wtorek, 19 lutego 2019

Altra Escalante - recenzja butów do biegania


To nie są zwyczajne buty do biegania. Ciężko jest je kupić w zwykłych sklepach sportowych. To buty z pewną legendą, ale też i misją. Ciężko jest też je ujrzeć na stopach przypadkowych osób, bo wejście w ich posiadanie to najczęściej świadomy wybór.

Idąc ulicą spotykasz mnóstwo osób w butach od Adidasa, Nike czy New Balance, ale nie oznacza to od razu, że są biegaczami. Kiedy jednak trafiasz na osobę w Altrach wiesz od razu, że należycie to tego samego, tajemnego klubu: klubu biegaczy poszukujących.

I takie jest właśnie pierwsze wrażenie. Transfer wizerunku następuje zanim jeszcze złożysz je na stopy.

Ale to prawdziwe pierwsze wrażenie uderza cię w bok głowy, gdzieś obok błędnika, kiedy już zdecydujesz się je ubrać. Świat wali się w tył. Jesteś przyzwyczajony do buta, w którym odpadasz do przodu, a tutaj przez pierwsze sekundy musisz przeprogramować się aby nie upaść w tył.



Wszystkich najważniejszych cech doświadczasz praktycznie od razu:
  • zerowy drop
  • lekkość
  • miękkość i elastyczność podeszwy
  • amortyzacja na całej powierzchni
  • minimalna stabilizacja
  • szerokość w palcach
  • miękki zapiętek

Wielu z tych cech szukałem od dawna i różne ich kombinacje znajdowałem w innych modelach innych marek. Ale nigdzie wszystkie na raz.

niedziela, 17 lutego 2019

FD7 - El Cotillo --> Majanicho

Pisałem kilka dni temu, że na długie wybiegania na wakacjach to kwestia priorytetów. Zaś krótkie wybiegania to kwestia elastyczności. Czy lepiej jest zrobić mniej krótkich czy więcej długich? To już kwestia indywidualna. Inna rzecz, to czy 15 km w niedzielę można nazwać długim wybieganiem? Brzmi mi w głowie cały czas echo jednego z wpisów Porannego Biegacza, który oznajmił, że nie będzie robił długich wybiegań w ramach przygotowań do maratonu, bo są to jednostki treningowe, które zżerają zbyt dużo sił (i czasu!) na regenerację.


No ale jak zwiedzać świat bez długich wybiegań? Można robić albo pętle, albo wahadło albo...  oznajmić żonie otrzepując nogi z piasku po godzinie na plaży:

- To może ty byś z dzieciakami pojechała samochodem drogą, a ja dobiegnę te 15 km plażą? 


sobota, 16 lutego 2019

FD6 - Wiewiórki i słuchawki

Fuerteventura Dzień 6 - tytuł oczywiście nawiązuje do dzisiejszego wpisu Adama 2h59min. Wiosna przyszła do Gdańska. Można nawet znaleźć pewne analogie do Fuerteventury. Bo dziś też przyszła do nas wiosna. Zamiast 26 stopni było ledwie 21. Dziś 6-ty dzień zimowych ferii. Wstałem tradycyjnie przed wschodem słońca, ale... coś mnie zblokowało aby iść z rana pobiegać. Zamiast tego przygotowałem ciasto na naleśniki i posiedziałem tępo przy kompie. Potem jedliśmy śniadanie, które przeciągnęło się na tyle długo, że zgłodnieliśmy na II śniadanie...

W końcu około 13-tej wybraliśmy się na rodzinne wejście na wygasły wulkan Calderon Hondo, bez lejącej się lawy, ale atrakcje uratowały dzieciakom wiewiórki...


Wziąłem wiec 3-kę na barki, ręce i plecy i ruszyliśmy. Warto było kiedyś być grubym. Poczułem się jak stary-ja. :)

Rok 1977 cz. 2

c.d.

Televison - Marquee Moon. Ta płyta przyszła na świat dokładnie tego samego dnia co ja. 8 lutego 1977. Czy żyjąc w roku 1977 i będąc poszukującym nastolatkiem poszedłbym tego dnia do sklepu i kupił winyl tej grupy? Może tak by było, może w ramach urodzinowego prezentu wyszedłbym ze sklepu muzycznego w Nowym Jorku (zakładając optymistycznie, że mieszkałbym w Nowym Jorku) z debiutem nikomu na świcie nie znanej kapeli. W tym czasie woda w garnku, w którym miał ugotować się punkrock miała już 99 stopni Celsjusza i lada moment miała zacząć wrzeć. Czy można Television nazwać grupą punkrocową? Niektórzy tak robią, ale wtedy trzeba by również punkrockiem nazwać muzykę Patti Smith (niektórzy też to robią). Lider Television - Paul Verlaine kilka lat wcześniej współpracował z Patti przy realizacji jej singla. Może właśnie dlatego w debiucie jego własnego zespołu jest tylko poetyki. Kończący płytę Torn Curtain brzmi tak, że wystarczy zamknąć oczy i nawet wokal zaczyna przypominać Patti :)

 W 1977 roku mamy ciągle luty, w poprzedniej części opowieści napisałem, że ten rok będzie pogromem dinozaurów, ale jeszcze nic tego nie zapowiada. Jethro Tull to jeden z tych zespołów starej gwardii, który także wydał fantastyczny album. Pieśni z lasu, od kiedy tylko je poznałem, na początku liceum, wydawał mi się bardzo bliskim albumem. No bo ja sam byłem taki trochę "z lasu", ze wsi pod Gdańskiem. Piosenki na tej płycie są z jedne strony ciągle rockiem progresywnym pomieszanym z folkiem - jak całe Jetrhro Tull, ale wciąż takie bliskie, swojskie, bezpretensjonalne.



Na dwa kolejne albumy z lutego 1977 wybrałem się do ciepłych krajów. Okładka debiutu Petera Gabriela pasowała tutaj jak pięść do nosa. Biegłem wysuszoną drogą powstałą z czarnych wulkanicznych skał i piasku Sahary. Ten pokryty deszczem samochód na okładce bardziej przywoływał wczorajszy dzień anglików w hotelu... Biegłem, patrzyłem w prawo na fale Atlantyku i śpiewałem razem z Peterem: "Lord, here comes the flood!". Ale jak przyjąłbym ten album w 1977 roku? To przecież pierwsza płyta Gabriela po apogeum złotego składu Genesis - Lamb Lies Down On Broadway. Ale na tej płycie Gabriel jest w rozkroku pomiędzy starym progresywnym Genesis a czymś o czym wtedy, w 1977 roku jeszcze nie wiemy - czymś, z czego zrodzi się "własny styl Petera Gabriela", który eksploduje dopiero na 4 i 5 płycie. Ale wtedy w 1977 roku pewnie byłbym rozczarowany. Zamiast koncept albumu dostałbym zbiór różnych piosenek.

Nie wiem, czy wtedy, w 1977 roku zwróciłbym uwagę na ten album. Czy przyciągnął by moją uwagę przebój Cold As Ice, który brzmi zupełnie tak samo jakby wyszedł spod pióra grupy Supertramp? Jeżeli już, to sięgnąłbym po debiut Foreignner ze względu na jednego z dwóch współzałożycieli grupy: Iana McDonalda. To przecież człowiek, który był członkiem PIERWSZEGO składu King Crimson i nagrał z Frippem słynny In The Court of th Crimson King.

Dziś ta płyta mi się podoba. Brzmi jak mieszanka wspomnianego Supertramp, The Alan Parsons Project, Ala Stewarta - z drugiej strony jest trochę brzmienia Free czy Bad Company zmieszanego z amerykańskim luzem. Ale wtedy w 1977 podejrzewam, że byłbym bardzo kategoryczny i mógłbym bardzo szybko zaszufladkować ten album jako zwykły pop. Na szczęście 42 lata później nogi same rwą się biegu przy Starrider.

c.d.n.

piątek, 15 lutego 2019

FD5 - Lemury i psy

Fuerteventura dzień 5. Dziś nic się nie wydarzyło. Robię ten wpis tylko dla ciągłości pamiętnika.

Nazwa Wysp Kanaryjskich nie pochodzi od kanarków. Wręcz przeciwnie, to kanarki wzięły nazwę od wysp. Wyspy Kanaryjskie to wyspy psie. Od psów ("canis") , których dzikie hordy biegały po nich od niepamiętnych czasów. Czy to dobry omen dla biegacza?


Mniej więcej co drugie bieganie po wyspie kończy się spotkaniem z psem. Oczywiście nie są to dzikie hordy bezpańskich psów, ale udomowieni przyjaciele surferów z kamperów. Mimo to, kiedy przebiegam obok kampera zaciągając się rozwiewanym przez wiatr dymem z marihuany (dwa razy ewidentnie czułem) a pies robi względem mnie pokojowe "hau, peace & hau" to nie czuję się zbyt pewnie. Powtarzam  sobie w głowie - "to są wyspy psie" i biegnę dalej.

Fuerteventura D4 - Calderon Hondo i Ajua!


Walentynki. To święto, które obchodzę każdego dnia w roku :) Dziś obudziłem się w okolicach świtu, wypiłem kawę i podjechałem pod jeden z bardziej polecanych szczytów na Furcie - Calderon Hondo. To wygasły wulkan, który dzieli od asfaltu ledwie 3 km biegu (marszu? wspinaczki?) ale krajobraz, który roztacza się po obu jego stronach jest opisywany w samych superlatywach na tripadvisorze.

środa, 13 lutego 2019

Fuerteventura dzień trzeci - biegowa palma



26 stopni w lutym to chyba anomalia nawet jak na ten równoleżnik. Trzeci dzień upałów. Poranek rozpocząłem tradycyjnie. Pobudka, rzut oka na świt za oknem nad wygasłymi wulkanami, czarna kawa i krótkie bieganie. Dziś pobiegłem tą samą ścieżką co wczoraj rano, ale aby nie tracić cennych kilometrów na dobiegnięcie z domku - podjechałem samochodem do samej linii oceanu.

W przypadku niektórych ścieżek bieganie nimi po raz kolejny jest jak sięganie po kolejną kostkę ptasiego mleczka. Niby wiesz jak smakuje, ale nie potrafisz się opanować. Tak samo mnie dziś rano cieszyła ta sama ścieżka co wczoraj.


Tylko trochę bardziej wiało. Niestety dowiedziałem się o tym dopiero kiedy po 3.5 km zawróciłem. Bo biegnąc na południe po prostu wiało mi w plecy :) Poza tym dzień jak każdy inny: surferzy podjeżdżają swoimi kamperami, stoją w piankach ubranych do połowy, do połowy nadzy, młodzi i starzy, wszyscy szczęśliwi z twarzy. Mam wrażenie, że kilku z nich widziałem wczoraj, pozdrawiamy się dłuższym spojrzeniem zakończonym porozumiewawczym uśmiechem...

NAGLE:

wtorek, 12 lutego 2019

Fuerteventura - dzień drugi.


Fajnie się wymyślało alternatywne tytuły do postów Porannego Biegacza z Iten, ale względem samego siebie dystans jest zbyt mały i łatwiej napisać zachowawcze "dzień drugi" zamiast poetyzować pomiędzy Mickiewiczem a Misiem.


Miś jest tutaj całkiem na miejscu. Bo najpierw opisałem to zdjęcie na Insta, że to plaża miejska w Katowicach, a przy kolejnym, gdzie chełpiłem się przebiegniętymi ponad 13 kilometrami w godzinę Adam Baranowski znów zapytał o węgiel. Odpisałem mu taką trawestacją: "Ten rekord nie wziął się z nikąd, lecz z dumy i trudu, ze znoju codziennej pracy, ze stali, z żelaza, z węgla. A węgiel to koks, to antracyt."


Jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że na feriach na Fuerteventurze pobiegnę pewnie symboliczne jeden raz. Bo wiadomo - czynniki wyższe. Jak jedziesz z rodziną i jesteś odpowiedzialny za fajnie spędzony czas to nie możesz biegać maratonów. I chyba w tym ostatnim słowie jest klucz. 

poniedziałek, 11 lutego 2019

Przyjechałem na Fuertę i się zdziwiłem


42 lata to ten moment w życiu, kiedy jeszcze wszystko przyspiesza, ale wewnętrzny głos coraz częściej mówi "zwolnij". Ferie planowane niby na spokojnie w październiku, ale realizowane w lutym: urodziny, parkrun, Chojnice, Berlin, pobudka, deszcz ze śniegiem, Lauda Air, 4 godziny, bagaże, rent a car.... i ten moment... Trójka dzieci na tylnej kanapie, obok siedzi moja laska, odpalam auto, ruszam.... i wtedy czuję wolność, wakacje, spokój. Uwielbiam prowadzić samochód w miejscach, których nie znam. To jest magiczna mieszanka ekscytacji i jednocześnie wyciszenia. Teoretycznie wiesz dokąd zmierzasz, ale praktycznie nie masz pojęcia. 


sobota, 9 lutego 2019

Algorytm newsfeeda Endomondo sam wybiera aktywności do wyświetlenia

- Ej, czemu ostatnio nie biegasz?
- No jak!? Przecież wczoraj biegałem!
- No ale nie wrzuciłeś na endo.
- Pewnie, że wrzuciłem! 
- No to musiałem nie zauważyć...


Ostatnio przeprowadziłem kilka podobnie brzmiących dialogów jak ten powyższy. Za którymś razem zorientowałem się, że to nie moja spostrzegawczość szwankowała, ale pewne aktywności moich znajomych nie pokazywały się na newsfeedzie endomondo. Zarówno w apce na telefonie jak i na komputerze.

parkrun Gdańsk Poludnie #135 - Master of Chaos


Taki tytuł przyszedł mi do głowy, kiedy patrzyłem jak Natalia Piórkowska na mecie dzisiejszego parkruna wyciąga z plecaka swój własny kubeczek (aby nie zużywać jednorazowych) nalewa sobie z pietyzmem do pełna owocowej herbatki z termosu i ...

- TO JEST JAKIŚ PONCZ!!! - wydaje z siebie okrzyk zdziwienia po umoczeniu ust!

A ja patrzę się z boku i cieszę w głębi duszy zupełnie tak samo, jak wtedy kiedy w restauracji podmieniam nakrętki soli i pieprzu. Czuję się jak master of chaos :)

A ostrzegałem! Zaraz po przemówieniu Tobiasza na starcie powiedziałem w kilku słowach, że nie ma herbaty w termosie, ale jest grzaniec z wczoraj. Było widać kto słuchał :)

42 kilometry na 42-gie urodziny


"A w urodziny to pobiegnę tyle km ile mam lat!" - kto z nas nie robił sobie takich postanowień. Ja robiłem tak zarówno rok temu, jak i dwa, trzy, cztery.... siedem lat temu. Ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Bo trzeba było organizować imprezkę, bo wypadało w dzień pracujący, bo to czy tamto. I jakoś nigdy nie udało mi się sprawić sobie tego najlepszego dla biegacza prezentu właśnie w ten dzień.

Do wczoraj. Bo wczoraj miałem swoją najbardziej okrągłą rocznicę. 42 lata życia minęły jak 42 kilometry maratonu. 8 lutego. Mój dzień. 

środa, 6 lutego 2019

Rok 1977 cz. 1

Cofnijmy się okrągłą maratońską liczbę lat temu. Do roku 1977. Dinozaury muzyczne zginęły w deszczu meteorytów. Zginęły w męczarniach. Niektóre bezgłośnie, a niektóre wydały płyty z jękami agonii. Rok 1977 przedstawia poniższe zdjęcie.


W roku 1977 urodziłem się także ja. Przez długie lata miałem z tym problem, że ani jedna genialna płyta, z którą mógłbym się utożsamiać nie ukazała się w 1977. Ale dwa lata temu (z okazji 40-tki) rozpocząłem swój mały paranoiczny projekcik, aby posłuchać każdej płyty jaka ukazała się w 1977 roku. Sporo z nich kupiłem, oczywiście na winylach, bo taki nośnik jeszcze wtedy królował. Wiadomo, że nie posłuchałem każdej, ale naprawdę dużo.

Pamiętam jak właśnie dwa lata temu opowiadałem o tym Dominikowi biegnąc nad morze, że otwierają mi się oczy, że coś, co przez lata oceniałem jako rzeź dinozaurów było tak naprawdę drugimi narodzinami rewolucji w muzyce. I nie mam na myśli punk-rocka. Bo punk, to było tylko narzędzie w rękach pierwszego szeregu rewolucji. Zaś na spalonej ziemi pozostał jedyny w swoim rodzaju krajobraz łączący stare z nowym. Bez żadnej dominacji, na absolutnie równych prawach...

Taki rok jak 1977 nastąpił potem jeszcze tylko jeden raz. 14 lat później.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Plan na wiosnę

Patrzę na moich biegowych znajomych z pewną zazdrością. Każdy z nich szykuje swój plan na tę wiosnę. Niektórzy już go realizują. Ja jakoś nie potrafię oprzeć się na planach. Uciekam nawet od stworzenia takiego własnego, tylko dla mnie. Po prostu ustawiam sobie poprzeczki z marzeniami i z gniewną miną do nich gonię. Ale moja pogoń za marzeniami dużo bardziej przypomina szukanie punktów w biegu na orientację niż wyciskanie potu z tartanu na 400-metrowej bieżni.


Z jednej strony chciałbym mieć plan, ale z drugiej boję się go mieć. Nie jestem zachowawczy. Nie chodzi o to, żeby potem się wycofać i mówić, że nic się nie stało. Nie mam problemów aby bezrefleksyjnie podzielić się marzeniami na najbliższe pół roku. Proszę bardzo: złamać 19 minut na 5 km, złamać 40 min na 10 km, pobiec maraton z balonikami na 3:15 i przybiec przed nimi. No i jeszcze Rzeźnik... tutaj ciężko określić czas, ale ambitnym celem będzie znaleźć się w 20% pierwszych par na mecie. Cele są coraz bardziej ambitne i być może ostatnie, które mogą przyjść ze zwykłego biegania, z trenowania bez planu, z marszu.

sobota, 2 lutego 2019

Buty do biegania z małą stabilizacją - ewolucja oczekiwań


Przez ostatnie pół roku kupiłem prawie tyle butów do biegania, co przez poprzednie 6 lat... Ponieważ kiedyś przyjąłem zasadę, że pełną recenzję butów robię dopiero wtedy, kiedy je wyrzucam, mógłbym przez kilka kolejnych lat nic o butach nie pisać... Ale!

  • Mam taki styl biegania, że nie niszczę butów, więc wyrzucam je dopiero wtedy gdy mają przynajmniej 2k km. Choć i wtedy nie wyrzucam, a po prostu oddaję na drugie życie do tzw "pracy w polu". 
  • Nigdy nie reklamowałem butów, bo (patrz punkt poprzedni)
  • W mojej głowie przez ostatnie miesiące nastąpiła nie ewolucja, a tsunami postrzegania butów do biegania.
  • Kilka tygodni temu kupiłem na wyprzedażach dwie pary (Adidas, Puma) a kilka miesięcy wcześniej jeszcze inne dwie pary (Altra, New Balance)
  • Taka sytuacja, że idąc pobiegać mam 4 różne pary do wyboru nie zdarzyła się w moim ascetycznym życiu jeszcze nigdy.

parkrun Gdańsk Poludnie #134 - Gwiazdy tańczą na lodzie


62 uczestników dzisiejszego parkruna i 62 życiówki! Wszyscy wystąpili w nowej kategorii - taniec na lodzie na trasie popularnego biegu parkrun. Wszyscy w pięknym stylu i wyjątkowo docenieni przez jury.

A zaczęło się tradycyjnie tak:

niedziela, 27 stycznia 2019

Kącik biegowego melomana: The The - Dusk


Czy ktoś jeszcze pamięta Matta Johnsona i jego projekt The The? Ja zwróciłem na ten zespół uwagę w październiku 1989 roku kiedy na Liście Przebojów Programu III pojawił się utwór duetu Matt Johnson & Sinead O'Connor - Kingdom of Rain. Sinead wtedy kochałem, więc po nitce do kłębka doszedłem do płyty Mind Bomb - The The, skąd pochodziło wspomniane królestwo deszczu. The The miało wtedy swoje 5 minut, bo zarówno The Beat(en) Generation jak i Armageddon Days Are Here (Again) trochę szumu wtedy narobiły.

Powyższą okładkę kolejnej płyty The The znałem doskonale z Tylko Rocka. Ale recenzja Grześka Kszczotka nie była pełna zachwytu, więc poprzestałem na wysłuchanie tego co kątem ucha udało się złapać na falach eteru i płyty nigdy sobie nie kupiłem.

sobota, 26 stycznia 2019

parkrun Gdańsk Poludnie #133 - Setka Staszka oraz życiówka vs życie

Na początku trochę ode mnie, a potem kilka highlightów z dzisiejszego biegu.

Ciągle czuję w kościach zabójczą końcówkę roku, kiedy zrobiłem w tydzień 140 km, a zakończyłem życiówką na biegu noworocznym. Staram się trochę zwolnić, robić więcej różnorodnych treningów, mniej biegać, mniej się dobijać ostrymi biegami, dorzucam siłownię i rozciąganie. Coś jakby roztrenowanie, ale jednak nie do końca. Wrzucam do swoich treningów trochę kontrolowanego chaosu, daję sobie czas do 18 lutego. Wtedy wracam z ferii i trzeba będzie pomyśleć na poważnie o planie na maraton.

Dziś na bieg ubrałem... sweter. Taki zwyczajny, który kiedyś małżonka kupiła mi w primarku za 2 funciaki, lekko rozciągnięty, bo rok temu też go nosiłem :) Pomysł na sweter powstał stąd, bo jakbym poszedł w t-shircie to byłoby mi jednak trochę za zimno. Ale w biegowej bluzie z hiper technologiami zagrzałbym się na pierwszym zakręcie. A sweterek? Jest i trochę ciepły i trochę przewiewny. Do sweterka oczywiście trzeba założyć koszulkę z kołnierzykiem. Apaszka też pasuje :) Jeżeli dodam do tego żeńskie spodnie z Lidla, lekko przykrótkie z różowym sznureczkiem, to wyglądam tak elegancko, że gdybym tylko udał się do jakiejś burgerowni kelner na 100% zaproponowałby mi burgera wegańskiego :)


czwartek, 24 stycznia 2019

5 momentów, kiedy najbardziej Ci się nie chce


Po roku budowania nawyków przy pomocy motywacji znalazłem się w międzystrefie gdzie z jednej strony są jeszcze pokłady tejże (motywacji) a z drugiej już nawyki. No niebezpieczny stan, bo mogę w nim przeszacować samego siebie i swoje działania, stracić długofalową koncentrację i zgubić się na prostej ścieżce. Poniżej definiuje swojego oponenta w pięciu punktach, które przyszły mi do głowy jak siedziałem dziś rano przed siłownią na wyłączonym silniku i zaczynałem marznąć...

Z tego świata każdy ma tyle, ile sobie weźmie.

Na każdych studiach technicznych są obowiązkowe zajęcia humanistyczne. Studenci w większości traktują je jak zło konieczne, ale ja miałem sporą frajdę uczęszczając za zajęcia z filozofii. Oczywiście ledwie liznąłem tematu i liczę, że porządnie przyswoję całą akademicką naukę na emeryturze, jednak filozofia niezależnie od poziomu wiedzy na jej temat jest elementem naszej codzienności. Dokładnie tak samo jak fizyka. Nie trzeba kończyć studiów ścisłych aby jabłko spadło na ziemię pod wpływem siły grawitacji. Również studia nie są potrzebne aby z tego świata mieć tyle, ile sobie weźmiemy.


Po tym długim wstępem chcę poświęcić kilka zdań na temat przygody człowieka, którego blog obserwuję z wypiekami na twarzy. Podobno żaden wiatr nie jest pomyślny dla okrętu, który nie wie do jakiego portu płynie. Antoni chyba doskonale wie, do jakiego portu płynie a pomyślne wiatry pełną siłą prują w jego żagle.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Muzyczna audycja biegowa nr 2: Blue Monday 2019

Rok temu rozpocząłem coś co wydawało mi się, że będzie kolejnym cyklem. Raz na jakiś czas chciałem tworzyć biegową playlistę opartą o temat wiodący. Blue Monday 2018 było jej otwarciem. No i NAGLE minął rok. Znów mamy Blue Monday - najbardziej depresyjny dzień roku.


Utwory ułożyły się same. Wziąłem komórkę w dłoń i w kilka minut te tytuły same zagrały mi w głowie. Po prostu musiałem dodać je do playlisty i ... poczekać aż się ściemni. Ta zbliżająca się wiosna zaczyna wprowadzać mnie w depresję. Boję się, że będzie coraz mniej szans na bieganie po ciemku bez dezorganizacji dnia. A muzyka brzmi swoją pełnią dopiero jak jest ciemno dookoła.

sobota, 12 stycznia 2019

parkrun Gdańsk Poludnie #132


Schudłem 40 kg, kupiłem spodnie na mój nowy rozmiar, pożyczyłem bluzę od żony, ogoliłem się, tydzień temu pobiegłem 19:34, a w Nowy Rok - kiedy większość parkrunowych ścigaczy spało po sylwestrowej nocy - wygrałem ten bieg :) Ściganie się jest ekscytujące, ale też trochę spala. A podobno najlepszy trening to trening zróżnicowany.

- Dziś się nie ścigam! - powiedziałem Kamilowi na starcie

Spojrzał na mnie, ale nie musiał nic mówić. W jego spojrzeniu był wypisany komentarz i brzmiał on:

- Jo jo....

Wiem, że mówię to za każdym razem od miesiąca. Ale zawsze coś mnie poniesie. Wystarczy, że ustawię się na początku i jak wariat zacznę na plecach kogoś znacznie szybszego, a potem po prostu głupio odpuścić choć całe ciało wykrzykuje taką prośbę.

sobota, 5 stycznia 2019

Parkrun Gdańsk-Południe #131 - jest sobota, jest parkrun, jest życiówka


Pogoda na życiówki - pomyślałem rano, kiedy kręciłem się spokojnym tempem po zbiornikach sprawdzając stopą teren. Na dużym w porządku, przyczepność dobra. Na małym trochę gorzej, można przebiec suchą stopą, ale trzeba biec wężykiem i chwilami po darniach. Ale generalnie nie jest źle. Temperatura 2 stopnie na plusie, wiaterek słabiutki jak na północną Polskę. Pogoda jak nic na życiówki...

Tylko co ja robię w długich spodniach??

Pies i kot


To nie jest wpis o zwierzętach, używam ich tylko do pewnego porównania. Nasunęło mi się ono do głowy kiedy podczas któregoś z biegów dookoła bajorka musiałem cały czas zmieniać kierunek aby nie wpaść w psa na smyczy, czasami nawet trzeba było przeskakiwać nad smyczą bo zwierzę postanowiło nagle powąchać coś po drugiej stronie ścieżki.

czwartek, 3 stycznia 2019

Ciekawe jakie wino będzie z 2018 roku, bo biegowo to było Château Lafite

Tytuł pretensjonalny oczywiście, będący parafrazą wpisu Michała sprzed 3 lat. Château Lafite sobie wygooglałem, bo chciałem dać nazwę jakiegoś dobrego wina w przeciwieństwie do kwaśniaka z 2017 roku w moim wykonaniu :) Początkowo miałem porównać ten rok do Barolo, ale przypomniałem sobie, że kiedyś piłem Barolo z Lidla za 30 zł i średnio mi smakowało. Może po prostu trafiłem na zły rocznik? Taki jaki mój biegowy 2017? ;)


Podsumowuję ten rok już od 2 miesięcy, ale warto, bo to był dla mnie przełomowy rok. Grunt pod moją zmianę tworzył się jeszcze w końcówce 2017 roku, nie byłoby jej, a na pewno nie w takiej formie, gdyby nie Pan Myiagi, który mocno strategicznie pracował nad rozpędzeniem tej kuli w ruch.

Jednak pierwszy wystrzał padł 1 stycznia 2018 roku. Zaraz po wystrzale korków od szampana. Postanowienia noworoczne są niby takie banalne, takie proste w ich porzuceniu już po kilku dniach stycznia. Podobno każdy dzień jest tak samo dobry dla leniwego wafla, aby spróbować coś zmienić. A pierwszy stycznia jeszcze lepszy, bo jaki pierwszy stycznia, taki cały rok :) Wystarczy tylko w to uwierzyć.

Początki były koszmarne. Były nawet gorsze niż kilka lat wcześniej, kiedy rozpoczynałem przygodę z bieganiem. Wtedy czułem jakoś rodzaj ekscytacji nowością, a teraz zwykłą bezsilność. Były koszmarne bo byłem fizycznym zerem, mentalnym kaleką bez poczucia wartości. Maksimum moich możliwości to marszobieg na 10 km w 1h20 minut. Na trening szedłem jak do pracy do kamieniołomu. Nie chciałem aby nikt mi towarzyszył, musiałem zacisnąć zęby w i samotności pracować kilofem...

wtorek, 1 stycznia 2019

Noworoczny parkrun Gdańsk-Południe #130


To tylko parkrun. To bieg, w którym nie liczy się walka o miejsca, ale samo uczestnictwo. Nie ma żadnych nagród poza samą satysfakcją. Ważniejsze niż miejsca na mecie są "milestone'y" czyli koszulki, które zdobywa się kolejno za: 10 biegów (jeśli jesteś juniorem), 50 biegów, 100 biegów, 250 biegów... albo za 25 wolontariatów.

Biegi są bezpłatne. Wystarczy tylko zarejestrować się na stronie parkruna i wydrukować swój kod kreskowy, który trzeba mieć przy sobie na mecie biegu. No i przyjść w sobotę o 9:00 rano. Jest sobota - jest parkrun: to nasze hasło...

Dziś strasznie padało tuż przed startem. Większość z nas, czekających na start biegu schroniło się pod daszkiem garażu przy bloku nieopodal mety.

- "Podobno w sobotę o 9:00 rano nigdy nie pada, bo pogoda jest odgórnie zaómówiona"
- "No ale dziś jest wtorek!? I do tego paręnaście minut po 10:00"
- "Hmmm... faktycznie na ten dzień centrala nie zamawiała pogody"