Ale kilka długich lat zajęło mi dotarcie do najlepszego muzycznego etapu Grechuty, czyli współpracy z jazzrockową grupą WIEM w latach 72-74. Z tych czasów pochodzą dwie płyty: Droga za widnokres oraz Magia Obłoków.
To była końcówka lat 90-tych. Przeszedłem już wtedy całą drogę poznawczą przez rock progresywny i muzykę lat 60/70/80. Powoli godziłem się z tym, że największe diamenty z przeszłości już znam... I wtedy w moim odtwarzaczu CD wylądowała, wznowiona właśnie, Magia Obłoków.
Kiedy miałem ułożyć w głowie 10 najważniejszych dla mnie polskich płyt, o tej płycie pomyślałem na samym początku (zaraz po SBB i Exodusie) i ani przez chwilę jej pozycja w TOP10 nie była zagrożona. A kiedy dziś rano (a raczej jeszcze w nocy) biegałem dookoła zbiornika ścieżką pokrytą gołoledzią (wybierając stopami co bardziej trawiaste obszary), a nade mną świecił cieniutki księżyc i bardzo wyraźna Wenus... no i kiedy do tego wszystkiego doszedł Grechuta w słuchawkach to poczułem, że razem daje to znacznie więcej niż samo bieganie. I wtedy w głowie ułożyła mi się parafraza z Edgara A. Poe:
"Running when combined with a pleasurable idea is poetry.
Running without the idea is simply workout."
Bieganie bez idei to tylko trening. Ja dziś rano miałem poezję.
Jeszcze parę zdań stricte muzycznych: jazzująca improwizacja w Godzinie Miłowania bije na głowę tę z Korowodu. Igła to moja od zawsze naj naj naj miniaturka Grechuty. Suita Spotkania w czasie mogłaby z powodzeniem zostać nagrana przez King Crimson w składzie z Lark's Tongues In Aspic. No może w środkowej części na King Crimson na chwilę ustąpiliby miejsca na scenie psychodelicznym Floydom z okresu Ummagummy.
Bieganie bez muzyki to tylko trening :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz