piątek, 19 października 2018

Kącik biegowego melomana: The Smiths - The Queen Is Dead

a każdą płytę w końcu musi przyjść czas. Nauczyłem się tego dawno temu, że skoro coś mi się nie podoba, to nie jest tak, że to jest kiepskie, ale po prostu nie trafiłem z podejściem. Nie przekreślam, że kiedyś zacznę dostrzegać coś więcej w mainstreamowym grunge'u albo przekonam się do Marillion z Hogarthem.
Jest kilka takich płyt, które stały na ołtarzykach przy gramofonach czy odtwarzaczach CD w wielu domach. Płyt, które wygrywały plebiscyty na naj naj naj, ale do mnie nie trafiały. Ale jak na ultrasa przystało mam sporo cierpliwości i nie poddaję się za łatwo :) A kiedy znajdzę w końcu drogę do serca płyty, która nigdy Ci nie podchodziła czuję się przepełniony szczęściem jak kiedyś na mecie Łemkowyny, kiedy zawiadowca z Komańczy wręczał bluzę finishera dystansu 150.

Odkryłem The Smiths! 


piątek, 12 października 2018

89,7


"Nie czytam Twoich blogów bo są za długie ;)" - taki komentarz dziś usłyszałem od mojego wspólnika w biznesie, przyjaciela od 1991 roku, kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się 1 września inaugurując rok szkolny w I LO w Gdańsku.

Specjalnie dla Marcina postaram się krótko:

czwartek, 11 października 2018

Kącik biegowego melomana: U2 - Boy

Teksty, napisane przez Bono, dotyczyły rozterek wieku dorastania i dojrzewania. Wkrótce po ukazaniu się płyty [Boy, 1980] jeden z dziennikarzy zapytał wokalistę dlaczego unika tematów związanych z Irlandią, Bono odparł: Teksty, które piszę, dotyczą tego, co naprawdę mnie porusza. Moich własnych przeżyć. Zacznę pisać o Irlandii, jeśli coś sprawi, że zaangażuje się w losy rodaków bardziej niż w tej chwili... 

Z perspektywy lat jego słowa brzmią jak zapowiedź. Bono już wkrótce miał się przecież stać kimś w rodzaju rzecznika swojego narodu... Zespół ani przez chwilę nie wątpił, że płyta Boy przyniesie my uznanie świata. W grudniu 1980 roku, w kilka tygodni po jej wydaniu, Bono odgrażał się, że za sprawą U2 beztalencia w rodzaju Sheeny Easton znajdą się na bruku. Oczywiście mylił się co do przyszłości mdłej muzyki pop, fabrykowanej przez cynicznych producentów według sprawdzonych wzorów. Zawsze znajdzie ona zwolenników. Nie mylił się jednak co do przyszłości U2. Światowy sukces grupy był bliski. 

środa, 10 października 2018

Me and my New Balance MCRUZHN

Nigdy nie robiłem recenzji butów biegowych po 130 kilometrach. Wciąż uważam, że taki test nie może być do końca wiarygodny, ale na zmianę mojego podejścia do tematu wpłynęły trzy czynniki:
  • zostałem o to poproszony w komentarzu (bo New Balance MCRUZHN są do wyrwania obecnie za 199 zł),
  • nigdzie nie ma żadnych recenzji tych butów (a informacja, czy warto jest wyrwać za 199 zł może być wartościowa),
  • to są buty inne niż wszystkie, które do tej pory miałem (nie musi to oznaczać, że są wyjątkowe, po prostu są inne niż wszystkie, które do tej pory miałem).

Jak powszechnie wiadomo, jedno zdjęcie jest warte więcej niż 1000 słów, więc zanim zacznę cokolwiek pisać chciałbym pokazać właśnie to jedno zdjęcie. To może być koniec recenzji, bo każdy kto wie o co chodzi resztę może dopowiedzieć sobie sam.



wtorek, 9 października 2018

Kącik biegowego melomana: Songs Ohia - Ghost Tropic

 
Kilka dni temu biegłem klasyczną trasą dookoła zbiorników i słuchałem płyty Ghost Tropic - Songs: Ohia. I doszło do mnie, że naprawdę ciężko jest znaleźć bardziej depresyjno-melancholijną płytę. Ja bardzo lubię smutną muzykę, często w ramach inspiracji wrzucam w google frazy typu "most depressive albums ever". Jason Molina i jego Songs: Ohia się tam nie pojawia. Nigdy nie był na tyle znany, aby przebić się na takie listy. Ale prawda jest taka, że on powinien te listy otwierać. On wręcz powinien wypełniać pierwszą dziesiątkę wszystkimi swoimi płytami...

niedziela, 7 października 2018

"Cztery błąkające się łosie" czyli relacja z III Maratonu Puszczy Bydgoskiej


Rok temu przyjechaliśmy tutaj trochę przez przypadek. Namawiałem chłopaków, że jest blisko z Gdańska, że po lesie, że dystans ultra, ale taki nie do zajechania się na długie tygodnie, tylko kulturalna sześćdziesiąteczka. Ostatecznie pojechaliśmy we dwójkę z Dominikiem.

Tamten wpis, rok temu, rozpocząłem od takiego dialogu:

- Dominik, Ty jesteś z Bydgoszczy, powiedz mi, czy ta trasa jest łatwa czy trudna?
- No co Ty! Łatwizna, tylko jeden pagórek - odpowiedział.

Kilka godzin później miałem okazję przekonać się jak bardzo kłamał...

Wtedy, w 2017 rok Dominik przebiegł cały dystans, ja niestety wagowo nie przystawałem do miana biegacza ultra i swoją przygodę skończyłem na maratonie. Na przedostatnim miejscu. Mój nędzny wynik nie przysłonił mi jednak tego co było tutaj piękne i warte docenienia: kameralny bieg, z mnóstwem pozytywnej energii, z łosiami przebranymi w krzakach, z wolontariuszami z sercem na dłoni, z trasą trudniejszą niż wskazywałaby na to mapa, zakręconą jak węzeł gordyjski, ale jednocześnie taką, którą da się przebiec jak po sznurku.

* * *

Czy mogłem odmówić sobie przyjemności przyjechania tutaj po raz kolejny? Nie mogłem, choć wcale nie było to łatwe logistycznie, począwszy od fundamentalnego pytania: kto zaopiekuje się dziećmi, bo żona mi w delegację wyjechała, a skończywszy na ekstremalnej męskiej kłótni dzień przed wyjazdem o to czyim samochodem jedziemy.

piątek, 5 października 2018

Północ - Scott Jurek

"Na nagranie pierwszej płyty masz całe życie, 
ale na drugą zazwyczaj pół roku

W swojej pierwszej książce Scott Jurek opisał całe swoje życie. Jedz i Biegaj to pozycja kultowa. Dla literatury biegowej jest tym samym czym debiut The Doors dla muzyki. Scott Jurek otworzył drzwi percepcji. Parafrazując Williama Blake'a - dzięki niemu każda rzecz zaczęła jawić się taka jaką naprawdę jest - nieskończoną.  You know that it would be untrue, You know that I would be a liar , If I was to say to you, Girl, we couldn't get much higher. Scott Jurek jest hippisem biegania tak samo jak Jim Morrison był poetą muzyki w 1967 roku. 


Napisanie drugiej książki, która będzie równie udana jest o wiele trudniejsze. Biorąc pod uwagę, że swoje życie już opisałeś, masz do wyboru albo zrobić piwot w stylu Davida Bowie, albo przeżyć przygodę wartą tyle co całe dotychczasowe doświadczenia, albo po prostu dojrzeć wraz ze swoim czytelnikiem... 

Scott Jurek zrobił każdy z tych ruchów jednocześnie.

sobota, 29 września 2018

Wykuwanie życiówki na parkrunie Gdańsk-Południe #115

Jak się coś powie głośno, to potem ciężko się z tego wycofać, a ja kilka wpisów temu chlapnąłem, że chcę się w tę sobotę zmierzyć z życiówką na 5 km. Nie rzucałem sam sobie tych obietnic bez wsparcia na solidnych fundamentach. Robię cały czas uczciwy trening, schodzę z masy i mam wysokie morale :) No i jeszcze tydzień temu Waldek Miś prawie złamał 20 minut pisząc potem, że skończył się czas turystycznego biegania i chce traktować sobotnie parkruny jak sprawdziany formy. Ja też tak chcę.


Parkrun to taki biegowy kameleon, który dopasowuje się do oczekiwań. Bo jeżeli chcesz biegać turystycznie - proszę bardzo! Niemal w każdym tempie możesz znaleźć ekipę konwersacyjną. Ale jak potrzebujesz trochę więcej motywacji do przegonienia kopyt po betonie - zawsze wypatrzysz przed sobą koszulkę, którą można dopaść i pościgać się do aż mety. Tego nie masz na żadnym samotnym treningu.

niedziela, 23 września 2018

Rozbieganie po Poniewierce, niedziela chomika i kolejne plany biegowe


Po Kaszubskiej Poniewierce do biegania wróciłem dość szybko. Zamiast wolnego poniedziałku zrobiłem sobie wolą niedzielę i poniedziałek a we wtorek pokręciłem 10 km na bajorkach i jeszcze dołożyłem kilometr na basenie. Nogi były ciężkawe, ale szły do przodu w tempie 5:30 min/km bez większych protestów. W środę chciałem trochę szybciej, w okolicach 5:00 min/km ale udało się to tylko przez pierwsze dwa kilometry. Potem było gorzej. Na tyle, że nawet PJ Harvey w słuchawkach nie dała rady i po 8 km wróciłem do domu. Zmęczony i chyba nie do końca zregenerowany. Choć nie czułem już żadnych zakwasów do końca zregenerowało mnie dopiero wieczorne piwko z Joszczakiem i Dominikiem :)

sobota, 22 września 2018

Parkrun Gdańsk-Południe #114

Fajną galerię z dzisiejszego parkruna wstawił Paweł. Ukrył się w rowie i strzelał zdjęcia idealnie z boku. Można się dokładnie przypatrzeć jak kto stawia stopę.


Moje zdjęcie wyszło książkowo. Zastanawiam się tylko czy to była specjalna poza do zdjęcia, czy faktycznie tak by wychodziło mi z tym stawianiem kroku. Staram się biegać ze śródstopia, ale czy tak jest faktycznie kiedy biegnę bezmyślnie? Nie wiem. Bo kiedy myślę, to tak jest, ale przecież 95% treningów robi się raczej bezmyślnie :)


Pogoda dziś byłą wreszcie lekko jesienna. Po tych upalnych 5 miesiącach nie ma chyba nikogo, kto by był szczególnie niedopieszczony polskim latem. Jeszcze wczoraj zbierałem strużki potu wpadające do oczu, ale dziś było o połowę chłodniej. 30 --> 15 stopni.

Kącik biegowego melomana: Frankie Goes To Hollywood - Welcome to the Pleasuredome


To nie przynależność do gatunku determinuje czy muzyka mi się podoba czy nie. Poza tym metki często są nadawane przez handlowców, którzy chcą po prostu sprzedać towar. Czy wydany w 1984 roku dwupłytowy album Welcome to the Pleasuredome grupy Frankie Goes To Hollywood sprzedałby się tak samo dobrze jakby reklamować to jako nowe Lamb Lies Down on Broadway czy The Wall? To oczywiście mocno odmienny styl od tego co na swoich magnum opus prezentował Genesis czy Pink Floyd, ale... czy na pewno ścieżka, analizy tego albumu jako naturalną ścieżkę rozwoju rocka progresywnego byłaby aż tak błędna?


czwartek, 20 września 2018

Podsumowanie Poniewierki

Mam od paru dni w głowie kilka niezwerbalizowanych obłoków myśli, które można by nazwać "podsumowaniem poniewierki". Ale nie jakieś konkretne, tylko takie trochę chaotyczne. Zapisze je głównie dla siebie, aby kiedyś w przyszłości wiedzieć jak zapamiętałem ten bieg tuż po nim, póki jeszcze emocje oraz fakty się nie zatarły.


poniedziałek, 17 września 2018

III Ultramaraton Kaszubska Poniewierka 100 km Sopot - Wieżyca


W przeddzień biegu cała głowa wypełniona była niepokojącymi pytaniami i uspokajającymi odpowiedziami. Denerwowałem się na przemian z uczuciem całkowitego spokoju. Ale tym razem ta mieszanka wyglądała zupełnie inaczej niż przed moimi próbami biegania dłuższych biegów w ubiegłym roku. Tym razem niepokój wywoływały tylko rzeczy nieracjonalne. Natomiast patrząc w sposób techniczny, racjonalny - wszystko było w porządku. Nic nie mogło być lepiej.

poniedziałek, 10 września 2018

Parametry "Dnia Konia"

Poprzedni post wyszedł filozoficzny, a nie udało mi się w nim dojść do meritum. Nie udało mi się pochwalić tym, że powoli zaczynam wracać z dalekiej podróży i chyba mogę wreszcie powiedzieć, że jestem już w tym samym miejscu, gdzie byłem 4 lata temu. Patrząc na tabelkę z rekordami, które widnieją w lewym pasku na desktopowej wersji endomondo pojawiła się dziś jedna nowa data.


niedziela, 9 września 2018

Równowaga zabawy i treningu


- A może kiedyś zacząłbym trenować? - myślę sobie czasami sącząc piwko po udanym treningu - Wtedy, to bym na pewno poprawił życiówki...a może i życiówki Żmudzińskiego... fiu fiu... 

Ale kiedy przychodzi otrzeźwienie z tych odległych marzeń do głosu wraca druga myśl.

- Czy biegając (trenując) według kartki to dalej będzie przyjemność? Czy kolejny obowiązek? 

sobota, 8 września 2018

Parkrun Gdańsk-Południe #112

Obudziłem się, patrzę przez okno - pada. Eeee, pewnie znów będzie okno pogodowe, taka zmyłka jak zawsze. No ale nie przestaje lać. Patrzę na moje nowe eNki, które miały zadebiutować dziś na parkrunie i jednocześnie myślę o błotku na małym bajorku. Bez sensu. Ufajdam je zaraz, drugiego dnia...


Przez chwilę nawet miałem plan zaatakować dziś 22 minuty. Choć trochę bez przekonania. Przede wszystkim za późno poszedłem spać. Do drugiej słuchałem na słuchawkach Frankie Goes To Hollywood i nie mogłem zasnąć. Potem obudziłem się o szóstej... No i wczoraj zamiast odpocząć to sobie pobiegłem akcent :)

Wyszedłem z domu pół godziny przed startem. Oczywiście załapałem się tylko na ostanie krople deszczu bo nad Gdańskiem otworzyło się tradycyjne parkrunowe okno pogodowe. Zbiegłem na dół, kilka razy przyspieszyłem chcąc sprawdzić czy mam dziś dobry dzień czy normalny. No i chyba raczej normalny.

piątek, 7 września 2018

Me and my Asics Gel-Glorify


Generalnie recenzje butów mnie nudzą. Mam na myśli pisanie recenzji, bo raz na jakiś czas, kiedy planuję zakup, to czytanie recenzji bardzo mnie pasjonuje i wciąga. Problem jest jednak taki, że najwięcej recenzji dotyczy tych butów, które są bardzo mainstreamowe, albo też producenci chcą aby o nich się pisało. Niewiele jest natomiast do znalezienia na temat butów, które leżą na promocjach, za 50% ceny i ciężko powiedzieć, czy po prostu są niewarte swojej pierwotnej ceny, czy po prostu są tzw. "long tailem" danego producenta.

"Long tail" czyli długi ogon, to termin zaczerpnięty z branży pozycjonerskiej. Chodzi o to, że poza drogim pozycjonowaniem głównych haseł warto także pozycjonować jak najwięcej haseł tzw. III ligowych, które są same w sobie tanie, rzadko wyszukiwane, ale w kupie robi się siła. Mam wrażenie, że podobnie jest na rynku butów do biegania. Każdy producent ma na półce kilkadziesiąt różnych modeli, ale tak naprawdę promuje góra 3-5 z nich a cała reszta tworzy wizualną armię mnogości oferty. I ta cała reszta najczęściej wala się na półkach za 50% ceny. Ale czy to dobry but? Dojście do tej wiedzy jest mega trudne, a najczęściej kończy się sprawdzeniem na własnej nodze. Nie chcesz ryzykować? Płać full price i kupuj Nimbusa! Chcesz zaoszczędzić? Kup Gel-Glorify i sam przekonaj się czy są tak samo dobre jak Nimbusy :)

* * *

Kupno dwóch par butów w tym samym roku? Nie, to nie mogę być ja... No ale jakby nie patrzeć moim ostatnim Asicsom stuknęło 1800 km. Myślę, że spokojnie dobiegam w nich do 3000 km, ale nie będą już moimi podstawowymi butami, a takimi na deszcz, błoto i las. Biorąc pod uwagę, że właśnie idzie jesień, to nabieganie w deszczu i błocie kolejnego tysiaka nie powinno być dużym problemem. 

niedziela, 2 września 2018

Całkiem ładnie tu macie, na tej Łysej Polanie


Byłem o milimetry od odmówienia dzisiejszego biegu i napisania w ciągu nocy czegoś w stylu "sorry chłopaki, ale nie chce mi się, źle się czuję, bieganie jest bez sensu". No ale ja jeszcze nigdy nikogo nie wystawiłem do wiatru :) No może raz się nie dogadałem z Dominikiem co to formy ostatecznego potwierdzenia i skończyło się wtedy na tym, że go przez okno opierdoliłem, że mnie domofonem w weekend budzi.

Ale tak świadomie, systemowo, jeszcze nikogo nie wystawiłem do wiatru. Słowo biegacza! To słowo jest ważniejsze niż słowo np. piłkarza! Jak się z kimś umawiasz i nie przychodzisz to jesteś świnią :)

sobota, 1 września 2018

Parkrun Gdańsk-Południe #111

- Ty, Kamil, skąd ja mogę mieć tą koszulkę? - zapytam na starcie parkruna Kamila
- Nie wiesz? Przecież Marcinko kiedyś rozdawał


W tym tygodniu zobaczyłem 93 kg. Jestem już tuż tuż przed najniższą wagą od ponad 10 lat. Wyciągam z szafy koszulki, o których zapomniałem, że mam, albo takie, których nigdy nie nosiłem i okazują się pasować. Dziś na przykład znalazłem w szafie jakiś nieużywany singlet z napisem PZU.

Kreska zaczęła pod koniec wakacji trenować. Biega sama w tygodniu z endomondo. Tydzień temu obraziła się, że jej nie obudziłem przez 9-tą, więc wczoraj wieczorem kilka razy upewniała się, czy na pewno ją obudzę czy może ma sama ustawiać sobie budzik.

Poranek był wzorowy. Pobudka, kawa, kruche ciasto ze śliwkami. Oczywiście tylko jeden kawałek. Pogoda całkowicie letnia. Miało być już chłodniej i miało lżej się biegać, ale na parkrunie wciąż wakacyjnie.

Parkrun nr 111 był dziś jednocześnie 100-tnym biegiem, gdzie koordynatorem był wspomniany na wstępie Paweł Marcinko. Co prawda koszulek dziś nie rozdawał, ale słodkości na mecie były :)

środa, 29 sierpnia 2018

Zapisałem się na półmaraton :)

Zapisałem się na półmaraton :) To sumie będzie mój czwarty oficjalny półmaraton w życiu.


Wyspa Sobieszewska 2013
Pierwszy z Michałem na Wyspie Sobieszewskiej. Wszyscy mówią, że był to jakiś okrutnie zły bieg, że czołówka zboczyła z trasy i pobiegła na plażę, że gryzły komary no i przede wszystkim, że na mecie dawali zupę-lurę :) Komary faktycznie gryzły, na trasie nie zbłądziłem, fragmenty po piasku potraktowałem jako normalne elementy trailowej trasy a po zupę się nie zgłosiłem, bo pojechałem do domu. Mam jednak ciepłe wspomnienia z tym biegiem. Pobiegłem, ukończyłem coś w okolicy 2 godzin i kilku minut, a Michał pobiegł z 10 minut szybciej i był wtedy moim herosem.

sobota, 25 sierpnia 2018

Kącik biegowego melomana: Jethro Tull - Warchild


C'mon? Ostatni raz Jethro Tull w kąciku biegowego melomana był 4 lata temu? Przecież życia mi nie starczy aby opisać ten zespół w tym tempie! Przeczytałem właśnie swoją recenzję Benefita z września 2014 roku i ani słowa w niej o mojej wielkiej miłości do Iana Andersona i Jethro Tull!


Na tym bilecie nie ma daty, ale to był 1999 rok. Dwa dni później Metallica grała na stadionie Gwardii w Warszawie. To był mój pierwszy koncertowy tour po Polsce. Katowice-Warszawa razem z ekipą PH na pokładzie.

Pamiętam, jak wracając z tego koncertu na wysokości Częstochowy zatrzymała nas policja. Policjant przywitał mnie cytatem z Heavy Horses ".... and the mouse police never sleeps!" :) Obyło się bez mandatu. Choć poza miłością policjanta do Jethro Tull pomógł też pewien zakrwawiony człowiek, który w tym samym czasie podbiegł do radiowozu spychając moje drobne przekroczenie prędkości na dalszy plan.

Biegi progowe i parkrun Gdansk Poludnie #110

fot. Paweł Marcinko - a ja walczę na drugim planie z Jackiem Kędzierskim

Wczorajszy piątek był trochę inny niż piątki potrafią być. O godzinie 21:00 zamiast otwierać kolejne piwko stwierdziłem, że żal nie wykorzystać dotrwania w trzeźwości do tej godziny piątkowego wieczoru i ... poszedłem się zmęczyć.

Tempo progowe. Według mocno uproszczonej definicji to takie tempo, którym biega się na zawodach 10 kilometrów dając z siebie wszystko. Zakładając, że chciałem pobiec 6-7 km nie powinienem się strasznie sponiewierać i iść na maksa, ale tak w pobliżu swojego maksa. Ostatnią mocną dychę treningowo pobiegłem, o ile dobrze pamiętam. w okolicach tempa 4:50 min/km i tak chciałem pobiec wczoraj, tyle że krótszy dystans.

Z drugiej strony podoba mi się termin "tempo progowe" -  w końcu jestem fanem rocka progresywnego, więc zainspirowany porannym biegiem progowym Krzyśka Łapucia też chciałem pobiec progowo, ale nie neoprogowo :) Wybór padł na Warchild - Jethro Tull, świetna płyta, przez chwilę nawet chciałem ją wrzucić do kącika, ale zasnąłem zanim zacząłem myśleć o napisaniu posta.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Dookoła wyspy Mali Losinj


Chudy Wawrzyniec był tak naprawdę tylko przystankiem w drodze na urlop. Nie planowałem go, ale jakoś tak samo wyszło. Bo nie chciało mi się jechać do Chorwacji "na raz" (choć teraz wiem, że się da, 16h z Gdańska jest do zrobienia, drogi są znacznie lepsze niż nawet 4 lata temu, kiedy byłem tam ostatni raz). Kilka dni przed biegiem zadzwoniła do mnie Pani z Ujsoł, u której spędziliśmy przez ostatnie 2 lata z rzędu tygodniowy urlop, że właśnie zwolniło się jej jeden domek. Szybko obliczyłem daty w głowie i jeszcze w tej samej rozmowie telefonicznej zarezerwowałem 5 noclegów. Potem spojrzenie czy są jeszcze wolne miejsca na Chudym, a resztę... dobrze znacie, bo opisałem ją tydzień temu w "Ujsolskiej Trylogii".

Śmieszne jest to, że Oskar Berezowski, pisząc oficjalną relację z Chudego przepisał cytat z pożegnalnej wypowiedzi Krzyśka Dołęgowskiego ode mnie :) Ja pewnie zapamiętałem ten cytat niedokładnie i okrasiłem swoją "Licentia poetica". Ale dzięki Oskarowi pożegnalne słowa Krzyśka będą właśnie powtarzane tak, jak ja je odebrałem i przetworzyłem :)

Dwa dni po biegu byłem w samochodzie. Z Ujsoł zebraliśmy się z samego rana i już przed 15:00 zameldowaliśmy na wyspie Mali Losinj, będącej przedłużeniem wyspy Cres, na którą to trzeba przepłynąć promem z wyspy Krk. 

Czas spędzałem tutaj tak jak tylko można sobie wymarzyć. Rano wyprawa po ryby i owoce na targ, potem włóczenie się po najbliższej okolicy, kąpiele w morzu, kilka godzin w basenie z dzieciakami, przygotowywanie obiadu, jeszcze raz morze, jakiś spacer, potem sączenie Karlovacko/Grasevina/Rakiji. 

Ale po kilku dniach w końcu obudził się we mnie Kolumb. Zazwyczaj budzi się znacznie szybciej i zaczynam impulsywnie zwiedzać okolicę a siedzenie na plaży staje się mega męczarnią. W sobotę postanowiłem wreszcie pobiegać. Niestety tego poranka Kolumb zaspał. O ile pobudki o 5:30 (czyli skoro świt) były naturalne, w sobotę pospałem dwie godziny dłużej. Temperatura o 7:00 wynosiła już około 27 stopni, a kiedy słońce trochę wyżej zaczynało świecić szybko szybowała do 34 stopni. Tradycyjnie poszedłem popływać w morzu a odkrywanie wyspy przełożyłem na kolejny dzień.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Chudy Wawrzyniec 2018 cz. 3 - Bieg


Scenariusz przed startem wygląda zawsze tak samo. Powietrze ciężkie i gorące. Asfalt lepi się do nóg. Ale kiedy w piątek odbieramy pakiety zrywa się wiatr i zaczyna kręcić piaskiem na parkingu przed szkołą w Ujsołach. Zza gór płyną ciemne chmury. I rozpoczyna się burza. Leje całą noc. Cieszę się, bo będzie chłodniej. Temperatura z 30 stopni spada do 15-stu.

Chudy Wawrzyniec 2018 cz. 2 - Ujsoły

Rajcza-Ujsoły-Glinka. To małe trójmiasto oddalone o 6 godzin jazdy od Gdańska. Drogi są szybkie, da się przejechać na jednym baku, więc jeżeli ruszymy o 6 rano to można być tutaj chwilę po 12-tej w południe.



3 lata temu nazwy tych miejscowości mówiły mi coś wyłącznie dlatego, że czytałem napieraj.pl. Dziś zastanawiam się, czy to właśnie rubieże Beskidu Żywieckiego są tak niesamowite, czy może każdy region w Polsce skrywa tak piękne społeczności, gdzie choćby nieudolnej próba wplecenia się w jej tkankę na kilka dni w roku daje to perfekcyjne uczucie oderwania się od miejskiej codzienności.

Oh, it's such a perfect day
I'm glad I spent it with you
Oh, such a perfect day
You just keep me hanging on

Lou Reed zaśpiewał mi te słowa na mecie w Ujsołach. Siedziałem i jadłem gulasz z kaszą i surówkami popijając piwem. Och, cóż to był za perfekcyjny dzień. Jadłem i śpiewałem w głębi duszy razem z Lou. Jeżeli czyta do DJ odpowiedzialny za kawałki puszczane na mecie, to proszę przyjmij z tego miejsca moje największe słowa uznania. Playlista była perfekcyjna - śpiewałem przez pół godziny te półsenne kawałki pijąc piwo, jedząc drożdżówki i krzątając się po amfiteatrze razem z moją pozostałą czwórką, tłumacząc im, że 7h 41min to czas, z którego jestem meeeega zadowolony.

- No właśnie! Przybiegłeś szybciej niż Joszczak mi pisał na messengerze, że będziesz"

Chudy Wawrzyniec 2018 cz. 1 - Łabędzi Śpiew


Po raz pierwszy w życiu z określeniem "łabędzi śpiew" spotkałem się lata temu przy okazji recenzji płyty "Coda" Led Zeppelin. To była ostatnia płyta w klasycznym składzie, a jak później się okazało, w ogóle ostatnia płyta Led Zeppelin. Łabędzi śpiew to ostatnie dzieło artysty. Dzieło, które wieńczy jego wieloletnią pracę. I kiedy usłyszałem te słowa tuż przed 4-tą rano w sobotę w Rajczy... poczułem jakby coś skręciło mi żołądek ze smutku, mimo, że bieg jeszcze się nie zaczął...

- "Spotykamy się dziś po raz siódmy, ale jak widzicie, na balonie przy starcie widnieją napisy City Trail. To jest mój łabędzi śpiew. Za rok, o ile się spotkamy, będę występował tutaj wyłącznie w roli maskotki" - przeciął jak zabłąkany piorun podeszczowy rajczański mrok Krzysiek Dołęgowski. 

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Gazpacho

Minęły ponad 2 lata jak pisałem coś o jedzeniu, ale w sensie jedzenia więcej, a nie jedzenia mniej. Patrząc jednak na mnie i moją walkę z kilogramami nie byłbym... zbyt wiarygodny jako człowiek, który poleca coś do zjedzenia. No chyba, że ktoś chciałby wyglądać tak jak ja zeszłej zimy :)

Pojawiła się jednak kilka dni temu w moim jadłospisie potrawa, którą jem codziennie i nie potrafi mi się znudzić. Tytułowe gazpacho czyli chłodnik z pomidorów, ogórków, papryki, cebuli, pieczywa i przypraw. 

 

Ta zupa jest oczywiście tak dobra, jak dobre są składniki potrzebne do jej wykonania. Dlatego ciężko wykonać ją tak smaczną w inne miesiące niż lipiec i sierpień. Ja mam jeszcze jeden dodatkowy bonus: wszystkie pomidory, ogórki, cebula a nawet ząbek czosnku pochodzą z pola moich rodziców, którzy uprawiają je wyłącznie hobbystycznie (nie przemysłowo, choć ilości czasem wychodzą przemysłowe). Warzywa od moich rodziców nie mają ani grama sztucznego nawozu czy oprysku. Są po prostu całkowicie wolne od chemii, dojrzewające powoli, na żyznej glebie, pod polskim słońcem. I smakują wciąż tak samo jak smakowały w latach 80-tych.  

niedziela, 5 sierpnia 2018

"Mały Joszczi biegnie wśród drzew"


Człowiek, który przebiegnie 10 czy 20 kilometrów ma trochę podobne zachowania jak zwykły pijak. Większość rzecz jest fajnych i zabawnych, a na drugą część ma zwyczajnie wylane. Zdecydowanie zostaje także przekroczony próg akceptacji własnych zachowań. Ale o tym za chwilę...

Dziś umówiłem się z Joszczakiem i Kamilem na półmaraton+ po lesie. Na początku mieliśmy się tylko trochę pokręcić między drzewami ale kiedy Kamil powiedział:

- Chłopaki! Wiecie, że ja jeszcze NIGDY w życiu nie byłem na Pachołu?
- Buuuuhahahahahaah - odpowiedziałem
- Nie był na Pachołku hahahahahah!!!! - wtórował mi Michał

Trasa ułożyła się jakby sama. Plan dnia także. Pobudka o 7:00. Na śniadanie gazpacho prosto z lodówki (to jest moje odkrycie kulinarne sezonu!!). Lekko spóźniony zbiegam do garażu, zgarniam Kamila z ulicy i kilka minut przez 8-mą jesteśmy już na Wiszących Ogrodach gdzie czekał Michał.

sobota, 4 sierpnia 2018

Parkrun Gdańsk-Południe #107 - Trochę wolno, trochę szybko


Właśnie sobie uświadomiłem, że nie uczestniczyłem w żadnym parkrunie od ponad miesiąca. Ostatni raz pobiegłem 22:49 w ostatni weekend czerwca w Charzykowach. Potem długa przerwa w parkrunach. Ale powód jest banalny - po prostu przez ostatni miesiąc ani razu w sobotę o 9:00 rano nie byłem w zasięgu krótszym niż godzina jazdy samochodem od najbliższej lokalizacji.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Kącik biegowego melomana: The Cure - Faith

Mam takie wrażenie, że przez swoje makijaże, teatralnie nastroszone włosy i piosenki o pająkach Robert Smith nie jest do końca postrzegany na poważnie. Oczywiście kiedy miało się naście lat, nikomu to nie przeszkadzało, a wręcz było wielkim atutem i symbolem rozpoznawalności. Ale dziś zanim posłucham The Cure mam dość ambiwalentne uczucia. Ten kontekst z przeszłości czasem przesłania to co powinno stać na pierwszym planie - czyli muzykę. Ale ta - na szczęście - nie zawodzi.


Przez cały miesiąc, od czasów jak "męczyłem" przez tydzień Talking Heads, żadna płyta (do dziś) nie dała mi takiej spójności biegu z muzyką. Faith to rozprawa młodego Smitha z kwestią wiary. Począwszy do okładki, która przedstawia zdjęcie ruin jakiejś katedry (?) we mgle, poprzez pierwsze dźwięki The Holy Hour aż po kończące słowa "nothing left but faith".

Wady i zalety porannego biegania


Ciąg dalszy wczorajszego posta sam ciśnie mi się pod palce. W ramach komentarzy na FB pojawiło się bardzo dużo Waszych wypowiedzi. Chciałbym kilka z nich tutaj zacytować. FB to rzecz ulotna, tam istniejesz tu i teraz i jakiekolwiek grzebanie w historii nie jest najwygodniejsze. Blogspot jest chyba bardziej trwały, a na pewno łatwiej pewne rzeczy da się odszukać.

A tak przy okazji bieganie wcześnie rano też nie jest dla mnie. Zdecydowanie sesja wieczorna pasuje mojemu organizmowi! - Arsen

Dokładnie tak samo jak mi. Ale właśnie raz na jakiś czas zamierzam sprawdzić jak może być inaczej. Dzięki temu, że odezwali się także zwolennicy sesji porannej, miałem okazję przetestować moją głowę i ciało z ich argumentami.

środa, 1 sierpnia 2018

Wkurza mnie Baranowski, że rano biega i się z tego cieszy :)


Rano kompletnie nie mam mocy. Prawie zawsze tak było, rano męczę się i nogi mam ołowiane. Gdybym miał tylko biegać rano, to pewnie bym sobie odpuścił tę rozrywkę, bo nie jest ona wcale zabawna. I pewnie bym skończył jak spora cześć początkujących biegaczy, po 5-10 treningach konstatacją w stylu "eeee to nie dla mnie".

Ale co jakiś czas próbuję. Testuję, czy może jest lepiej. Nie jest problemem wstać o 5-tej. No może nie o 4-tej jak ten chwalipięta Adam Baranowski, ale być o 5:20 już gotowym, ze słuchawkami na uszach to nie jest jakieś wyzwanie.

środa, 25 lipca 2018

W poszukiwaniu wygodnych spodenek do biegania


Chciałbym napisać kilka zdań o tym jak ważne są wygodne spodenki do biegania. Mam świadomość, że ten temat może być potraktowany jako typowy wpis na sezon ogórkowy. Jednak to proste zagadnienie jakim są wygodnie (lub nie) spodenki może sprawić, że bardziej lub mniej pokochamy bieganie. Serio tak uważam i całkiem na poważnie chciałbym się pochylić nad tym tematem przywołując swoją własną historię

poniedziałek, 23 lipca 2018

Karl Meltzer: Pobić rekord


Jesienią tego roku ukaże się w Polsce tłumaczenia nowej książki Scotta Jurka - North. O tym jak pobił rekord na Appalachian Trail, czyli szlaku pasmem górskim biegnącym przez kilka stanów wschodniej części USA o długości 3524,5 km. W 2015 roku zajęło mu to 46 dni i 8 godzin. Pamiętam jak wtedy śledziłem trasę Jurka i trzymałem za niego kciuki.

Będzie z tego książka! - już wtedy to było oczywiste. I faktycznie Jurek napisał tę książkę, ale kiedy trafiła ona na półki, to rekord szlaku nie należał już do Scotta. Rok później, w 2016 roku w 45 dni i 22 godziny przebiegł go Karl Meltzer.

czwartek, 19 lipca 2018

Misiu wygląda dobrze, Misiu biegnie 240 km...

- Misiu wygląda dobrze - powiedział Dominik.

Spotkałem Dominika biegając swoje wieczorne kółka dookoła zbiornika. W sumie spotkałem nie tylko Dominika, bo wcześniej minąłem ekipę Gdańsk Południe na Start oraz Adama Baranowskiego z małżonką joggingujących się na naszym gdańskim Iten. W słuchawkach leciał debiut Tool, płyta Undertow. Aby posłuchać Toola w trakcie biegania trzeba wykazać się szczególną chęcią, bo ten zespół kontestuje wszelkiego rodzaju streamingi i nie uświadczy się ich ani na Spotifaju ani innym Tidalu. Trzeba wziąć oryginalną płytę CD z 1993 roku, zrippować do mp3 i wrzucić na iTunes. Spotkałem też moją własną małżonkę z trójką naszych dzieci i na 20 minut zatrzymałem się na placu zabaw asystując na zjeżdżalni :)

Kiedy kończył się 6 kilometr mojego treningu (pierwszy po przerwie na huśtawkę) przyłączyłem się do Dominika, który właśnie kończył swój mocny interwał.

- Misiu wygląda dobrze - powiedział Dominik.

Podkreślam to jeszcze raz. Powtarzam do zdanie. Bo to jest najważniejsze zdanie tego dnia, a także dnia jutrzejszego i pojutrzejszego. Być może jest to najważniejsze zdanie tego miesiąca a może i całego roku. Michał Joszczak stanął na starcie Biegu 7 Szczytów na Dolnośląskim Festiwalu Biegowym. Dwa lata temu ten bieg ukończył Janek Pobłocki (oczywiście ukończyło więcej zawodników, ale Janek jest z Gdańska i Janka znam). To było coś co wyrwało się poza granice wyobraźni postawioną przez Łemko 150. W tym roku poza Michałem wyzwanie podejmuje jeszcze 236 innych zawodników. Michał nie będzie sam. Z Michałem biegnie Piotr Skraburski, szara eminencja trójmiejskiego ultra. Na co dzień skromny, ale na trasie prawdziwa maszyna do zabijania kilometrów.



19 lipca 2018 godzina 18:00 - 0 km

Wystrzał startera z Lądka Zdroju padł dziś o 18:00. Dziś jest czwartek. Chłopaki na trasie zostaną do soboty. Pogoda chyba sprzyja. Popadał deszczyk, ale nie ma żadnego huraganu. W nocy będzie 15 stopni, w dzień 22-25 stopni. Trochę za ciepło, ale Michał w przeciwieństwie do Dominika umie pić. Będę śledził ten bieg z wypiekami na twarzy. Z ciekawością większą niż finał mundialu w Meksyku (Argentyna - Niemcy 3:2) czy Tour de France w 1993 roku kiedy Jaskuła był królem Polski i Francji. Tak samo jak śledziłem Waldka Misia na Grani Tatr, Piotra Pelplińskiego na UTMB czy Andrzeja Zyskowskiego na Spartathlonie. (pytanie: Co łączy wszystkich wspomnianych Panów? odpowiedź: ukończyli legendarny bieg Tricity Ultra i są posiadaczami kolekcjonerskiej naszywki).


Powięź bez tajemnic


Galaktyka przysłała mi kilka tygodni temu książkę. Inną niż te, do których przywykłem. Nie ma tutaj historii upadku i wzlotu, nie jest to książka, która przyczepia do naszych pleców husarskie skrzydła, daje motywacyjnego kopa i wyrzuca na podwórko aby biec przed siebie jak Rich Roll, Dean Karnazes, Shane Niemeyer czy legendarny Scott Jurek. Ta książka dużo bardziej przypomina mi pozycję, którą lata temu podebrałem z półki mojej siostry, wtedy jeszcze studentki medycyny. Mam na myśli Stulecie Chirurgów - Jürgena Thorwalda. Powięź bez tajemnic jest jakby kolejnym rozdziałem tej zbeletryzowanej historii odkryć medycznych XIX wieku. Tyle, że dopisanym w XXI wieku i dotyczącym organu, który dopiero niedawno został uznany właśnie za organ.

niedziela, 15 lipca 2018

Witunia Weekend Maraton #180


Ostatni raz byłem tutaj we wtorek 4 sierpnia 2015 roku. To był maraton nr #355 czyli 11 dni przed wielkim finałem wieńczącym dzieło Rysia Kałaczyńskiego z Wituni. Ciężko dać wiarę, że czas tak szybko leci. Wydaje mi się, że te kilka moich wizyt tutaj było całkiem niedawno. A może to dlatego, że maratony, które biegłem u Rysia po prostu tak mocno zapadają w pamięć, że zwyczajnie wybijają się na pierwszy plan w naszych neuronach mózgowych odpowiedzialnych za przechowywanie wspomnień?

Numery startowe Rysia na ścianie w biurze zawodów.

Zamykam oczy i widzę obraz samego siebie, z tego ostatniego mega gorącego maratonu w sierpniu, kiedy jedyny raz w życiu tak się zagrzałem, że na metę dobiegłem półprzytomny i Rysiu ratował mnie polewając całego zimną wodą z wiadra. Pamiętam doskonale wyjazd w Trzech Króli z ekipą TCU, albo mój wcześniejszy, kiedy poznałem Hanię i Janka. Pamiętam każdą porę roku na pętli w Wituni, butelki wody poukrywane w krzakach, a zimą to zderzenie ciepłej bazy z mrozem na zewnątrz, kiedy wychodziło się na ostatnie kółko z czołówkami na głowach.

wtorek, 10 lipca 2018

To jest moja prawda, powiedz mi swoją

Nie mam Garmina, ani Polara, ani Suunto. Zegarki biegowe po prostu wciąż nie spełniają wszystkich moich potrzeb, dlatego przez 6 lat nie kupiłem żadnego. Ale nie zmienia to faktu, że bardzo często zdarza mi się stać przed blokiem, w szortach, koszulce i nerwowo na coś czekać. Zupełnie jak każdy posiadacz zegarka czeka na satelity... Tak to sobie tłumaczę, inni czekają na satelity a ja stoję i zastanawiam się mówiąc sam do siebie:

- To czego dzisiaj słuchamy?

Neurony w mojej głowie wypuszczają miliony impulsów starając się połączyć mój obecny stan ducha i ciała z melodiami zapisanymi w bibliotece pamięci. Czy lepiej dziś pobiegnę przy czymś co słyszałem setki razy? A może ocalić od niepamięci jakąś starą miłość, która dekady nie gościła w moich uszach? Czy mam nastrój na coldwave, klasyczny artrock, a może coś zupełnie nie w moim stylu? A może ktoś z bliskich mi artystów wydał nową płytę?

Stoję tak i na szczęście nie marznę, bo jest lato. Stukam w komórkę, jeżdżę palcem po Tidalu, czasem coś włączę na kilkanaście sekund i czekam. Wystartować czy nie? Będzie miłość czy wnerwi mnie ta muzyka po 500 metrach?

Mijają minuty, kolejnym sąsiadom mówię dzień dobry, lekko uchylając jeden z nauszników moich najzajebistszych słuchawek świata marki Grado, które pokazały Sennheiserom miejsce w szufladzie. I wreszcie przychodzi ten moment.

This Is My Truth Tell Me Yours


sobota, 7 lipca 2018

Wycieczka biegowa Czersk-Chojnice

Jak nie jestem do czegos przekonany, ale nie mam racjonalnego powodu, to intuicyjnie czuje, że jeszcze nie czas. 
Jak wiem, że czas nadszedł, to nie mam żadnych 'ale'

Dominik "Miyagi" Dagiel

Mi wydaje się, że od 4 lat jestem przekonany, że któregoś dnia pobiegnę z Gdańska do Chojnic. Z miejsca gdzie mieszkam bezpośrednio do miejsca, gdzie pół życia mieszkała moja żona. Ostatnie dni wskazywały, że to będzie teraz. Forma jest taka, że od 4 lat nie było lepszej, wakacyjna konstelacja zawożenia i odwożenia dzieci między koloniami a babciami sprzyja takim wyprawom, dzień jest długi a noc krótka, a przebiec 120 km bez zahaczania o noc można tylko w tych czerwcowo-lipcowych dniach.


I kiedy już miałem wszystko ułożone w głowie a jedynym zmartwieniem było, którą z trzech rozważanych tras wybrać, cała pewność siebie zaczęła się powoli sypać. Poczułem się trochę jak bohater Truman Show, który postanowił uciec z miasta:

  • Michał pyta, czy się nie boję. Ja się dopytuję czego mam się bać. No, że tego samego co się stało kiedyś na Szczecin-Kołobrzeg. Samotnie przebiegający biegacze zostali zaatakowani przez krewkich mieszkańców okolicznych wiosek wracających z dyskoteki. No i czy nie boję się, że zostanę podobnie obity albo potrącony Golfikiem...
  • Dwa dni temu jadąc drogą Kościerzyna - Nowa Karczma dostałem w szybę kamieniem spod koła TIRa. Widziałem go przez ułamek sekundy, odprysk i pajączek na 50 cm. Gdybym dostał nim w głowę biegnąc poboczem - mógłbym tego nie przeżyć. 
  • A najgorsze było to, że trzy dni temu siedząc w pracy przy kompie tak mnie nagle coś zakuło w kręgosłupie, że aż na kilka minut musiałem się położyć na dywanie. I pozostałości tej igły między kręgami czułem następnego dnia rano i kolejnego także. Wstając z krzesła przez pierwsze sekundy czułem się jak zardzewiały manekin. Czy to rozsądne robić 120 km w tym momencie? Przecież główna zasada biegaczy poddających bieg brzmi: "zdrowie przede wszystkim" :)

piątek, 6 lipca 2018

King Crimson w Krakowie - 18.06.2018

Siedzę właśnie sam w domu, po raz pierwszy od długiego czasu. Słucham winyla zakupionego tuż przed koncertem: In The Court of the Crimson King. Nie jest to pierwsze wydanie, ale na pewno jest to najlepsza reedycja jaką można wymarzyć. Jedna z najsłynniejszych okładek rocka. Jedna z najważniejszych płyt, która w 1969 roku zmieniła bieg muzyki.


Ten pierwszy akapit, który właśnie napisałem brzmi jak wstęp do mega-laurki. I tak miało być. Koncert, na który wybrałem się do Krakowa, po raz pierwszy w życiu zobaczyć King Crimson na żywo miał być zamknięciem pętli. Miał być ostatnim akordem spełnienia, który włożony razem z całą dyskografią King Crimson do pudełka, pięknie przyozdobiony, zawinięty wstążeczką i odłożony na półkę obok zdjęć własnych dzieci, miał oznajmiać każdemu, kto pyta się mnie "czego słucham", że King Crimson to najważniejszy zespół mojego życia.

środa, 4 lipca 2018

Marzenia o 19:59

Ja to ten na czarno z jedną nogą do kolana

Kiedy wpadłem na metę ostatniego parkruna w Charzykowach z niedowierzaniem patrzyłem na dwie pierwsze cyfry wyniku. 22 minuty i 49 sekund. Chciałem pobiec (jak na mnie) szybko, ale raczej myślałem o wyniku minutę wolniejszym. Oczywiście, dla wielu to jest żaden czas, a nie jakiś wielki wynik, ale dla mnie to jest bardzo mocny kop do dalszej pracy. I nieśmiało, gdzieś tam daleko daleko dostrzegam malutkie światełko. Płomyczek, który przebija się przez miesiące potu na treningach i tego uczucia "bycia najedzonym inaczej". Ten kaganek, który gdzieś tam na granicy widoczności rozświetla 4 cyfry rozdzielone dwukropkiem. Pierwsza z nich to "1". Pozostałe są już nieistotne, niech będzie to po prostu 19:59...

wtorek, 3 lipca 2018

Kącik biegowego melomana: Talking Heads - Remain in Light


Jest taka książka Simona Reynoldsa "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz" czyli historia postpunku 1978-1984. Książka ma znakomite recenzje, wręcz jest przez wielu nazywana najlepszą pozycją o historii muzyki jaka została kiedykolwiek wydana. Ja nie przeczytałem jej w całości, nie przebrnąłem jeszcze przez te ponad pół tysiąca stron. Tym bardziej, że postpunk nie jest tym tzw "moim" gatunkiem, lecz... No właśnie, nie był moim gatunkiem, nigdy nie wyeksplorowałem go równie sumiennie jak choćby prog-rock. I między innymi z tego powodu ostały się tam płyty wielkie, wybitne, kamienie milowe zmieniające to co w muzyce działo się potem. Płyty, które doskonale znałem z okładek, ale muzykę raczej z kilku hitów, które przeszły przez radiowe sito.

piątek, 29 czerwca 2018

Plany koncertowe, plany biegowe

źródo fot: reddit. "kombajny na polu bawełny"

Praktycznie przez całą pierwszą dekadę lat 2000 pojawiałem się na Openerze regularnie. To był mój festiwal, do tego w zasięgu 45 minut drogi samochodem. Tutaj przeżyłem g-e-n-i-a-l-n-e koncerty Massive Attack i The White Stripes (jeszcze na Skwerze Kościuszki). Potem, już na lotnisku, w prawdziwie festiwalowej atmosferze spędzałem każdy pierwszy lipcowy weekend. Ostatni raz w 2011 roku, to chyba było wtedy kiedy burza przerwała występ Brodki (dokończyła go akustycznie) a potem w strugach deszczu i temperaturze 11 stopni grał Pulp. Z jakiegoś powodu uroiłem sobie, że będzie ładna pogoda i akurat tego dnia pojechałem do Gdyni komunikacją zamiast samochodem. Zimne piwo w zimną pogodę kompletnie nie smakowało. Do domu wróciłem kompletnie przemoczony, zmarznięty, trzeźwy i wykończony długą, nocną drogą powrotną.

środa, 27 czerwca 2018

Been there, done that


 Jest takie słynne ironicznie powiedzenie, rozpropagowane na wykopie:

- Jaki jest najlepszy sposób na zdobycie dziewczyny?
- Przede wszystkim nie bądź brzydki!

Bardzo łatwo jest sparafrazować je w kontekście biegania:

- Jaki jest najlepszy sposób aby pokochać bieganie?
- Przede wszystkim nie bądź gruby!

sobota, 23 czerwca 2018

Parkrun Gdańsk-Południe #101 - Dzień Ojca

Nie było mnie dwa tygodnie tutaj. Pechowo się ułożyło, że zarówno 99-ty jak i jubileuszowy 100-ty parkrun spędziłem na lotniskach. Szkoda.... Dziś obudziłem się o 6 rano. Za oknem ciemne chmury i leje. Po godzinie surfowania po necie za oknem nic się nie zmieniło. Pod moim wczorajszym postem o spalaniu tłuszczowym po 30 minutach biegu powoli rozkręcały się komentarze - a za oknem wciąż lało. Parkrun miał być z okazji Dnia Ojca. Wyciągałem Krescencję z domu w sobotę o 8:30 kilkadziesiąt razy. Ale dziś patrząc na interwały deszczu za oknem, oraz uwzględniając fakt, że o 10:30 musi być spakowana na kolonię, zwyczajnie odpuściłem jakiekolwiek psychologiczne zagrywki i poszedłem sam.

Na śniadanie zjadłem kilka łyżek pieczonej dyni. Miałem dać sobie spokój i wrócić z kilkudniowej "głodówki a la Dąbrowska"  do zaleceń Dominika Myiagi Dagiela, ale chciałem jeszcze sprawdzić jak będzie wyglądał dzisiejszy bieg i jakie spalanie mi się włączy.

Przed parkrunem przetruchtałem 3 km. Tempo 5:50 min/km. Spokojnie, bez walki, bez umierania. Deszcz przestał padać, a nawet wyszło słońce. Nie tylko w Londynie przestaje lać w sobotę o 9:00 ;) Spotkałem Kamila:

- A gdzie Karol? 
- Został w domu bo jedzie na ognisko, a gdzie Kreska?
- Została w domu bo jedzie na kolonię. 
- Czyli mamy dziś klasyczny Dzień Ojca? 


Patrzę na powyższe zdjęcie z mety i zastanawiam się co miałem na myśli trzymając się za głowę. Jest kilka możliwych odpowiedzi:

Mityczne spalanie tłuszczów po 30 minutach biegu


Niestety nie jestem lekarzem i nie przerobiłem na studiach podręczników z biochemii, aczkolwiek moja siostra nim jest i czasem do tych podręczników zaglądałem... 25 lat temu :) Chodzi o to, że krąży obok mnie potrzeba poczytania jakiś poważnych opracowań na temat biochemii ludzkiego organizmu w obliczu wysiłku. Internet pełen jest takich, ale jego autorami raczej nie są lekarze i z reguły wyglądają jak przedruki tego samego.

"Przy umiarkowanym wysiłku po 30 minutach balans spalania przenosi się z glikogenu na tłuszcz"

Powyższe zdanie w wielu najróżniejszych wariacjach zalewa każdą wyszukiwarkę, ale ... jest w nim coś co daje się dowieść empirycznie. Bo gdyby tak nie było padalibyśmy po max godzinie na twarz bez możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu. Nie jest tak. Sam doświadczyłem wielokrotnie, że możliwość parcia do przodu, nawet wolnego, ale przemieszczania się, to jeden imperatywów człowieczeństwa, którego nie jest w stanie odebrać żadne zmęczenie. Nie jestem fanem żelów, ani zażerania się batonami w trakcie długich biegów. Praktycznie każde ultra traktuję jako możliwość zrzucenia kilku deka swojego balastu i nie futruję snickerów, bo mi po prostu żal tego wykonanego wysiłku. Nie chcę go natychmiast zaszpachlować orzeszkami, karmelem i czekoladą.

czwartek, 21 czerwca 2018

Kącik biegowego melomana: Kamil Pivot - Tato Hemingway

Polski hip-hop? Nie, dziękuję! Pytanie, odpowiedź. Przez lata tak kończyła się każda rozmowa ze mną na temat tego gatunku. No może kilka zdań zamieniłem o Paktofonice, kupiłem nawet kasetę, tuż po premierze (płyty, nie filmu). Cofnąłem się jeszcze kiedyś do czasów Kalibra 44 i też coś tam dla siebie znalazłem, ale cała reszta.... no cała reszta to dla mnie jakiś kabaret, teksty, które są kilometry świetlne od mojego świata.


No i jadę sobie wczoraj rano samochodem, gra Trójka, parę minut przed 9-tą lecą Mandarynki. No i przyznaję szczerze - wciągnąłem się w tekst. Tylko, że z głosu brzmiał jak jakiś gówniarz, jakiś 16-latek. Ale skąd w takim razie teksty o tym jak szukał po Warszawie dziewczyny z Nokią w Centertelu i bez GPSa? Takie rzeczy to przecież z 15 lat temu... Piosenka albo się skończyła, albo ją wyciszyli, bo nie dotarła do mnie puenta. No spotkał się z tą Olgą? Czy go wystawiła?

czwartek, 14 czerwca 2018

Maraton di Garfagnana


Planując rodzinną (a nawet dwu-rodzinną) wycieczkę w czerwcu do Włoch na pewno nie przewidziałem dwóch rzeczy: tego, że będę już bardzo wymęczony polskimi upałami przez cały maj i pół czerwca, oraz tego, że we Włoszech będę musiał używać siatki z supermarketu, owinąć w nią komórkę, co by chronić ją przed deszczem. Nie przewidziałem też, że umknie mi obecność na 100-nej edycji Parkruna Gdańsk-Południe, ale to temat na osobny smuteczek...

Wracając do Włoch, zupełnie losowo trafiliśmy w rejon gdzieś na granicy Toskanii, Ligurii i Emilia-Romania. Dokładnie do miejscowości Castiglione di Garfagnana, w rejon który jako całość określa się właśnie słowem Garfagnana. W jednej strony schowany w Apeninach, a z drugiej oddzielony od morza Alpami Apuańskimi.

Na ich najwyższy szczyt, czyli Monte Pisanino (1946 m.n.p.m.) mamy widok z okna, a nawet z leżaka przy basenie :) Niby 1946 metrów nie robi aż takiego wrażenia, bo w naszych Tatrach wiele szczytów ma powyżej 2k. A w samych Apeninach na taką Monte Amiata (~1550 m) można wjechać nawet samochodem, ale to właśnie te ostatnie 500 metrów robi największe wrażenie - w żlebach leży śnieg, gołe skały nie są pokryte roślinnością a przebijajac się przełęczą w kierunku morza samochód wije się bo bardzo wąskich serpentynach z prędkością max 20 km/h. No i widoki są takie, że... boję się patrzeć.

I w takich właśnie okolicznościach przyrody znaleźliśmy się aby spędzić rodzinny urlop. Pogoda jest w kratkę. Pierwsze 2 dni upał i czyste niebo. Potem wciąż upał, ale niebo zachmurzone. Wreszcie wczoraj spadł deszcz. Rano trochę pogrzmiało, niebo zasnuło się chmurami i przez praktycznie cały dzień z niewielkimi przerwami padało. Do tego umiarkowane 20 stopni temperatury. Idealny dzień na wybiegnięcie przed siebie...