnia przerwy od 7 dni. Kręcę wielokrotności płyt Queen, czyli albo 8 albo 16 km. W czwartek i piątek czułem się już trochę zmęczony. Miałem ciężkie nogi, z trudem łapałem tempo 4:59 min/km... Do tego wczorajszy wieczór też nie był wzorowy... if you know what I mean...

piątek, 9 listopada 2018

Running with Queen [1976] - A Day at the Races

5. [1976] - A Day at the Races (8,28 km w 44m:25s, piątek 9 listopada)


To płyta bliźniacza do swojej wielkiej poprzedniczki. Podobnie jak Noc w Operze także Dzień na Wyścigach jest tytułem filmu braci Marx. Podobne są okładki, ale paradoksalnie Dzień jest czarny podczas kiedy Noc była biała.

Muzycznie obie płyty także są podobne, sporo misz-maszu, sporo klasycznego Queen z lat 70-tych. Poprzedniczka nie była dziełem przypadku. Ta płyta to pieczęć.

  • You Take My Breath Away to kolejna po Love of My Life genialna ballada Mercurego. Ta piosenka robi mój dzisiejszy dzień. Słucham jej na okrągło. I tak sobie myślę, że szkoda, że Queen tak bardzo żonglował stylami na każdym swoim albumie. Bo gdyby nagrał jedną płytę z samymi wyciskaczami łez to system byłby rozwalony. Chyba sobie zrobię taką składankę jak przejdę już przez wszystkie płyty. Takie The Love Songs w wykonaniu Freddiego. 
  • Somebody to Love to nie jest  Bohemian Rapsody ale to kolejny hymn, który znać musi każdy. 

W samochodzie "odqueenowuję" się Talking Heads, zaś wczoraj wieczorem przy lampce wina wrzuciłem jakiś islandzki zespół, który podobno wyrósł z black metalu i z parę dni będzie grał w B90. Spokojnie grają, idealnie na odstresowanie przed snem :)

cdn...

RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

czwartek, 8 listopada 2018

Running with Queen [1975] - A Night at the Opera

4. [1975] - A Night at the Opera (8,76 km w 43m:41s, czwartek 8 listopada)


Najlepsza płyta Queen? Ciężko powiedzieć. Ale na pewno dzięki tej płycie Queen stał się zespołem absolutnie nieśmiertelnym. Połączenie rocka i opery. Bohemian Rhapsody. Jeden z utworów wszech czasów. Zna go każdy, niezależnie od tego jaką rolę pełni muzyka w jego życiu.

Biegając zadałem sobie pytanie, czy gdyby nie ten jeden wyjątkowy utwór ta płyta miałaby status tej najlepszej, kultowej, wyjątkowej? Naprawdę nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie...

Ale na pewno jest to płyta jeszcze lepsza od poprzedniczki. Queen gra tutaj (zresztą jak wcześniej i również później) bardzo nerwowo. Począwszy od Death on Two Legs aż po kończący God Save The Queen w gitarowej aranżacji May'a są nieustanne zmiany tempa, zmiany nastroju, aranżacje nie dające ani sekundy wytchnienia. Ciągły galop, nerw, napięcie... (Bardzo podobne wrażenia mam słuchając płyt The Mars Volta.) To jest muzyka jakby ze szpitala psychiatrycznego.

I nawet ta piękna ballada Love of My Life (chyba najpiękniejsza jaka wyszła spod pióra Freddiego Mercurego) niesie w sobie jakiś niepokój...

Bez wątpienia jest to wyjątkowa płyta. Zdecydowanie bardziej niepokojąca niż kojąca. Zupełnie jak Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band - Beatlesów.

* * *

Jestem dopiero przy czwartej płycie, jednak od piątku słucham praktycznie tylko Freddiego. Nachodzi pierwszy kryzys. Zacząłem w samochodzie dla równowagi i uspokojenia skołatanych nerwów słuchać prostego, łatwego, nieskomplikowanego, neoprogowego Pendragona :)

cdn...


RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

środa, 7 listopada 2018

Running with Queen [1974] - Sheer Heart Attack

3. [1974] - Sheer Heart Attack (8,07 km w 40m:08s, środa 7 listopada)


Po wykręceniu pierwszych 8-miu kółek dookoła stadionu wyłączyłem endo, dodałem okładkę do treningu, parę minut odpocząłem i ruszyłem na kolejne 8. Tym razem z płytą nr 3 w dyskografii Queen - Sheer Heart Attack

  • Ta płyta to przełom. Wszystko jest na niej niby takie samo jak na dwóch poprzednich, ale jednocześnie o klasę lepsze
  • Solo gitarowe Briana Maya w rozpoczynającym album Brighton Rock - wymiata
  • Killer Queen to pierwszy WIELKI utwór Queen. 
  • Na tej płycie Farrokh Bulsara naprawdę zaczął być Freddim Mercurym, którego znamy.
  • Brian May zaczął grać jak Brian May, którego znamy.
  • Są momenty, gdzie wchodzą mi jakieś nuty z wczesnych psychodelicznych Floydów, które podobno na samym początku lat 70-tych Queen ogrywał na koncertach. 
  • Płyta zaskakująco trzyma się jako całość, jest tutaj więcej utworów bardzo dobrych niż po prostu dobrych

Nie biegałem z tym album po raz pierwszy. Zrobiłem to miesiąc temu, kiedy zastanawiałem się czy kupić winyla z biedronki. Już wtedy zaświeciła mi się lampka, że to świetna muzyka do biegania. Dziś mogę to tylko potwierdzić. 

cdn...


RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

Running with Queen [1974] - Queen II

2. [1974] - Queen II (8,09 km w 40m:29s, środa 7 listopada)


Zrobiłem 8 kilometrowych kółek dookoła stadionu Lechii Gdańsk. Przywilej bycia rodzicem, kiedy oprowadza się dziecko na urodziny i ma się trochę czasu dla siebie. Tak naprawdę nie miałem ochoty słuchać tej płyty, bo mieliłem ją cały dzień w samochodzie, a miałem dziś takie "jeżdżony" dzień. Jednak czasami pewne płyty dostają pełnego kolorytu nie kiedy słucha się ich w fotelu samochodu, albo nawet na spokojnie w domu. Słuchanie w biegu to specyficzna perspektywa, a Queen II w ten sposób słuchałem dopiero po raz pierwszy...

Kiedyś dobre słowo o tej płycie powiedział Tomek Beksiński. A to dla mnie znaczy to tyle co błogosławieństwo samego papieża... Problem z tym, że mimo kilku prób przez ostatnie 25 lat nie bardzo jestem w stanie zrozumieć o co Tomkowi mogło chodzić. Ta płyta jest ledwie o stopień lepsza niż debiut. Queen dalej szuka swojego stylu błądząc gdzieś między hard rockiem w stylu podrabianego Led Zeppelin, Davidem Bowie (Ziggy ukazał się w momencie kiedy Queen nagrywali ten album) oraz nawet rockiem progresywnym w wydaniu Petera Gabriela teatralnie wcielającego się w kobietę w masce lisa z płyty Foxtrot.

Problem jest taki, że Freddie Mercury w żadnym z tych wcieleń nie jest tak dobry (autentyczny?) jak pierwowzory. Nie jestem na tej płycie po latach odnaleźć świeżości i zabawy, która powinna towarzyszyć jej nagrywaniu. Nawet "White Queen (As It Began)", który najbardziej podoba mi się z całego albumu sprawia wrażenie niedokończonego...

Ta płyta wciąż nie jest przełomem. Gdyby Queen przestał po niej istnieć tylko najwięksi zapaleńcy grzebiący w pudłach z analogami znaliby tę kapelę. 

cdn...


RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

wtorek, 6 listopada 2018

Running with Queen [1973] - Queen I


Dziś mnie olśniło. Queen do doskonała grupa na biegowy maraton płyta po płycie. Kryteria jakimi się kieruję to nie tylko uwielbienie do danej grupy. Wręcz przeciwnie. Zarówno The Beatles jak i Depeche Mode, z którymi zrobiłem kompletne maratony płyta po płycie to nie są moi faworyci. To zespoły, które znam, ale raczej podpatruję zza kotary, nie są i nie byli moimi idolami w skali Pink Floyd, King Crimson czy Van Der Graaf Generator. Maratony z tymi trzema to raczej byłaby wyłącznie gra reminiscencji, zaś ja chcę mieć dla siebie coś nowego, coś co będę mógł poznać, wyrobić sobie zdanie. Queen jest dokładnie takim zespołem. Mam wrażenie, że każdą z ich płyt słuchałem w życiu przynajmniej raz, większość kilka razy, niektóre kilkanaście a może i więcej. Mogę bez większego namysłu wymienić przynajmniej 30 piosenek Mercurego i spółki, ale miałbym trudność aby wymienić więcej niż 3 z jednej płyty. Nie byłem i nie jestem fanem Queen...

Film, który obejrzałem kilka dni był jak naciśnięcie cyngla w pistolecie. Rzucam się na losowe płyty Queen. Biegałem przy The Game i The Miracle, w samochodzie mam News of the World, w pracy Queen II, zaś w domu wieczorem puściłem Made in Heaven. Słucham chaotycznie i impulsywnie, a to koliduje z moim zamiłowaniem do alfabetycznego albo chronologicznego porządku.

1. [1973] - Queen  (8,49 km w 40m:24s, wtorek 6 listopada)


Słuchając debiutu Queen mam wrażenie, że to równie dobrze mógłby być debiut Yes. Jednej i drugiej płyty słuchałem może po 2 razy w życiu i nic mnie nie zmusiło do głębszego zaprzyjaźnienia się z nimi. Trochę hard rocka, nieśmiałe eksperymenty, ślady prog-rocka. Są grupy, które mają piorunujące debiuty, a potem zjeżdżają równią pochyłą dół. Są również takie, które przez kilka lat szukają swojej tożsamości wydając średnie płyty aby w końcu nauczyć się jak szlifować diamenty. Debiut Queen ma w sobie niewiele do zapamiętania. Myślę, że takich zespołów, które wyszły z klubu aby nagrać średnią płytę było na początku lat 70-tych na pęczki. Większość z nich skończyło na właśnie na jednej płycie wydanej w jakimś mikronakładzie, które w winylowej wersji osiągają na ebayu chore ceny.

Queen miał jednak na siebie pomysł. Szybkie nagranie Queen II, a potem Sheer Heart Attack i trochę szczęścia w postaci pierwszego wielkiego hitu - Killer Queen.

cdn...


RECENZJE PŁYT PRZY KTÓRYCH BIEGAŁEM

niedziela, 4 listopada 2018

Bohemian Rhapsody - recenzja filmu

Mam pół godziny na napisanie tej recenzji, bo o 7:00 umówiłem się sam ze sobą, że idę biegać. To dobrze, bo będzie krótka i nie odjadę w nieczytelne dygresje... Ale od takiej muszę zacząć.

W 1991 roku mam 14 lat, chodzę do I klasy LO i mam już swój niemal ukształtowany muzyczny świat. A raczej jestem w trakcie jego odkrywania. Co tydzień poznaję jakąś perłę, jakiegoś giganta typu debiut King Crimson, kolejną płytę Yes czy Van Der Graaf Generator. Za kilka tygodni wpadnę po uszy we wczesne Genesis... Jako syn mojego ojca odwiedzam sąsiadów Państwa M. (bliskich do dzisiaj) kilka ulic dalej. I w ich mieszkaniu jestem świadkiem rozmowy Pana J.M. z Panem R.M. Rozmowy, która niby jest kłótnią, ale w tej kłótni się perfekcyjnie zgadzają. Ja stoję w korytarzu, mój Tata grzebie w "Muratorach" a w salonie, przy gramofonie trwa zażarta dyskusja nad Innuendo Queen w wersji winylowej przekładanej z rąk do rąk. Jeden z Panów twierdzi, że Queen to najlepszy zespół świata, a Freddy jest absolutnym wirtuozem wokalu. Drugi zaś twierdzi, że najlepszym zespołem we wszechświecie jest Queen i nikt nie jest lepszy od Freddiego. 



Pamiętam tę dyskusję do dziś. Ale ona mnie nie ukształtowała, ona mi przeszkodziła w wypracowaniu swojego zdania. Zderzyłem się z nią jak z pomnikiem. Innuendo to płyta doskonała, ale obraz Queen jaki wtedy miałem to cała seria teledysków z The Miracle i (swoją drogą doskonałe) piosenki walczące o prymat hitów pop z Michaelem Jacksonem.


sobota, 3 listopada 2018

Parkrun Charzykowy #39

Dzisiejszy bieg parkrun w Charzykowach wygrał Jacek Szymańczuk. Jacek mieszka w Poznaniu, ale jego żona pochodzi z Chojnic (tak się dowiedziałem z plotek na mecie ;) Ten schemat absolutnie mnie nie dziwi, bo nie jest przecież tajemnicą, że najpiękniejsze i najmądrzejsze dziewczyny pochodzą z Chojnic. Ciężko się tutaj nie ożenić.

A kiedy człowiek się już ożeni, to siłą rzeczy spędza co któryś weekend w Chojnicach, czyli największym mieście w Polsce bez dostępu do jeziora ;) Ale wystarczy przemieścić się 5 km na północ aby znaleźć się w Charzykowach, nad jeziorem o tej samej nazwie, w kolebce polskiego żeglarstwa, na promenadzie ciągnącej się 3 km linią jeziora, którą prowadzi malownicza trasa Charzykowskiego parkruna.



niedziela, 28 października 2018

AmberExpo Półmaraton Gdańsk 2018 - moja przygoda z "Plutonem 1:39"


Kamil biegł wszystkie półmaratony do tej pory, które były w Gdańsku. Ja zapisałem się po raz pierwszy. Jadąc wspólnie na start wypytywałem się wszystkie detale trasy biegnącej przez miasto... w którym mieszkam, które doskonale znam, które przemierzyłem wzdłuż i w poprzek setki razy.

Ale inaczej wyglądają poranne biegi do Brzeźna aby wykąpać się w morzu, inaczej jeździ się samochodem, a jeszcze inaczej biegnie środkiem ulicy.

- Kamil, ale czy ta górka we Wrzeszczu na pewno nie jest stroma? Przecież na światłach trzeba zaciągać ręczny?
- Nie jest, nie jest, wydaje Ci się, ale za to tuż przed metą, jak się wbiega do Letnicy, to ten wiadukcik daje w kość...

18,5 km trasy. Wyrywam do przodu tuż przed tą górką, zaraz po słowach peacemakerów, żeby skrócić krok, zebrać się w kupę, aby wiatr nas nie zwiewał i trzymać kadencję. Nie kalkulowałem tego, tak naprawdę niewiele kalkulowałem na tym biegu, po prostu zrobiło się zbyt gęsto przez chwilę za balonikami, uskoczyłem w bok i jakiś impuls kazał mi pognać do przodu, długim finiszem do samej mety.

sobota, 27 października 2018

Utrwalanie dyniowej tradycji na #119 parkrunie Gdańsk-Południe


Zupa dyniowa na parkrunie to pomysł Kamila. To dwa lata temu z otchłani dobroci swojego dyrektorskiego serca pchnął parkrunowy wolontariat ku obszarom nieznanym wcześniej przez kubki smakowe uczestników tego cotygodniowego, biegowego wydarzenia. To Kamil wymyślił aby przygotować zupę dyniową, przynieść w termosach i częstować nią biegaczy przekraczających metę.

Dwa lata temu powstał pierwszy garnek. Przepisu nikt nie pamięta, bo ten spisany na blogu to tylko założenia ramowe do przygotowania zupy: dynia z juszkowskich upraw, iławskie ziemniaki, marchewka, cebula, czosnek, pomidory oraz przyprawy: imbir, curry, kolendra, kmin rzymski, cynamon, ocet balsamiczny, papryka słodka, papryka chilli, sól.

wtorek, 23 października 2018

Weltschmerz, Fish i parkrun Gdańsk-Południe #118

Naprawdę nie wiem, czy będę miał tyle sił aby zrobić kiedyś 5 km w 20 minut. Ale z każdym kilogramem w dół staje się to moją obsesją. A każdy kilogram w dół to 2 sekundy na kilometrze. Gdyby korzystać w tych wyliczeniach tylko z matematyki temat byłby prosty. Jeszcze kilka miesięcy diety i 19:59 na wiosnę robi się samo...


Ale to nie takie proste. Niedawno ktoś napisał mi w komentarzu, że aby o tym realnie marzyć trzeba zacząć robić 1 kilometrowe interwały poniżej 4 minut na spokojnie... No właśnie... Niby to tylko 5 interwałów w 4 min/km z coraz krótszą przerwą, zmierzającą do granicy 0 sekund.

Na ostatnim parkurnie chciałem pobiec swobodnie w tempie 4:45 min/km. Przysięgam, że kilku osobom, z którymi rozmawiałem przed startem mówiłem prawdę. Ale wszystko zmieniło się sekudnę po sygnale startu. Niefortunnie stałem na krawężniku tuż przy pierwszej linii, i jak ruszyliśmy to znalazłem się w pierwszej piątce liderów. No i tak trochę z grzeczności nie chciałem robić problemu tym co są za mną, a chcą biec szybciej, więc wyrwałem do przodu, aby na spokojnie wyprzedzili mnie jak się przerzedzi.

Po 400 metrach mijając Leszka, który stał przy linii mety usłyszałem:

- Tomek, dajesz, walczysz o podium! 

piątek, 19 października 2018

Nie jestem dobry w odpoczywanie, ale jak odpocznę to robię życiówki.

Nie jestem dobry w odpoczywanie. Powszechnie mówi się, że odpoczynek, czyli regeneracja to także element treningu i jest on tak samo ważny jak każda inna jednostka treningowa. Mięśnie nie wzmacniają się w czasie wysiłku, ale w trakcie odpoczynku po nim.


Przez ostatni rok udało mi się złożyć wiele elementów układanki, która ze 123 kg doprowadziła mnie w dawno nie odwiedzane rejony 89 kg. Chwaliłem się tym sukcesem tydzień temu. Wciąż się trzymam i pomimo trochę mniejszej intensywności treningowej w tym tygodniu (żona wróciła z delegacji po prawie 2 tyg rozłące ;) ) ciągle 8-ka z przodu. 34 kg różnicy to efekt zmiany nawyków. Pisałem o tym kilka razy w pierwszym półroczu, a generalnie podsumowanie zachowam na rocznicę.

Nie umiem jednak odpowiednio odpoczywać:

Kącik biegowego melomana: The Smiths - The Queen Is Dead

Na każdą płytę w końcu musi przyjść czas. Nauczyłem się tego dawno temu, że skoro coś mi się nie podoba, to nie jest tak, że to jest kiepskie, ale po prostu nie trafiłem z podejściem. Nie przekreślam, że kiedyś zacznę dostrzegać coś więcej w mainstreamowym grunge'u albo przekonam się do Marillion z Hogarthem.
Jest kilka takich płyt, które stały na ołtarzykach przy gramofonach czy odtwarzaczach CD w wielu domach. Płyt, które wygrywały plebiscyty na naj naj naj, ale do mnie nie trafiały. Ale jak na ultrasa przystało mam sporo cierpliwości i nie poddaję się za łatwo :) A kiedy znajdzę w końcu drogę do serca płyty, która nigdy Ci nie podchodziła czuję się przepełniony szczęściem jak kiedyś na mecie Łemkowyny, kiedy zawiadowca z Komańczy wręczał bluzę finishera dystansu 150.

Odkryłem The Smiths! 


piątek, 12 października 2018

89,7


"Nie czytam Twoich blogów bo są za długie ;)" - taki komentarz dziś usłyszałem od mojego wspólnika w biznesie, przyjaciela od 1991 roku, kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się 1 września inaugurując rok szkolny w I LO w Gdańsku.

Specjalnie dla Marcina postaram się krótko:

czwartek, 11 października 2018

Kącik biegowego melomana: U2 - Boy

Teksty, napisane przez Bono, dotyczyły rozterek wieku dorastania i dojrzewania. Wkrótce po ukazaniu się płyty [Boy, 1980] jeden z dziennikarzy zapytał wokalistę dlaczego unika tematów związanych z Irlandią, Bono odparł: Teksty, które piszę, dotyczą tego, co naprawdę mnie porusza. Moich własnych przeżyć. Zacznę pisać o Irlandii, jeśli coś sprawi, że zaangażuje się w losy rodaków bardziej niż w tej chwili... 

Z perspektywy lat jego słowa brzmią jak zapowiedź. Bono już wkrótce miał się przecież stać kimś w rodzaju rzecznika swojego narodu... Zespół ani przez chwilę nie wątpił, że płyta Boy przyniesie my uznanie świata. W grudniu 1980 roku, w kilka tygodni po jej wydaniu, Bono odgrażał się, że za sprawą U2 beztalencia w rodzaju Sheeny Easton znajdą się na bruku. Oczywiście mylił się co do przyszłości mdłej muzyki pop, fabrykowanej przez cynicznych producentów według sprawdzonych wzorów. Zawsze znajdzie ona zwolenników. Nie mylił się jednak co do przyszłości U2. Światowy sukces grupy był bliski.