wtorek, 21 maja 2019

Boys Don't Cry

Mam wrażenie, że te dwa ostatnie posty wyrzucone z siebie w weekend, czyli ten o kryzysie 42-latk i zaraz za nim ostatni parkrun z perspektywy ścigania się o wynik, uwolniły mnie trochę z tego ciśnienia, które sam sobie nałożyłem.


Plany biegowe są fajne, ale tylko wtedy, kiedy można je przeplatać chaosem. Wspominałem już o tym przynajmniej kilka razy. Kontrolowany chaos - uwielbiam taki trening. Plany mnie spalają, ale z drugiej strony - są skuteczne. Efekt ich realizacji daje satysfakcje. Ale sumarycznie, patrząc na całokształt naprawdę nie wiem co jest lepsze: chaotyczny trening zgodny z melodią duszy i przypadkowe wyniki na zawodach, czy treningi wg linijki plus satysfakcja przyniesiona poprzez wyniki.

niedziela, 19 maja 2019

parkrun Gdańsk Południe #149



Nawiązując do mojego poprzedniego posta o kryzysie 42-latka, powiem wprost - chciałem dziś zrobić życiówkę na 5km, czyli złamać 19:01. Wydawało mi się to całkiem realne bo:
  • szykowałem się tydzień temu na sub40 na 10km (udało się) więc liczyłem, że część formy z poprzedniego ostrzenia pozostanie,
  • 10 km to nie maraton, więc po ostrzeniu powinno zostać więcej luzu w tygodniu,
  • w poniedziałek biegałem jak pies albo zając z niewybieganą adrenaliną i treningowo strzeliłem luźne 43 min na 10 km,
  • w piątek rano zrobiłem szybkie 3 km z akcentami, które wchodziły jak w masło,
  • a wieczorem poszedłem szybko spać, zamiast wędrować z flaszką między sąsiadami :)

Budzę się rano, 4:58 i jestem całkowicie wyspany. Mam czas na posiłek 3h przed biegiem. Gotuję sobie makaron i jem go z dżemem malinowym mojej Mamy. Do tego kawa. O 7:30 idę na rozgrzewkę i... NAGLE:

- Czy to jest jakiś Singapur? - myślę sam do siebie.

Kryzys 42-latka


Kiedyś, całkiem niedawno, napisałem, że moje życiówki są nudne. To prawda, jestem na fali. Po 7 latach biegania zatoczyłem pętlę i zamiast uciekać w leśne ścieżki i truchtać w biegach ultra, gdzie nikt naprawdę nie wie jaki rezultat jest dobry a jaki średni, wróciłem na asfalt po to, aby zrobić tutaj wyniki, które będą mogły być wyryte na mojej trumnie.

- Na Twoim miejscu robiłbym to samo - powiedział Adam Baranowski.

Tak Adam, dziękuję, wiem :) Jestem od Ciebie 11 lat starszy i staram się o tym nie myśleć... jeszcze. Bo jedna myśl cały czas jest gdzieś we mnie.... kryzys 42-latka.

Zwykło się mówić, że kryzys przychodzi tuż po 40-tce. Dla biegacza taką okrągłą liczbą jest raczej 42. Podobno wtedy trzeba kupić sobie nowy sportowy samochód lub miejsce w garażu aby zimą nie zrzucać śniegu ręką, albo przynajmniej sprzęt audio z trochę wyższej półki. Jeżeli ktoś dodatkowo nie trafił w życiu z kobietą, może szukać także ekscytacji i na tym polu. Ja jestem tym szczęśliwym człowiekiem, że moje zmartwienia po "czterdziestcedwójce" ograniczają się tylko do trzech elementów:

  • jak zapewnić sobie emeryturę przed 50-tką,
  • czy mój tor audio jest dość dobry i jak go zmodyfikować,
  • z jakimi rekordami na 5/10/21/42 położę się w trumnie.

Drugi punkt jest w pewnym sensie pochodną pierwszego, ale ten trzeci żyje swoim życiem. Czy w tym kontekście moje życiówki wciąż są nudne? Absolutnie nie są nudne. Mnie po prostu nie stać już czasowo na odkładanie ich na potem. Nawet jeżeli będę je jeszcze poprawiał przez 5 lat, a 2h59min w maratonie złamię w 2024-tym to będę wracał myślą do wcześniejszych lat i zastanawiał się, czy mogłem zrobić coś lepiej, aby stoper zatrzymał się jeszcze kilka minut wcześniej?

Możecie nazywać mnie cyfronem, który jedzie dbać o swojego jeżyka na głowie do fryzjera w Chojnicach, ale moja prawda jest taka, że każda z moich życiówek może okazać się ostatnia. Nie dlatego, że znów nabiorę kilogramów, albo nie będzie chciało mi się dość intensywnie trenować. Ale dlatego, że po prostu będę zbyt stary. A tego niestety nie zmienię.

Pozwólcie więc, że będę starał się właśnie teraz biegać najszybciej jak potrafię. Będę teatralnie zachęcał Adama Baranowskiego do ścigania się w parkrunie, będę dyskutował językiem rywalizacji, która nakręca mnie to urywania kolejnych sekund z każdego biegu, będę egoistycznie wykorzystywał każdego, kto będzie mnie gonił, uciekał, albo będzie pisał, że moje plany są niemożliwe do wykonania.

Prawdziwy kryzys 42-latka przyjdzie wtedy, kiedy życiówki przestaną być nudne, bo ich już po prostu nie będzie...  Czy chciałbym mieć wyryte 19:01/5km na trumnie? 18 z przodu byłoby ładniejsze... a 17:43 - przepiękne!

* * *

PS. Potrzebuję kilku komentarzy tu lub na FB, lekko poddające w wątpliwość, że 17:43 jest w moim zasięgu. Będę wiedział kogo sobie wizualizować podczas najcięższych treningów.




wtorek, 14 maja 2019

Kącik biegowego melomana: Iron Maiden - Seventh Son of a Seventh Son

Nie wiem kiedy dokładnie urodził się Adam Baranowski, ale wiem, że w 1988 roku. To był naprawdę świetny rok patrząc na płyty jakie się wtedy ukazały. Jedną z nich jest Seventh Son of a Seventh Son - siódmy album Iron Maiden.


Nie pamiętam, czy już się tym chwaliłem tutaj, ale ja jestem wielkim fanem Ironów, ale nie dlatego, że jakoś specjalnie kocham heavy metal, ale dlatego, że Iron Maiden wielokrotnie w swojej historii ocierali się o rock progresywny. Zaś ta tytułowa płyta jest najbardziej progresywna z ich całej dyskografii

poniedziałek, 13 maja 2019

Łamanie 40 min na 10 km - ostatnie 10 dni

Ten wpis robię głównie dla siebie, na potrzeby ewentualnego przyszłego przygotowania przedstartowego. Łatwiej mi będzie zajrzeć tutaj niż grzebać po endo i interpretować treningi.


Oczywiście w 10 dni nie da zrobić całej formy, ale z pewnością można ją częściowo stracić. Ostatnie 10 dni przed startem to polowanie na "dzień konia". O ile przez całe moje poprzednie radosne życie taki dzień, gdzie forma była lepsza niż w inny była owiany magią i tajemnicą, o tyle, kiedy zajrzałem  do internetu okazało się, że są na to sposoby. Eureka! Ziemia jest okrągła! :)

niedziela, 12 maja 2019

O tym jak złamałem 40 minut, czyli relacja z Biegu Europejskiego w Gdyni 2019

- "Teraz zamknij oczy i daj z siebie wszystko!" - wykrzyczał do mnie Krzysiek Sarapuk, który był pacemakerem na 40 minut.

Było jakieś 1,5 kilometra do mety. Średnie tempo na zegarku 3:56 min/km. Zawsze jest taki moment w biegu, kiedy zaczynam wierzyć, że uda się osiągnąć cel. Dziś uwierzyłem właśnie teraz. To moje pierwsze podejście do łamania 40-tki, choć wcześniej kilka razy biegłem 5 km na parkrunie poniżej 20 minut wcale nie musiało się to przełożyć na łatwe złamanie 40 min na 10 km. Cały czas bałem się, że jednak mnie odetnie...

Kiedy usłyszałem te słowa uśmiechnąłem się, bo poczułem, że są one skierowane tylko i wyłącznie do mnie. Przecież jestem specjalistą od biegania z zamkniętymi oczami :) Od mety dzieliła mnie tylko długa prosta. Obrałem odpowiedni azymut i ... zamknąłem oczy.


* * *

sobota, 11 maja 2019

parkrun Gdańsk-Południe #148 - List do Adama "2h59min.pl"

Kiedy Państwo Baranowscy przebiegli przez metę parkruna (oczywiście poza zawodami) wspomniałem sobie w głowie, że kilka tygodni temu Adam obiecał, że kiedyś skrobnie coś na temat swojej skomplikowanej relacji z parkrunem. Jestem bardzo ciekaw, czemu nas opuścił w staroangielskim stylu, czyli po cichu, bez żadnej celebracji wyjścia.

fot. Mariusz Piórkowski

Tymczasem kilka słów ode mnie dla Adama, aby wiedział co dzieje się u nas. Mi też łatwiej się pisze wizualizując sobie odbiorcę.

piątek, 3 maja 2019

Kącik biegowego melomana: Genesis - Duke


Genesis. Początek. Stworzenie. Pierwszą płytą, którą zabrałem ze sobą na bieganie 7 lat temu był album Trick of the Tail. Pierwszy bez Gabriela, pierwszy z Collinsem na wokalu. Taniec na wulkanie. Przy tej muzyce po raz pierwszy zacząłem dusić się zimnym powietrzem po przebiegnięciu pierwszych kilkudziesięciu metrów. Ten stan był bolesny, ale jak to często bywa - również wciągający. Przy muzyce Genesis dokonało się nomen-omen moje stworzenie. Biegowe stworzenie.

czwartek, 2 maja 2019

Merrell Vapor Glove 3 - pierwsze wrażenia

"Łapię chwile ulotne jak ulotka"


Pierwsze wrażenie to coś co zdarza się tylko raz. Cała reszta jest pochodną sympatii, która miała szansę urodzić się w trakcie pierwszego wrażenia plus doświadczenia zdobywane w kolejnych miesiącach, latach.... Zupełnie jak w związkach. Pierwsze wrażenia szybko się zacierają jeżeli ich nie udokumentujesz. Z drugiej strony egzaltacja lub nieufność nie służy rzetelności wypowiadania się w powierzchownie liźniętym temacie.


Zakładając, że każda emocja ma swoje miejsce, poniżej prezentuję to, czego doświadczyłem po 4 biegach w Merrellach Vapor Glove 3:

Minimalistyczne wątpliwości i ekscytacje

Dwa wpisy temu w "filozoficznym przykucu" powstał wpis, który poruszył moje wątpliwości związane z trzema rzeczami: harmonogramem biegania, eksperymentami żywieniowymi oraz techniką biegania (i sprzętem, który tę technikę wspiera).


Żywienie już rozwinąłem w poprzednim wpisie o monodiecie. Teraz chciałbym wyrzucić z siebie wszystkie wątpliwości związane z przypadkowym kupnem Merrelli Vapor Glove 3.

środa, 1 maja 2019

Monodieta pełnowartościowa? Mój 3-dniowy eksperyment.

Sam tytuł jest już sprzecznością sam w sobie, bo coś co jest mono z zasady nie jest multi. Ale do wszystkiego zaraz dojdziemy...


Historycznym tłem mojego eksperymentu przeprowadzonego w ostatnich dniach na samym sobie są urywki z westernów. Traper, który nic nie upolował po prostu gotował fasolę, albo jeszcze częściej otwierał puszkę z fasolą i całymi tygodniami wyglądało jakby jadł tylko fasolę. Rok temu chciałem być jak traper. Uniezależnić się od jedzenia, ale nie w sensie głodówki jak Dominik, ale uniezależnić się od potrzeby wybierania jedzenia, przyrządzania, oceniania czy smakuje czy nie... Oczywiście nie zależało mi na uniezależnieniu się na zawsze, ale na kilka, kilkanaście dni (w kontekście np. jakiejś biegowej wyprawy) ale bez utraty sił. Fasola wydawała mi się najprostszą pełnowartościową (chociaż przez jakiś okres) monodietą.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Afekt, nastrój i rozsądek

Równie górnolotnie ten wpis mógłby się nazywać "Szukaj, Burz, Buduj" od skrótu jednej z najlepszych polskich kapel wszech czasów: SBB.

filozoficzny przykuc obok ścieżki

W ostatnich dniach dopiero wracam do równowagi po marcowym ostrzeniu do półmaratonu (1:29), a potem do kwietniowego maratonu (3:11). Jednak sam nie wiem czy moja równowaga jest jak kula w dolinie, czy symetrycznie na jej szczycie. Czuję w sobie walczące sprzeczności niemal na każdej płaszczyźnie...

Chciałbym szukać, burzyć i budować. Tak jak Poranny Biegacz zburzył swoją technikę biegania, która przynosiła mu podia na dużych imprezach, po to aby poczuć wolność wyjścia z klatki. Jednak nikt nie wie czy ta zmiana przyniesie coś dobrego, czy jest to tylko zaklinanie rzeczywistości. Burzenie nie daje gwarancji, że w miejscu ruiny i zgliszczy uda się zbudować coś lepszego.  Ale przecież gdyby nie poszukiwania, gdyby nie łamanie schematów to wciąż siedziałbym na kanapie. A może los sprawiłby, że znalazłbym inną aktywność, która przyniosłaby mi i zdrowie i szczęście?

sobota, 27 kwietnia 2019

parkrun Gdańsk-Południe #146

Czy Łukasz Pomagruk ma 2 metry wzrostu?

Wiecie jaki jest najszybszy możliwy parkrun? Wcale nie ten, który ciągnie się na granicy porzygu na życiówkę. Najszybszy jest ten w niebieskiej kamizelce koordynatora. Presja czasu zaczyna się już w czwartek, kiedy przyjmujesz tę rolę. W piątek robisz trochę inne zakupy po pracy, które zwiększą szansę na poranną sobotnią pobudkę bez budzika. No i ta noc przed biegiem. Głupio byłoby zaspać na bieg, który się koordynuje. Cała reszta jest już tylko litanią pytań do samego siebie:

czwartek, 25 kwietnia 2019

Trawa i Kamienie vs. Metoda Świerca

Kupiłem sobie przed maratonem dwie książki. Chciałem je przeczytać w okresie bezpośrednich przygotowań, kiedy balans treningu i regeneracji zmienia się na korzyść tego drugiego. (btw regeneracja przy trójce dzieci? jestem ciekaw tej definicji...). Miałem mieć trochę więcej czasu. Ale czy go miałem - nie wiem. Księgarnia dała ciała i książki zamówione w niedzielę odebrałem w piątek wieczorem z paczkomatu...



Te książki to:
  • Bieganie na weganie - Gniewomira Skrzysińskiego
  • Czas na ultra - Marcina Świerca

Obie pozycje przeczytałem już po maratonie, a skoro to zrobiłem, to podzielę się kilkoma zdaniami przemyśleń.

niedziela, 21 kwietnia 2019

"Sprawa dla explorera" - czyli o jelitach ultramaratończyna na National Geographic

Taka sytuacja, wracam sobie w Wielką Sobotę pod wieczór pierwszego dnia świątecznego ultramaratonu objazdowego po rodzinie, włączam TV, zasiadam na kanapie, odpala mi się ostatnio oglądany kanał, National Geographic a tam.... !!!! ... jacyś ultramaratończycy biegają!!


Włączyłem nagrywanie i dziś rano obejrzałem sobie co to był za program. A był to jakiś nowy cykl pod tytułem "Sprawa dla explorera" [edit: gdzie tam nowy, to sezon nr 3]

sobota, 20 kwietnia 2019

parkrun Charzykowy #62 - Wielka Sobota 2019


To już chyba tradycja, że w Wielką Sobotę parkruna biegam w Charzykowach. Nie inaczej miało być w tym roku. Kiedyś, kiedy jeszcze promenadą przy jeziorze Charzykowskim biegałem po prostu treningowo, miałem problem aby wyjechać do Chojnic już w piątek wieczorem.

- No ale wiesz, no parkrun... - mówiłem do żony

Zawsze coś tam trzeba było przegadać, przenegocjować... No ale od ponad roku tego problemu nie ma.

- Kiedy jedziemy do Chojnic, piątek czy sobota? - pyta moja Grażyna
- Jest mi to kompletnie wszystko jedno! - odpowiadam

Jeden pakrun mam pod domem, drugi kilka kilometrów od rodzinnego domu mojej małżonki. Życie jest o wiele łatwiejsze. I relacje rodzinne całkiem nienaganne :)

czwartek, 18 kwietnia 2019

Kącik biegowego melomana: The Chemical Brothers - No Geography

Jeżeli jakakolwiek płyta ma mi się kojarzyć z maratonem w ostatnią niedzielę, to będzie właśnie najnowszy album The Chemical Brothers - No Geography.


O płycie No Geography dowiedziałem się dokładnie w jej dzień wydania, w przedmaranoński piątek. Dojeżdżałem do przedszkola aby odebrać syna tradycyjnie słuchając "Trójki" w samochodzie i kiedy podjechałem na parking nie byłem w stanie zrobić nic, ani wyłączyć silnika, ani wysiąść z samochodu. Nie znałem tej muzyki, ale brzmiała mi właśnie jak The Chemical Brothers. Na wszelki wypadek włączyłem Shazama i tak... miałem rację. Nowa płyta, wydana właśnie tego dnia...

wtorek, 16 kwietnia 2019

Refleksje na gorąco i pomysły na optymalizację


Mięśnie jeszcze nie przestały boleć, poranny krok po wyjściu z łóżka trochę przypomina robot dance, ale i tak nie jest źle. Powiedziałbym, że w porównaniu z moimi poprzednimi biegami długodystansowymi jestem w bardzo dobrej kondycji.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

5. Gdańsk Maraton - mój maratoński "debiut"

fot. 5 Gdańsk Maraton (FB)

Bardzo często przed ważnymi dla mnie imprezami pojawia się na blogu post związany z moim mocnymi i słabymi stronami, szansami i zagrożeniami. Tym razem taki wpis nie powstał, choć kilka razy się zbierałem... Po części wyręczył mnie Adam Baranowski, który u siebie na 2h59min.pl zadał mi kilka pytań i zamieścił w formie wywiadu. Jestem Adamowi bardzo za to wdzięczny, bo dzięki temu pozostanie po tym biegu trochę moich "przedbiegowych przemyśleń". Oto fragment:

Biegam siedem lat, ale to będzie tak naprawdę mój debiut maratoński. Co prawda dystans maratonu pokonałem w życiu około 50 razy, z czego kilka razy dostałem nawet medal na mecie, czyli maraton był oficjalny, a nie w ramach niedzielnego długiego wybiegania, ale nigdy nie biegłem na poważnie. Mówiąc „na poważnie” mam na myśli maraton, do którego przystępuje się po odpowiednich przygotowaniach, maraton, który chce się przebiec najszybciej jak jest się w stanie. Nigdy wcześniej nie przygotowywałem się z taką atencją, niemalże z planem, a już na pewno nigdy w przeszłości nie robiłem tzw. przemyślanego taperingu. Dlatego czuję się jak debiutant.

Rozglądając się po profilach na FB/Insta/Endo moich biegowych znajomych wychodziło na to, że nie tylko ja chcę pobiec ten maraton na poważnie. Każdy głośniej lub ciszej mówił o życiówce. Każdy chciał zebrać plon z porządnie przepracowanej zimy. Gdybym chciał wymienić wszystkich, byłoby to chyba z 30 osób, z którymi rozmawiałem o planach na ten bieg. Ja sam deklarowałem się jasno - biegnę z balonikami na 3:15 do pewnego momentu. Potem baloniki znikają za moimi plecami. Wbiłem to sobie w głowę tak mocno, że wykluczałem jakąkolwiek inną możliwość. Nie zastawiałem się, nie wahałem, nie próbowałem czegokolwiek zmieniać na ostatnią chwilę. Wszelkie analizy mojej formy upewniały mnie w słuszności tej decyzji. Tylko jedna jedyna rzecz miała się rozegrać w trakcie biegu. Moment - kiedy te baloniki zaczną znikać.

czwartek, 11 kwietnia 2019

Kącik biegowego melomana: Roy Harper - …Descendant Of Smith



Każdy z nas kto kiedykolwiek zetknął się z płytą Wish You Were Here - Pink Floyd musiał siłą rzeczy zetknąć się też z Royem Harperem. To on został zaproszony przez zespół i zaśpiewał w Have a Cigar.

Samo imię i nazwisko Roya Harpera pojawiło się także w tytule utworu na III-ce Led Zeppelin. Page, Plant i spółka jedną z kompozycji nazwali "Czapki z głów przed Royem Harperem" ("Hats Off To Roy Harper"). 

No ale kim jest ten mityczny Roy Harper? Czy to jedynie jeden z wielu folkowych grajków z gitarą akustyczną nagrywających nudnawe płyty, które nigdy nie uzyskały rozgłosu? A może jeden z tych wielkich niedocenionych genialnych artystów? Odpowiedź nie jest prosta... bo z jednej strony Roy Harper potrafi rozdzierać serce songami niczym sam mistrz Peter Hammill, ale i potrafi przynudzić. Jednak pewne jest jedno. Jego pozycja w historii muzyki jest z pewnością mocno niedoszacowana. I niestety nie wiadomo dlaczego. Sam Roy Harper też tego nie wie...


niedziela, 7 kwietnia 2019

Łęgowo


Jestem z Łęgowa :) Nie jest jakieś ciężkie wyznanie. Łęgowo to wioska jak każda inna w zasięgu 30 minut autobusem od dużego miasta. Tutaj chodziłem do szkoły podstawowej, stąd dojeżdżałem do liceum i na studia do Gdańska. Był tylko jeden minus - nie dojeżdżały tutaj żadne nocne autobusy i moje studenckie wieczorne życie kończyło się zawsze o 22:20, kiedy odjeżdżał ostatni dzienny autobus. Nie wpadłem wtedy jeszcze na to, że 17 km to żadna odległość i można to przebiec :) Chodziły za to legendy, że podobno kiedyś Mirek wrócił z Gdańska do Łęgowa zimą w środku nocy na piechotę. Mirek nie potwierdza, nie zaprzecza, bo trasy nie pamięta, ale rano obudził się w domu.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Dwa tygodnie fantazji, dwa tygodnie matematyki

dwa tygodnie bez głowy

Dwa tygodnie do maratonu. Dwa bez jednego dnia. Czas będzie leciał coraz szybciej. Nic już nie uda się wypracować, da się tylko zepsuć. Zależy mi na dobrym czasie w tym biegu, więc nie będę psuł...

Patrzę na moich kolegów, którzy robią przygotowania według planu i naprawdę ich podziwiam. Trzeba mieć w sobie charakter żołnierza. A może nawet być biegowym kujonem :) Ale to, że ja nie biegam według planu wcale nie znaczy, że nie zależy mi na świadectwie z paskiem. Ja po prostu nie uczę się z podręcznika i nie jadę rozdział za rozdziałem. Ale tak samo jak każdy, skoro biegnę i mam swoje cele - chcę je osiągnąć.

sobota, 23 marca 2019

Ja i moje Grado SR 60e


Minęło kolejne 1,5 roku od ostatniego testu słuchawek na moim blogu. Pod koniec 2017 roku opisałem moje życie z Koss The Plug, czyli tanimi słuchawkami dousznymi, które wyjątkowo mi przypasowały. Trafiły jednak na bardzo zły okres mojego biegania. Rok 2017 to szuranie pełne zbędnych kilogramów i niemocy. Biegałem mniej, próbowałem trochę na rowerze, ale dwa razy się wyjebałem (raz z własnej winy, raz Straż Miejska zrobiła prawoskręt nie patrząc) i jakoś mi przeszła chęć na rower.

Rok 2018 był rokiem zmiany. Wróciłem do biegania na poważnie, schudłem 40 kg, a pod koniec roku opisałem ten proces przedstawiając całą układankę zmian mikronawyków.


We wpisie nr 3 celowo nie ująłem najważniejszego dla mnie elementu sprzętu - słuchawek. Z tego powodu, że zwyczajnie chciałem potraktować je osobno. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że coś co dla mnie było mega ważne mogłoby rozmyć całość i stać się odległą dygresją od rdzenia rozumienia problemu (a raczej recepty na problem).

No i stało się tak, jakby Tom Hanks, rzucony z samolotu FedExu na bezludną wyspę ani razu w filmie nie wspomniał o swoim Wilsonie :(

A moim Wilsonem, moim największym towarzyszem tych kilkuset ostatnich biegów, i to wcale nie niemym towarzyszem, a towarzyszem śpiewającym mi do ucha tysiące piosenek były słuchawki Grado The Prestige Series SR 60e 

środa, 20 marca 2019

Zalety biegania w grupie z pacemakerem

W czasach oglądania meetingów lekkoatletycznych w TV w latach 80-tych i 90-tych zając czyli pacemaker, to był ten koleś, który robił niepojętą dla mnie rzecz: zawsze biegł z przodu przed przyszłym zwycięzcą biegu i kiedy do mety było już niedaleko odpuszczał bieg i schodził z trasy. Starsza siostra musiała mi tłumaczyć, że on po prostu dostaje prowizję z wynagrodzenia od tego co ma wygrać aby poprowadzić go przez część dystansu na określone tempo.

No ale ten co ma wygrać sam nie może sobie pobiec takim tempem? No bez sensu... - dalej dociekałem moim młodocianym umysłem.

fot. FB Półmaraton Gdynia

Nie sądziłem wtedy, że 30 lat później sam będę korzystał z instytucji zająca, choć niestety nie po to aby wygrać zawody.

Dzisiaj pacemakerzy prowadzą grupy na określony wynik. Ich celem nie jest zejść z trasy w połowie, ale precyzyjnie doprowadzić swoja grupę w ściśle określonym czasie na metę. W przypadku niedzielnego półmaratonu można było podczepić się na czasu: 1:20, 1:25, 1:30 ..... i tak aż bodajże do 2:20. Każdy z zajęcy ubrany był w jaskrawą koszulkę oznaczoną czasem na jaki biegnie, a do tego podczepiony miał balonik wypełniony helem, również opisany zakładanym czasem.

Dlaczego warto podczepić się pod pacemakera?

wtorek, 19 marca 2019

Tydzień synchronizacji między euforiami i panikami

fot. AK-ska Photo

Minęły dwa dni od półmaratonu w Gdyni, a ze mnie wciąż nie schodzi euforia. Gdzieś, kiedyś, ktoś postawił pewnie cele dla biegacza amatora, po przekroczeniu których pojawia się pewna satysfakcja:
  • sub 20 min na 5 km
  • sub 40 min na 10 km
  • sub 1:30 h w półmaratonie
  • sub 3 h w maratonie

Pierwszy cel został osiągnięty kilka miesięcy temu. Trzeci w ostatnią niedzielę. Mimo, że to jedynie przystanek w dalszej biegowej drodze podszedłem do niego nad wyraz poważnie. Przygotowałem się naprawdę dobrze. Na tyle, że jestem pewny, że gdyby nie był to półmaraton a bieg na 10 km, to 40 minut pękło by tego dnia z łatwością. A 3h? Niestety gdzieś tam ten zapach łamanej trójki połechtał moje nozdrza wywołując jednocześnie panikę i euforię. Panikę, bo nie chcę skończyć jak sfrustrowany lis. A euforię, bo uwierzyłem, że wszystkie puzzle do tej układanki są w moim pudełku i wystarczy tylko je umiejętnie poukładać.

poniedziałek, 18 marca 2019

1:29:04 - Półmaraton Gdynia 2019 - relacja z trasy

c.d.


Wystartowaliśmy.

Kilka chwil wcześniej nasi pacemakerzy dokonali krótkiej odprawy. Początek miał być szybszy, tak w okolicach 4:10 aby wyrobić sobie zapas związany z dalszym profilem trasy.

Punkt 11:00 ruszyła elita, następne grupy wypuszczane były falami. Nie było wielkiego ścisku tuż za linią startu, choć 7500 osób to naprawdę niemała liczba. Udało się jednak trzymać tempo od samego początku.


Jeszcze przed rozgrzewką bałem się trochę tych pierwszych kilometrów. Wiem, że prawdziwą, realną moc danego dnia można określić po pierwszych 3-4 kilometrach. Rozgrzewka mnie jednak uspokoiła, a pierwszy kilometr w 4:04 nawet trochę zdziwił. Zdziwił, że przy tym tempie oddycham dwa razy wolniej niż część osób obok mnie.

niedziela, 17 marca 2019

1:29:04 - Półmaraton Gdynia 2019 - jak to zrobiłem?

"I znów bez większych emocji, i znów nie mam euforii, i znów zastanawiam się czy mogłem pobiec lepiej, bardziej się upodlić, przemielić, umrzeć na trasie"

- mniej więcej używając tych słów marudziłem całą drogę powrotną do Krzyśka Łapucia, z którym pojechaliśmy wspólnie do Gdyni na półmaraton.


Euforia i wielkie emocje jednak przyszły. Są teraz, wciąż wypełniają moje tętnice. Schodzi ze mnie całe ciśnienie, cała presja, którą sobie nałożyłem. Wypełnia mnie szczęście i satysfakcja. Ten bieg był łatwy. Tak odpowiadam na pytanie "jak było?". Ale ten bieg, to był tylko czubek góry lodowej, czubek piramidy, truskawka na torcie. Ten bieg był łatwy bo nie miał w sobie nic z partyzantki. Ten bieg był oparty na fundamentach, które buduję od roku i kilku miesięcy. Do tego całe bezpośrednie przygotowanie startowe, które realizowałem od kilku tygodni, kiedy postanowiłem przejść przez ten tzw. rutynowy test formy na miesiąc przed maratonem.

Może to nie jest zbyt romantyczne, ale czasem trzeba zdusić w sobie tę część duszy i stać się zwykłym absolwentem politechniki, którym de facto jestem :)

Ale jak to zrobiłeś?? 

środa, 13 marca 2019

Running with Chris de Burgh part II

Kilka miesięcy temu biegałem przy pierwszych 5 płytach Chrisa de Burgha i rozpocząłem tym samym kolejny po Depeche Mode ultramaraton z jednym wykonawcą w słuchawkach. Pobiegłem jeszcze do 6-tej, nawet opisałem ten bieg i tę płytę we wpisie, który na długie tygodnie był w trybie edycji...


.... i jakoś  się zatkałem Chrisem najpierw była przerwa od kwietnia do lipca, a potem od lipca aż do dziś.... do marca następnego roku. Jak wspominałem rok temu w pierwszej części wpisu ja jestem ultrafanem Chrisa de Burgha, ale tylko do końca lat 80-tych. Parafrazując słynne muzyczne powiedzenie - Chris de Burgh skończył się na Flying Colours :)

Dziś więc nastąpił ostatni akord mojego maratonu z Chrisem. Kolejnych płyt nie zamierzam słuchać... przynajmniej teraz.

sobota, 9 marca 2019

parkrun Gdańsk Poludnie #139 - dyskretna różnica między modą, stylem a formą

Rozpocznę cytatem z FB Parkruna. Albo nawet osadzę ten post:


Tak właśnie było. Ubraliśmy się elegancko i pobiegliśmy z myślą o naszych Paniach! 

Zacznę tę relację od opisu swojego dnia:

czwartek, 7 marca 2019

Rok 1977 cz. 7

cd.

Szybko idą mi te płyty. Większość słucham w całości, ale niektóre tylko po 1-2 kawałki. Takie, do których robiłem już przymiarki, ale podeszły. O dziwo jedną z tych płyt jest debiut Talking Heads. Pół roku temu "odkryłem ten zespół dla siebie" ale te późniejsze płyty, wydane 2-3 lata później. Debiut do mnie nie przemawia, dlatego po wysłuchaniu jednego z największych przebojów roku 1977 - Psycho Killer - przełączyłem na kolejną płytę.

Kansas - Point of Know Return
 Kansas to amerykański rock progresywny. Generalnie w latach 70-tych w klimacie klasycznego progrocka w Stanach nie działo się za wiele. Stany zawsze chodziły swoimi ścieżkami i w dupie miały angielskich krytyków. Ale w drugą stronę nigdy - angielskie zespoły bardzo często do amerykańskich krytyków się łasiły. A Kansas? Chłopaki wzięli na warsztat ten najbardziej klasyczny angielski prog-rock i wkomponowali w niego taki odległy, ledwo wyczuwalny (ale jednak!) powiew country. Płyta Point of Know Return jest świetna! No i do tego jest tutaj ich największy hicior - Dust in the Wind.

Meat Loaf - Bat Out of Hell 
Dawno temu zastanawiałem się dlaczego I'd Do Anything For Love zaśpiewane przez jakiegoś podtatusiałego grubaska stało się takim przebojem. No i jak do diaska można się nazwać Meat Loaf - KLOPS!? Aby to zrozumieć, musiałem cofnąć się do roku 1977 i posłuchać tego słynnego Nietoperza z Piekieł. Ta płyta sprzedała się w ilości 40 milionów sztuk!!! To jest jeden z najlepiej sprzedających się albumów wszech czasów! To jest muzyka, która ma coś w sobie z rocka progresywnego, ale dużo więcej tutaj rock-opery. Jest rozmach, jest blichtr, jest pełna pompa! Fajna płyta i bardzo pasuje do roku 1977, który łamie wszelkie konwenanse.

Leonard Cohen - Death of a Ladies' Man
Producentem tego albumu jest Phil Spector. To jeden z innowatorów w realizacji muzyki. Wprowadził coś co zostało nazwane jako "ściana dźwięku" - czyli wielokrotne zgrywanie na taśmę tych samych instrumentów osiągając gęste niemal jednolite brzmienie. Ja nie jestem fanem takiego sposobu realizacji, ale przypadku Cohena wyszło to zaskakująco. Jakby spotkały się dwa antagonizmy. Delikatny, wysublimowany, akustyczny Cohen, gdzie każda nuta, każde słowo zaśpiewane czy wyrecytowane ma sens i odpowiednie miejsce - ze ścianą dźwięku Spectora. Lubię tę płytę i od dawna lubiłem. Miałem chyba to szczęście ją polubić przed erą internetu, gdzie można wyczytać, że to najsłabszy album Cohena. Ja tak nie uważam. No ale ja kocham Cohena w całości.

Następnie w moim bieganiu z muzyką 1977 nastąpiła przerwa. Tylko kilkudniowa. Zmogła mnie pierwsza od dwóch lat choroba i musiałem na dwa dni odpuścić bieganie. Siedziałem w domu, oczywiście przy kompie, pracując i słuchając reszty mojej listy w całości. Potem wyszedłem pierwszy raz pobiegać i z każdej z tych płyt posłuchałem po 1-2 utwory.

  • David Bowie - Heroes. Ciąg dalszy Low. Świetna płyta. Już kiedyś była w moim kąciku.
  • Queen - News of the World. Całkiem niedawno robiłem maraton z Queen i też pisałem osobno o tym albumie. Przypomnę tylko, że jest świetny. 
  • Eric Clapton - Slowhand. Ta płyta to przede wszystkim Cocaine J.J. Cale'a i Wonderful Tonight. Przesłuchałem ją 3 razy i wciąż tylko te dwa, znane mi doskonale wcześniej kawałki pozostają w głowie.  
  • Brian Eno - Before and After Science. Kilka miesięcy temu zrobiłem swój prywatny maraton z Brianem Eno, ale nie pisałem o tym w kąciku. Ciągle mam wrażenie, że Brian mimo, że było prorokiem muzycznym to znacznie szerzej rozwijał swoje skrzydła współpracując z innymi zespołami niż na solo. 
  • Wire - Pink Flag. Była kiedyś w kąciku. Jak na płytę z etykietą "punk rock" to ja ją kupuję.
  • Suicide - Suicide. Amerykańska wersja punk rocka. Po drugiej stronie oceanu chłopaki zawsze podchodzili do łatek bezkompromisowo. Zdziwiła mnie ta płyta. To rok 1977 słyszę tutaj zaginione ogniowo między Jimem Morrisonem a Nickiem Cave'm. I to takim brudnym australijskim Cave'em z czasów The Birthday Party. 

Sex Pistols - Never Mind The Bollocks
Ja przez lata deklarowałem się jako jeden z największych wrogów Sex Pistols. Ten sztuczny twój wymyślony przez Malcolma Maclarena kompletnie mi nie leżał. A przecież to album-gigant na topie wszystkich zestawień najważniejszych albumów w historii muzyki.

No i coś się wczoraj wydarzyło. Coś co nawet mnie zdziwiło. Bo po miesiącu słuchania muzyki z roku 1977 i absolutnie żadnej innej zacząłem się w niej dusić, zacząłem czuć jakąś smutną pustkę, jakieś teatralne poczucie, że cała ta muzyka oddala się od publiczności, zamyka na scenie i kisi w sosie samouwielbienia. Dopełnieniem całości była wczorajsza próba wysłuchania płyty The Works - Emerson, Lake & Palmer. Pomimo tego, że jestem fanem EL&P. Pierwsze 4 albumy baaardzo szanuję i lubię to zwyczajnie nie byłem w stanie słuchać wczoraj ich "Dzieł" z 1977 roku.

Zdjąłem słuchawki, przebiegłem kilometr w ciszy. Założyłem je ponownie. Wybrałem z listy: Sex Pistols - Never Mind The Bollocks. 

Kiedy membrany moich Grado zadudniły w rytm Holidays in the Sun a Johnny Rotten zaczął śpiewać tą swoją punkrockową manierą pomyślałem jedno:

- FUCK YEAH!

I zrozumiałem. Chyba dopiero wczoraj zrozumiałem fenomen punkrocka. To musiał być rok 1977. W żadnym innym roku to nie miało prawa się wydarzyć.

KONIEC.

niedziela, 3 marca 2019

parkrun Charzykowy #55

Nie wziąłem bluzy z Gdańska. Jakoś zupełnie się tym nie przejąłem, bo nie raz już biegałem na krótko zimą i było całkiem ok. Pobudka w Chojnicach około 5:30. Nie miałem co robić, więc obejrzałem sobie Dunkierkę. Miał mnie ten film nakręcić na walkę o wynik, ale okazało się, że to film o tym jak Alianci dostają srogiego łupnia. Tzn, na tyle na ile znam historię to wiedziałem co wydarzyło się w Dunkierce, ale byłem przekonany, że Nolan odwróci te wydarzenia tak, że będą pokazywały jakiś aspekt zwycięstwa. Ale była tylko desperacka próba ucieczki... Zapamiętajcie, jeżeli chcecie się zmotywować przed biegiem - nie oglądajcie Dunkierki :)


Patrząc na moje ostatnie biegi to chciałem dziś powalczyć o życiówkę. Forma jest, tydzień temu poleciałem 20 km w 1,5h treningowo i się nie zmęczyłem. Trochę przypadkowo, a trochę celowo zrobiło mi się coś jakby bezpośrednie przygotowanie startowe, w środę interwały, w czwartek odpoczynek, w piątek rano tylko delikatne 4 km z przyspieszeniami.

Ale... wczoraj rano rozpoczęła się też moja Dunkierka. Dzieciaki przywlokły z przedszkola/szkoły jakieś choróbsko i zamiast wizualizować sobie życiówkę walczyłem z kaszlem, katarem, bólem głowy i generalnie jakimś podłym osłabieniem.

Godzina 7:00, wyglądam przez okno, a... samochód nadaje się do skrobania szyb. Trudno. Będzie ciężko, ale trzeba powalczyć. Przyjechałem do Charzyków 40 minut przed biegiem i ruszyłem promenadą na rozgrzewkę. Niby było -2 stopnie, ale zero wiatru, totalna flauta, czyste błękitne niebo, słońce świeci w pełnym wymiarze. Szkoda tylko, że biegać mi się nie chce.


Zrobiłem 3 km rozgrzewki i przychodzę na start. A tam Monika, z uśmiechem tak szerokim i gorącym, że aż przesłaniającym słońce nad borami:

- Nooo kogo my tutaj mamy?! Biegniesz na życiówkę?

środa, 27 lutego 2019

"Ultra" - film na HBO

Ludzie pytają, dlaczego biegam. Czy przed czymś uciekam? Czego szukam? To jakby pytali kim jestem. Sam zadaje sobie to pytanie. Ty pewnie też. Nie znam odpowiedzi. Ale wiem, że coś, co wydaje się egoistyczne lub bezsensowne nie musi być od razu złe. Może motywować. Albo nadawać życiu sens. Tak jest z bieganiem. To proste i oczywiste. Bieganie pozwala odnaleźć siebie. Liczę, że ostrzegłem was w samą porę.


Ten cytat to jedne z ostatnich słów węgierskiego dokumentu, jaki 2 lata temu ukazał się na HBO. Po 80 minutach filmu brzmią jak zakończenie Blade Runnera. Masz ochotę posiedzieć jeszcze trochę w bezruchu.  

wtorek, 26 lutego 2019

Rok 1977 cz. 6

cd.

Kiedy dwa lata temu rozpocząłem eksplorację wszystkich płyt z 1977 roku bez spoglądania na gatunek, poznałem dwa zespoły, które były dla mnie jak zderzenie planety z meteorytem. Na tyle silne, że zmieniły trajektorię tej pierwszej.

Te grupy to Chicago i Steely Dan. Obie grają muzykę, którą najuczciwiej będzie zakwalifikować do nurtu AOR– skrót angielskiego terminu adult-oriented rock, czyli muzyki skierowanej do dorosłego słuchacza ignorującego modne trendy.

Przemierzanie przez dyskografie obu grup zajęło mi pół roku albo i więcej. Chicago na pewno zasługuje na osobny wpis, bo dla mnie historia tej grupy (świetny dokument na Netflixie) to niesamowita podróż muzyczna. Pod warunkiem, że jest się po 40-tce :)

Chicago - XI. Chicago wydawało płyty częściej niż co rok. Poza tym większość z nich składała się z dwóch czarnych krążków. Nic dziwnego, bo mając tylu muzyków na pokładzie dla każdego pomysłu musiało znaleźć się miejsce. Chicago, przynajmniej przez pierwsze 11 płyt do momentu tragicznej śmierci gitarzysty Terrego Katha, zajmowała mnóstwo przestrzeni gdzieś pomiędzy rockiem, popem i jazzem.

A jak zmarł Terry Kath?
- Ten pistolet nawet nie jest nabity, spójrzcie! Przyłożę go sobie do głowy i strzelę!

Steely Dan - Aja

Bez dwóch zdań, Steely Dan to jest najważniejsza grupa jaką odkryłem w ramach poszukiwań według roku 1977. Dodatkowo Aja to jest szczytowe osiągnięcie panów Fagena i Beckera. AOR i jazz-rock. Zakochałem się we wszystkich płytach. I nie żałuję, że tak późno. Wcześniej byłem po prostu za młody na taki kawałek trudnej muzyki.


Billy Joel - The Stranger

Co za set! Chicago, potem Steely Dan, a teraz Billy Joel. To już dwa lata jak zebrałem całą dyskografię tego Pana i zrozumiałem dlaczego sprzedał tak gigantyczną liczbę płyt. Mam jednak wrażenie, że gdybym żył w 1977 roku to przeszedłbym obok wszystkich trzech płyt z tego wpisu. I pewnie wróciłbym do nich 20-lat później z 40-tką na karku i dopiero wtedy odkrył w jak cudownych czasach żyłem. Tak samo jak z perspektywy dnia dzisiejszego potrafię stwierdzić, że w cudownych muzycznie czasach się urodziłem. Czasach anarchii. Czasach bez żadnej muzycznej dominacji.

CZĘŚĆ 7

poniedziałek, 25 lutego 2019

Rok 1977 cz. 5

cd.

Van der Graaf - The Quiet Zone/The Pleasure Dome.
Kilka miesięcy temu Peter Hammill pokazał światu swoją solową płytę "Over". Pisałem o niej, że ja przed tą płytą na kolanach... Ale rok 1977 się nie skończył, a w nieco zmienionym składzie powrócił Van der Graaf. Ten zespół przez całe lata 70-te po prostu nie wydał złej płyty. Każda ma niezwykłą moc. Ta ma coś jeszcze. Utwór Yellow Fever (Cat's Eye), który perfekcyjnie nadaje się do biegania. Dziś wiem, że to właśnie ten kawałek wczoraj tak mnie nakręcił, że zamiast wracać do domu po 8 km zrobiłem 20 km w 1,5h.


Camel - Rain Dances.
Teoretycznie tę płytę powinien sygnować zespół "Caramel" bo nagrana została przez połączony skład muzyków Camel i Caravan (tak się śmiesznie złożyło). Camel jest tutaj trochę zagubiony, bo z jednej strony ciągnie w klimaty śnieżnej gęsi, ale jest też jazzrock wprost ze sceny Canterbury. Cała płyta jest mocno rytmiczna i bardzo fajnie się przy niej biegało. Ale czy w roku 1977 uznałbym ją za zdradę i mezalians czy zaakceptował? Ciężko powiedzieć. Natomiast nie da się zaprzeczyć, że na tym albumie jest Unevensong - jeden z tych najbardziej klasycznych utworów wielbłąda.

Rush - A Farewell to Kings.
Rush to ulubiony zespół Kamila. Tak naprawdę nikt nie wie dlaczego. Kiedyś próbowałem się pytać, ale odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: "no wiesz, chciałem mieć jakiś ulubiony zespół, to sobie wybrałem Rush". Ja się mogę tylko domyślać, bo i Kamil i ja mamy ten sam mianownik (obaj jesteśmy fizykami) ale inny licznik (Kamil po UG, ja po PG). Rush to taki zespół, którego muzyka ma właśnie matematyczno-fizyczną formę. Kamila ulubiona płyta to Pożegnanie Królów, lecz moja to Ruchome Obrazy. Różni nas ten licznik :)

Thin Lizzy - Bad Reputation.
Mam jakąś słabość do Phila Lynotta i jego Thin Lizzy. Niby to tylko irlandzki zespół grający hard-rock, ale to byłoby spore uproszczenie. Muzyka Thin Lizzy ma w sobie ogromną dawkę pozytywnych emocji. I to na każdym albumie. Jeżeli w 1977 roku byłbym fanem Thin Lizzy to z pewnością ten album bardzo by mnie ucieszył i tupałbym nóżką przy Dancing in the Moonlight. Niestety w 1977 roku nie było jeszcze walkmanów (Sony opracowałoby je 2 lata później) więc nie mógłbym biegać po osiedlu i stukać nóżką tylko robiłbym to przy gramofonie w domu.

Właśnie sobie uświadomiłem, że w 1977 roku nie mógłbym biegać z muzyką w słuchawkach...

Rok 1977 cz.6

niedziela, 24 lutego 2019

Jak bardzo tego chcesz?

Słuchajcie, czytam od rana fascynującą książkę. Jak bardzo tego chcesz? - psychobiologiczny model zwyciężania. Kupiłem ją jeszcze przed Świętami, ale trochę przeleżała. Dziś nie mogę się od niej oderwać i jestem bliski pewności, że do wieczora pęknie cała.



To jest jedna z najbardziej fascynujących książek o sporcie jaką czytałem. Napisana jest dokładnie tak jak lubię:

  • każdy rozdział można czytać jak osobny byt,
  • każdy rozdział zawiera główną opowieść, studium przypadku dotyczące biegania, triathlonu, kolarstwa czy wioślarstwa,
  • część z tych opowieści dotyczy sytuacji których w swoim życiu kibica byłem świadkiem, czyli rywalizację na Tour de France, Igrzyska Olimpijskie czy chociażby sceny z Ironmana z Kona, które z innych książek znam na tyle, jakbym tam był,
  • każda główna opowieść zawiera kolejnych 10 mniejszych dygresji,
  • do każdej z nich są dołączone dygresje dotyczące naukowych badań nad danym aspektem sportu i dążeniu do zwyciężania,
  • książka jest napisana niezwykle lekko ale zarazem konkretnie.

Rok 1977 cz. 4

cd.

Spoglądając na listę płyt, które sobie wypisałem jesteśmy już gdzieś na półmetku. Na poranny warsztat miał pójść debiut Elvisa Costello. Ten człowiek to dla mnie fenomen. Ale taki fenomen, którego nie jestem w stanie pojąć. Uwielbiany przez krytyków. Do każdego zestawienia najlepszych płyt wszech czasów wprowadza ich tyle samo co The Beatles czy Bob Dylan. Ale... no nie jestem w stanie przebrnąć przez żadną z nich. Wiem, że problem jest we mnie. Nie kumam Elvisa. Nie kumam na pewno debiutu muzycznego Elvisa Costello, który ukazał kilka dni przed śmiercią innego Elvisa. Tego prawdziwego Elvisa.

Drugim wyborem miał być debiut Motörhead. I tutaj znów nie udało mi się przebrnąć przez ten album. Kolejne podejście do Motörhead kompletnie nieudane. Podziwiam ludzi, który słyszą w muzyce Lemmiego coś więcej niż chwytliwe Ace of Spades. Ja tego nie umiem usłyszeć.


I wtedy wpadłem na pomysł, aby sprawdzić czy czasem w 1977 roku nie wydała nic grupa Hawkwind, z której wywodzi się Lemmy Kilmister 

Quark Strangeness And Charm. Kwarki dziwne, kwarki powabne. Klimat moich studiów. Do tego totalnie kosmiczna muzyka. Hawkwind do mistrzowie space rocka. To nie jest określenie na wyrost. Zamykasz oczy, włączasz Hawkwind i lecisz promem kosmicznym. Jakim cudem akurat ten album posłuchałem teraz dopiero pierwszy raz w życiu? Do biegania nadaje się cudownie...


Styx - The Grand Illusion. Styx to jedna z tych grup, które od dawna wiedziałem, że istnieją, czasem wpadały mi pod ucho pojedyncze kawałki, ale całościowo wpisywałem ich do worka miałkiego popu. Amerykańskiej mieszanki rocka i popu lat 70-tych. I to w sumie prawda. To najbardziej niemodny ze wszystkich niemodnych dziś gatunków. Ale ... kiedy można kupić ich płyty winylowe za 5 zł to kupiłem kilka. No i szok. Bo okazuje się, przy okazji takiej muzyki, jak dużą rolę spełniają łatki i oceny nadane przez innych. A wystarczy zresetować głowę, wyłączyć cały system ocen nabyty przez dekady poznawania muzyki i po prostu słuchać... W końcu kto powiedział, że białe skarpetki nie pasują do sandałów? Powiedział to ten, który to gdzieś usłyszał i chciał przypodobać się większej grupie rzekomych autorytetów i zaczął to bezrefleksyjnie powtarzać. Wystarczy odrzucić uprzedzenia, założyć białe skarpetki do sandałów i wyjść pobiegać w tych sandałach po ulicach Chicago słuchając Styx. Proces polubienia tego zespołu jest bardzo wymagający i skomplikowany. Długo do niego dojrzewałem, uczyłem się amerykańskiego pop-rocka lat 70-tych i w końcu mogę powiedzieć, że jestem po drugiej stronie. Lubię Styx. Choć nie jest to ostatnia kapela z nomen omen Chicago, którą poznałem przez ostatnie 2 lata...

Tom Waits - Foreign Affairs
Po kilka dniach z bardzo gęstą od dźwięków muzyką miałem ogromną potrzebę na spowolnienie. Nie biegowe, bo tutaj wciąż jestem w gazie, ale moja głowa potrzebowała oszczędniejszych aranżacji. Ciekawe, czy w 1977 roku byłbym fanem Toma Waitsa. Mam wrażenie, że jego płyty są ponadczasowe. Ciężko przypasować je go konkretnych lat, stylów muzycznych, gatunków. Chronologia u Waitsa nie ma znaczenia. Słuchając Foreing Affairs z 1977 roku jest zarówno klasyczny wokal Waitsa i te niepokojące aranżacje, które kilkanaście lat później kojarzyły by się z Twin Peaks.

Eloy - Ocean. Znów scena niemiecka. Tym razem nie elektronika, ale klasyczny rock progresywny. Mówi się, że Eloy to podróbka Pink Floyd. Jakoś zawsze daleko mi było do tej opinii, bo Pink Floyd przez lata swojej kariery było jak rozszerzający się wszechświat. Podrabiać można jedynie fragmenty tego uniwersum. W przypadku tej płyty jednak wyraźnie słychać, że niemieccy muzycy dość mocno wsłuchali się w wydany pół roku wcześniej Floydowski - Animals. Jednak jest tutaj dość dużo "ale". Tym największym "ale", które dotyczy wszystkich wczesnych płyt Eloy jest dość kulawa realizacja (a może zamierzone brzmienie?). Biorąc po uwagę, że Alan Parsons w tym czasie robił tak krystaliczne brzmienie, które spokojnie mogłoby się ukazać i dziś, to tutaj całość brzmi jak z dna studni. Bliżej wczesnego Colosseum czy Iron Butterfly sprzed niespełna dekady wcześniej niż do muzyki roku 1977.

Rok 1977 cz. 5

sobota, 23 lutego 2019

parkrun Gdańsk Poludnie #137 i urodzinowy Jagermeister (ale nie mój!)


Po tygodniowej "przymusowej" przerwie wróciłem na parkrun. Tym razem przywlokłem ze sobą termos ciepłej herbaty w przeciwieństwie do zimnego grzańca sprzed dwóch tygodni.

Na początek statystyka:
  • Na starcie stanęło 78 biegaczy
  • Bieg wspomagało 8 wolontariuszy
  • Pięcioro z biegaczy  to firsttimerzy, w tym czworo - firstimerzy ever (czyli absolutnie pierwszy raz na parkrunie, a nie tylko w naszej lokalizacji). Witamy Zuzannę, Łukasza, Mateusza oraz Roberta i Roberta.
  • 5 osób było dziś u nas po raz czwarty, cóż za dziwny zbieg okoliczności - każdy z nich z nazwiskiem na literę "Ż" ;)
  • Pojawiło się 7 juniorów!
  • Na 8 tegorocznych biegów 6 z nich wygrał zawodnik o imieniu Tomek. I to mi się bardzo podoba!
  • 10 zawodników pobiło swój rekord życiowy.
  • Z cyklu "okrągłe 50-tki":
    • Adam Grzystek został okrągłą 150-tką
    • Krzysztof Łapuć okrągłą 50-tką
    • Walter Rajkowski również biegł po raz 50-ty
  • Komplet rezultatów jest tutaj.

A teraz moje impresje:

piątek, 22 lutego 2019

Plan na 50 dni z liczbą 4:37

Dwa tygodnie temu napisałem coś takiego:
Na razie chce trochę odpocząć. Najbliższe dwa tygodnie przeznaczam na apogeum biegania bez planu albo nawet niebiegania. Być może pobiegnę tylko 2-3 razy.

Jedyne co okazało się prawdą w tym zdaniu to dwa słowa: "bez planu" . Bez żadnego planu przebiegłem około 200 kilometrów robiąc 20 treningów. Piękny odpoczynek! Paradoksalnie to prawda. Czuję się całkowicie zresetowany.


Ten tydzień do powrót do rzeczywistości. Kółeczka dookoła stawu. Kolejny śnieg w tym roku. Ale gryzie mnie ten maraton w połowie kwietnia. Gryzie, bo chcę go pobiec dobrze. Gryzie, bo Waldek Miś jakiś czas temu napisał mi, że cokolwiek innego niż pobiegnięcie na mega ambitny cel będzie porażką (albo coś w tym stylu, w każdym razie tak to odebrałem). Dla mnie tą niewyobrażalną granicą jest 3h15min (domena jeszcze wolna hehehe). Jeszcze rok temu marzyłem o złamaniu 4h. Po półmaratonie w październiku 3:30 wydało się realne...

Ale co da mi większą satysfakcję? Spokojny atak na 3:30? Czy strącenie poprzeczki 3:15 przechodząc np. 5 minut pod nią?