niedziela, 14 lipca 2019

Przemyślenia przy niedzieli

Dominik zmierza na spotkanie. 7:30 rano, 14 lipca 2019

Kiedy pół roku temu rozkładałem na czynniki pierwsze moje zejście z wagi o 40 kg (i 10 minut w wyniku na 5 km) pisałem o intensywności treningu. Wtedy bardzo ważne było, aby na treningu nie koncentrować się na pokonanych kilometrach, ale na tym, aby się zmęczyć. Tak określałem swój cel - wchodzenie w wysoką intensywność na niemal każdym treningu. Oczywiście jak najczęściej bywa - nie chodziło o sam cel, ale o drogę, którą musiałem pokonać, aby go osiągnąć. Droga mi służyła. Biegłem dużo interwałów, zarówno tych z zegarkiem na ręku i matematyczną precyzją dystansu i tempa, oraz jeszcze więcej tych, które można zaliczyć do "radosnej twórczości biegowej" po której zbierałem z czoła krople potu jak wycieraczki mojego Renault Clio deszcz z 9 lipca 2001 roku na Kartuskiej w Gdańsku.

sobota, 13 lipca 2019

Kącik biegowego melomana: Pink Floyd - The Wall

Następna okazja aby pochylić się w kąciku biegowego melomana nad The Wall - Pink Floyd może się zdarzyć za 15 lat. Dlatego trzeba korzystać tu i teraz.


Pink Floyd zna każdy. Są dla ostatnich 50 lat w muzyce tym czym był Leonardo da Vinci dla renesansu. A ich dwupłytowy, trwający 1h 20min album The Wall z 1979 roku to taka Mona Liza muzyki rockowej, a nawet całej popkultury tych czasów.

Jestem absolutnym fanem Rogera Watersa i wielokrotnie o tym tutaj wspominałem. Jego każdej płyty z zespołem i solowej. Wybaczam mu nawet jego polityczne wygłupy, wszak twórczość Watersa od dawna nie była od niej wolna. Trudno. Muzyka jest genialna.

18:57


Życiówki są nudne i ustanawia się je jesienią albo wiosną. Jest jeden wyjątek od tej reguły. Kiedy z przodu widnieje 01 sek. Na przykład 19:01 sek na 5 km. Taki rekord miałem do dzisiaj od czasu trochę przypadkowego biegu trzy miesiące temu kiedy Tomek Bagiński poprowadził mnie przez pierwsze 4 km. Ja uwielbiam biegać za kimś, nie muszę wtedy myśleć o niczym. Jak wiadomo mózg pochłania 20% energii. Kiedy przestaję myśleć to pochłania mi trochę mniej i wtedy mogę szybciej biec :)

No więc uwierała mnie ta sekunda z przodu. Pochłaniała zarówno moją świadomość jak i podświadomość. Tygodniowe bieganie przygotowałem sobie tak, aby w piątek zrobić odpoczynek. Wczoraj za to bardzo długo opierałem się Dagielowi, który wyciągał mnie na piwo pod śmietnik. W końcu się dałem namówić, ale tylko na jedno. A kiedy dziś rano wstałem i zobaczyłem zachmurzone niebo moja świadomość i podświadomość zaśpiewały w idealnym duecie niczym David Bowie i Tina Turner w Tonight. "Everything will be alright tonight!"

niedziela, 7 lipca 2019

parkrun Gdańsk Południe #156


Klub przedszkolaków Montessori

Mrużę lekko oczy i świdruję między myślami we własnej głowie zastanawiając się kiedy to ostatni raz biegłem parkruna? Korci mnie aby poszukać na blogu, ale z drugiej strony czy to było aż tak dawno, że naprawdę nie pamiętam?

Chciałem pobiec tydzień temu we Włoszech, ale to jest jakiś 2-gi świat... tam mają ledwie kilka parkrunów na cały kraj. Był przez chwilę taki pomysł aby pojechać w sobotę rano 200 km do Rzymu, ale... no właśnie... kto miałby prowadzić w sobotę o 6:30? :) Nie pobiegłem więc parkruna, ale zostałem za to mistrzem Włoch w biegu na 6km przez winnice.

A wcześniej? Wcześniej był Rzeźnik, Bieg do Źródeł, byłem też słomianym wdowcem z 3-ką dzieci... W czerwcu nie pobiegłem ani razu. W maju... raz. W kwietniu... raz. Jeszcze nie tak dawno spierałem się z Adamem 2h59min, że z parkrunem mu nie po drodze, a tutaj się okazuje, że sam jestem niewiele lepszy...

wtorek, 2 lipca 2019

Le Strade Del Vino


Nie jestem ekspertem od Włoch, nie jestem też ekspertem od spędzania wakacji, po prostu wybieramy te lokacje, gdzie można tanio dolecieć, wynająć tanią agroturystykę, najlepiej z basenem, a gotować sobie samemu. Nie ma lepszej i tańszej opcji na rodzinę 2+3. A jeszcze zrobić to z drugą rodziną biorąc dom na pół.

Nasz wybór na pierwszy tydzień wakacji padł na Pescarę. Tani lot Ryanem z Modlina, agroturystyka w winnicach obok słynnej, ze względu na batalie 20-28 grudnia 1943, Ortony (linia Gustawa). Po jednej stronie morze, po drugiej Apeniny. W środku gigantyczne, przemysłowe winnice.

A gdzie bieganie? Wakacyjne bieganie jest jak zawsze w tak zwanych lukach i międzyczasie. Jadąc nic nie planuję, nie wiem czy będę biegał codziennie czy wcale. Na pewno nie jest to moim najwyższym priorytetem.

niedziela, 23 czerwca 2019

Bieg Rzeźnika 2019 - część 4 - Biegniemy parami, bo samemu żal...


cz.1
cz.2
cz.3


Smerek 50 km

Ultra nauczyło nas wielu rzeczy, ale ta najważniejsza brzmi: "nie warto się poddawać, bo po każdym kryzysie przychodzi euforia". Wiedziałem, że muszę dociągnąć Dominika do punktu na 50 km na dwóch nogach. Bo jakbym go przyniósł na plecach, to pewnie by nas nie puścili dalej. Nie martwiłem się jednak o to, co będzie dalej, nie dopuszczałem myśli o zejściu z trasy. W głowie miałem wiele poprzednich biegów, gdzie Dominik np. na 130 km zjadł żelka, urodził się na nowo i pobiegł do przodu jak sarenka. Po pięciu minutach moc żelka się kończyła, więc jadł kilka czereśni i leciał dalej.

Tym razem musiałem tyko ustalić co będzie tym "symbolicznym żelkiem" który podniesie Dominika na nogi.

Bieg Rzeźnika 2019 - część 3 - każdy szczyt w Bieszczadach nazywa się na "J"


cz.1
cz.2


Piątek 3:00 Komańcza

Wystartowaliśmy.


Jest bardzo bardzo dużo ludzi. Wypełniamy całą ulicę w Komańczy. Część osób z czołówkami, a część bez. Wiedząc, że zaraz będzie się przejaśniać nie wzięliśmy swoich. Tym bardziej, że przez pierwsze 6 kilometrów biegniemy asfaltem i płytami. Zanim skręcimy w las zdąży się przejaśnić do tego stopnia, że nie będą potrzebne.

Kiedy zaraz po starcie stoimy na poboczu i lejemy w krzaki mija nas chyba z 800 osób z 1300 które stanęły na starcie. Chcemy potem choć trochę nadrobić stracony dystans. Oczywiście może to wydać się głupie, aby nadrabiać dystans na pierwszych kilku kilometrach biegu, który ma trwać kilkanaście godzin, ale nasłuchałem się opowieści o kolejkach na ścieżkach przez pierwsze 30 km i że można na nich utknąć jak na procesji w Boże Ciało.

Przyspieszamy i staramy się powalczyć o choć trochę lepszą pozycję. Lecimy z górki w tempie poniżej 5 min/km. Wymijamy ludzi, zygzakujemy. Z szarego końca udaje nam się przedostać w okolice 2/3 stawki.... Jest gęsto. Naprawdę bardzo gęsto.

Bieg Rzeźnika 2019 - część 2 - biegnij dalej, a ja będę Cie osłaniać


cz. 1

Wszystkie noclegi w Cisnej i promieniu 30 km były zarezerwowane pół roku przed biegiem. Najbliższa miejscowość, którą pokazywało booking czy airbnb w długi czerwcowy weekend to było... Krosno albo Rzeszów...

- To może namiocik? - piszę do Dominka
- Namiocik?! Super! 

Dwóch facetów koło (przed i po) 40-tki, zostawia swoje rodziny, jedzie 800 km w dół kraju aby spędzić dwie noce w namiocie i w międzyczasie przebiec 80 km kultowego biegu!? Rewelacja!

sobota, 22 czerwca 2019

Bieg Rzeźnika 2019 - część 1 - marzenie o jedzeniu kociego żarcia zimą na Grenlandii



Kiedy pierwszy raz usłyszeliście o Biegu Rzeźnika? Nie pamiętam dokładnej daty, ale było to jeszcze zanim zacząłem biegać, czyli przed 2012 rokiem, może nawet kilka lat przed. Nie jestem pewien, kto wtedy siedział przed mikrofonem radiowej "trójki", ale z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że był to sam Mirek Bieniecki. Opowiadał o czymś kompletnie niedostępnym dla zwykłego człowieka. Ale jednocześnie intrygującym tak jak spędzenie zimy w igloo za kołem podbiegunowym żywiąc się puszkami dla kotów.

Czy jedzenie kociego żarcia na Grenlandii  jest intrygujące? Z pewnością... Ale czy Ty chciałbyś to zrobić? Raczej nie... Chyba, że znajdziesz w tym swój prywatny cel.

środa, 19 czerwca 2019

New Balance 1080 v9



Ze wszystkich mainstreamowych marek butów biegowych, jakie są na rynku mam pewną, nie wiadomo z czego powstałą, sympatię do marki New Balance. I to na długo zanim zacząłem biegać w ich butach z serii CRUZ, które są to niby-biegowe niby-lifesylowe. Ot, takie tanie szmaciane trampki, z dropem 6mm, całkiem miłą amortyzacją i absolutnym brakiem stabilizacji. Bardzo fajnie pracuje mi stopa w tych tanich butach (można wyhaczyć za ~150 zł nawet na promocjach). Mogę wręcz powiedzieć, że te buty były dla mnie wstępem do mojej miłości do Altra Escalante.

niedziela, 16 czerwca 2019

6. bieg do źródeł - relacja


Zacznijmy chronologicznie.

To było kilka tygodni temu, kiedy Adam Baranowski opublikował wpis na temat jego osobistej relacji z parkrunem. Pisał, że nie jest mu po drodze, aby się ścigać, aby myśleć wieczorem o tym co zjeść na śniadanie, że soboty traktuje relaksacyjnie.

Ja byłem w kontrze, zaatakowałem Adama, że ludzie czekają nie niego, ale nie takiego co przyjdzie pobiec na zaliczenie, ale takiego, którego można pobić bez żadnych forów. Adam na to zagrał pokerowo. Oskarżył mnie o egoizm, że patrzę tylko na swoje potrzeby, że kreuję sytuację pod to co ja sam chciałbym osiągnąć - czyli mieć przed sobą Adama walczącego o życiówkę i biec za nim wpatrując się w jego łydki.

Dostałem szacha. Przemyślałem temat i musiałem uciekać królem na pole po skosie. Zapytałem więc Adama gdzie planuje biec na full, a ja się tam zapiszę i zrealizuję swoje fantazje o bieganiu za mistrzem.

- Bieg do źródeł - napisał Adam

[minęły 2 minuty]

- Zapisany opłacony! - odpisałem

czwartek, 13 czerwca 2019

Po drodze (?) z triathlonem...

Definiuję siebie zdecydowanie jako biegacza amatora. To jest właśnie moje sportowe hobby. Umiem i lubię pływać. Na rowerze jeździłem jak każdy dzieciak wychowujący się na wsi - czyli non-stop. Ale na kolarzówce... nie jechałem nigdy. Dosłownie nigdy. Pamiętam doskonale III miejsce Zenona Jaskóły w TDF, ale nigdy nie przełożyło się to na moje zintensyfikowane zainteresowanie rowerem.

patrząc zza siatki...

Dlatego nie jest mi też po drodze z triathlonem...

piątek, 7 czerwca 2019

Kącik biegowego melomana: Sinead O'Connor - The Lion & The Cobra

Słuchanie w czasie biegania ciągle mnie zaskakuje. Mniej więcej raz na miesiąc zdarzy mi się taka historia, że utwór, który wydaje mi się, że znam od podszewki, że słuchając go setki razy nie ma w nim ani jednej nuty, która byłaby mi obca, nagle poraża mnie jakimś totalnie nowym rodzajem emocji.



Ostatnio stwierdziłem, że to już ten czas, kiedy moje dzieci nie będą mi pchać paluchów w jedwabne albo aluminiowe kopułki od tweeterów i zmieniłem po 12 latach swój system audio. Od kilku tygodni siedzę wieczorami i zasłuchuję się w brzmieniu Creeka (pożyczonego!) + Audio Physic  + Chromecast optycznie wpięty do DAC'a opartego na TDA1543. Muzyka brzmi megazajebiście, szczególnie późno w nocy, kiedy nic nie szumi ani w domu, ani za oknem. Mogę wtedy słuchać bardzo cicho a dociera do mnie każdy szczegół.

Jest jednak druga strona słuchania. Ta w biegu. Sam nie wiem, którą formę kocham bardziej. W biegu doświadczam muzykę fizjologicznie inaczej. I to dosłownie. Tętno, szybki oddech, brak tlenu, endorfiny, pot na czole. Te fizjologiczne czynniki sprawiają, że lekko zmienia się sposób w jaki postrzegam muzykę.

ARCh MAX

Kilka dni temu wrzuciłem na FB pytanie dotyczące plecaka/kamizelki biegowej. Przez kolejną godzinę nie mogłem odejść od kompa, bo prowadziłem poza dyskusją na wallu kilka privów, z których jeden zakończył się tym, że odwiedził mnie dziś kurier i dał mi TO.



Nie znałem tej marki, czyli ARCh MAX, ale parametry tej kamizelki dokładnie spełniały to czego szukałem czyli:
  • lekka (~120 gram)
  • kieszenie na dwa flaski z przodu (to ma chyba każda kamizelka, ale już nie każdy plecak)
  • dodatkowe kieszonki z przodu, na tyle głębokie, że telefon NIE MOŻE z nich wypaść choćbym fikał przewroty
  • tylna kieszeń na ZAMEK (to też nie jest zawsze w standardzie)

Kiedy wyjąłem ją z pudełka gdzieś z tyłu głowy zaczął mówić do mnie głos Małkowicza... 

wtorek, 4 czerwca 2019

Biegaj w upale

Zainspirowany dzisiejszym re-postem Porannego Biegacza sprzed dwóch lat o bieganiu w upale zacząłem się zastanawiać gdzie w tych pogodowych skrajnościach jest moje miejsce.

zdjęcie ze stocku dla przyciągnięcia uwagi

Zimą kilka osób widziało mnie jak biegałem na krótko. Powtarzałem za każdym razem to samo: niby zima, ale jest przecież kilka stopni na plusie, czasem jest dokładnie tyle samo w zimny czerwcowy poranek. Z drugiej strony były dni, kiedy trochę mnie przymroziło, ale przecież nie była to walka o życie jak w oskarowej roli Leonardo Di Caprio, a jedynie grzeczne i komfortowe truchtanie dookoła jeziora, a największy dyskomfort był taki, że iphone się szybciej rozładowywał i musiałem dbać o to aby wybiegać z naładowanym na full.

Wczoraj i dziś temperatury podeszły pod 30 stopni. Cytując wspomnianego Antoniego: wysypują się porady blogosfery przestrzegające przed przebiegnięciem choćby metra bez bidonu z wodą izotonikiem na podorędziu. - ale taka skrajność ponownie zachęca mnie do wyjścia na kilka kółek dookoła zbiorników.

niedziela, 2 czerwca 2019

On CloudRush - test pierwszego wrażenia


Wiele razy powtarzałem, że jakiekolwiek pisanie o butach, w których nie przebiegło się 1000 km nie ma sensu, bo poza pierwszym wrażeniem zazwyczaj jest całe spektrum tych kolejnych, które lubią zmieniać się w trakcie dłuższego użytkowania.

Ale tym razem sytuacja jest trochę inna. Dostałem buty za free na kilka dni do testów. Tak naprawdę sam je sobie wybrałem i poprosiłem. Nie mam z tego powodu żadnych profitów, przez co nawet przez jednego z moich dobrych znajomych zostałem nazwany frajerem, a firma On Running maestrem od marketingu :)

Ja to traktuję trochę inaczej. Biegam sobie kilka dni w butach, nie płacę za to, mi nikt nie płaci, ale też nie mamy wobec siebie żadnych zobowiązań i oczekiwań. Możemy natomiast się lepiej poznać, wyjść kilka razy na randkę i sprawdzić czy iskrzy. A jak nie iskrzy to wprost o tym napisać.

sobota, 1 czerwca 2019

First time is a charm - czyli pierwsze ultra w tym roku


Kiedy nie potrafię wysłowić emocji podpytuję się googla. Dziś pobiegłem pierwszy raz ultra w tym roku. Ultra - czyli bieg powyżej 50 kilometrów. Niewiele ponad, bo 53 km, ale tak miało być. Miał to być ostatni lekko dłuższy test przed Rzeźnikiem, próba nie-oddalenia-się-na-więcej-niż-100-metrów od Dominika i przede wszystkim super przyjemnie spędzona połowa soboty. Z najlepszym z najlepszych gronie.

To moje pierwsze ultra w tym roku, ale też i pierwsze w życiu kiedy ważę poniżej 90 kg. A po biegu i uzupełnieniu płynów waga pokazała 81,7 kg. Kiedy nie wiem co powiedzieć podpowiada mi google.



Pierwszy raz ma w sobie urok, pierwszy raz jest zawsze wyjątkowy, pierwszy raz.... nie... nie jest pomyłką.

czwartek, 30 maja 2019

Można w czwartek oglądać Kuchenne Rewolucje, ale można też na żywo obejrzeć biegowe rewolucje Antoniego

- No i wreszcie się spotykamy! - powitał mnie Poranny Biegacz tuż po wejściu w progi 3athlete.pl

 
Ja przyjechałem tam trochę wcześniej i zacząłem jak klasyczny introwertyk zamykać się w sobie, kiedy dookoła było zbyt wiele nieznanych mi osób. Wyciągnąłem zza pasa komórkę i zacząłem nerwowo stukać do Porannego, gdzie on jest?

Jeszcze kilka godzin wcześniej kompletnie nie planowałem takiego zakończenia dnia. Owszem, chciałem po południu pobiegać, ale raczej miały to być klasyczne ósemki dookoła stawów. A tymczasem zobaczyłem na FB powiadomienie/zaproszenie na Testy butów On Running z 3athlete.pl. Dziś. O 18:45. Niedaleko. Od Antoniego... Jaka jest najlepsza forma marketingu? POLECENIE! Pytam więc na messengerze Antoniego, czemu mnie zaprasza. Antoni trochę jakby się zaczął tłumaczyć, że nie ma nic wspólnego ani z marką On Running ani 3athlete.pl, ale po prostu może warto przyjść.... chyba.

sobota, 25 maja 2019

Parkrun Gdańsk-Południe #150

- Nie wiem jak Ci to powiedzieć, ale masz problem. - powiedziała moja małżonka po dzisiejszym parkrunie.


Nie, nie, wcale nie chodzi o to, że moje rekordy są nudne. Nie chodzi też o to, że regularnie poświęcam sobotnie poranki na swoje hobby. Problem jest trochę inny. Problemem są endorfiny....

I to wcale nie moje... ale endorfiny człowieka, który przebiegł swój czwarty parkrun, lecz pierwszy, do którego nie został przymuszony szantażem, tylko taki z własnej woli.

- Nie wiem jak Ci to powiedzieć, ale masz problem, bo ja chcę biegać parkruna, a ktoś przecież musi zostać z Ksawerym... 

- W sumie Tobiasz może zostać, albo Marcinko..., Ksawery będzie rozkładał tunel mety, a ja będę miał motywację, żeby szybciej przybiec.

- Myślisz, że dadzą radę? 

Hmmm no ja trochę żartowałem, a ona na serio. To jest ten słynny efekt endorfin. Życie jest fantastyczne, czujesz, że przenosisz góry i zaraz po biegu marzysz o kolejnej dawce.

* * *

Gratulacje Grazia za życiówkę na parkarunie! Zawsze mówiłem, nie tylko Tobie, ale np. też Mikołajowi, że jakikolwiek bieg zbiorowy powyższa poziom adrenaliny i dajesz z siebie więcej niż na samotnym kręceniu kółka dookoła zbiornika. Prawda, że mówiłem prawdę?

Mówiłem też, że każdy kto przybiega pod koniec stawki jest wytykany palcami, a Ci co przybiegli wcześniej śmieją się do rozpuku. Prawda, że kłamałem? :)

wtorek, 21 maja 2019

Boys Don't Cry

Mam wrażenie, że te dwa ostatnie posty wyrzucone z siebie w weekend, czyli ten o kryzysie 42-latk i zaraz za nim ostatni parkrun z perspektywy ścigania się o wynik, uwolniły mnie trochę z tego ciśnienia, które sam sobie nałożyłem.


Plany biegowe są fajne, ale tylko wtedy, kiedy można je przeplatać chaosem. Wspominałem już o tym przynajmniej kilka razy. Kontrolowany chaos - uwielbiam taki trening. Plany mnie spalają, ale z drugiej strony - są skuteczne. Efekt ich realizacji daje satysfakcje. Ale sumarycznie, patrząc na całokształt naprawdę nie wiem co jest lepsze: chaotyczny trening zgodny z melodią duszy i przypadkowe wyniki na zawodach, czy treningi wg linijki plus satysfakcja przyniesiona poprzez wyniki.

niedziela, 19 maja 2019

parkrun Gdańsk Południe #149



Nawiązując do mojego poprzedniego posta o kryzysie 42-latka, powiem wprost - chciałem dziś zrobić życiówkę na 5km, czyli złamać 19:01. Wydawało mi się to całkiem realne bo:
  • szykowałem się tydzień temu na sub40 na 10km (udało się) więc liczyłem, że część formy z poprzedniego ostrzenia pozostanie,
  • 10 km to nie maraton, więc po ostrzeniu powinno zostać więcej luzu w tygodniu,
  • w poniedziałek biegałem jak pies albo zając z niewybieganą adrenaliną i treningowo strzeliłem luźne 43 min na 10 km,
  • w piątek rano zrobiłem szybkie 3 km z akcentami, które wchodziły jak w masło,
  • a wieczorem poszedłem szybko spać, zamiast wędrować z flaszką między sąsiadami :)

Budzę się rano, 4:58 i jestem całkowicie wyspany. Mam czas na posiłek 3h przed biegiem. Gotuję sobie makaron i jem go z dżemem malinowym mojej Mamy. Do tego kawa. O 7:30 idę na rozgrzewkę i... NAGLE:

- Czy to jest jakiś Singapur? - myślę sam do siebie.

Kryzys 42-latka


Kiedyś, całkiem niedawno, napisałem, że moje życiówki są nudne. To prawda, jestem na fali. Po 7 latach biegania zatoczyłem pętlę i zamiast uciekać w leśne ścieżki i truchtać w biegach ultra, gdzie nikt naprawdę nie wie jaki rezultat jest dobry a jaki średni, wróciłem na asfalt po to, aby zrobić tutaj wyniki, które będą mogły być wyryte na mojej trumnie.

- Na Twoim miejscu robiłbym to samo - powiedział Adam Baranowski.

Tak Adam, dziękuję, wiem :) Jestem od Ciebie 11 lat starszy i staram się o tym nie myśleć... jeszcze. Bo jedna myśl cały czas jest gdzieś we mnie.... kryzys 42-latka.

Zwykło się mówić, że kryzys przychodzi tuż po 40-tce. Dla biegacza taką okrągłą liczbą jest raczej 42. Podobno wtedy trzeba kupić sobie nowy sportowy samochód lub miejsce w garażu aby zimą nie zrzucać śniegu ręką, albo przynajmniej sprzęt audio z trochę wyższej półki. Jeżeli ktoś dodatkowo nie trafił w życiu z kobietą, może szukać także ekscytacji i na tym polu. Ja jestem tym szczęśliwym człowiekiem, że moje zmartwienia po "czterdziestcedwójce" ograniczają się tylko do trzech elementów:

  • jak zapewnić sobie emeryturę przed 50-tką,
  • czy mój tor audio jest dość dobry i jak go zmodyfikować,
  • z jakimi rekordami na 5/10/21/42 położę się w trumnie.

Drugi punkt jest w pewnym sensie pochodną pierwszego, ale ten trzeci żyje swoim życiem. Czy w tym kontekście moje życiówki wciąż są nudne? Absolutnie nie są nudne. Mnie po prostu nie stać już czasowo na odkładanie ich na potem. Nawet jeżeli będę je jeszcze poprawiał przez 5 lat, a 2h59min w maratonie złamię w 2024-tym to będę wracał myślą do wcześniejszych lat i zastanawiał się, czy mogłem zrobić coś lepiej, aby stoper zatrzymał się jeszcze kilka minut wcześniej?

Możecie nazywać mnie cyfronem, który jedzie dbać o swojego jeżyka na głowie do fryzjera w Chojnicach, ale moja prawda jest taka, że każda z moich życiówek może okazać się ostatnia. Nie dlatego, że znów nabiorę kilogramów, albo nie będzie chciało mi się dość intensywnie trenować. Ale dlatego, że po prostu będę zbyt stary. A tego niestety nie zmienię.

Pozwólcie więc, że będę starał się właśnie teraz biegać najszybciej jak potrafię. Będę teatralnie zachęcał Adama Baranowskiego do ścigania się w parkrunie, będę dyskutował językiem rywalizacji, która nakręca mnie to urywania kolejnych sekund z każdego biegu, będę egoistycznie wykorzystywał każdego, kto będzie mnie gonił, uciekał, albo będzie pisał, że moje plany są niemożliwe do wykonania.

Prawdziwy kryzys 42-latka przyjdzie wtedy, kiedy życiówki przestaną być nudne, bo ich już po prostu nie będzie...  Czy chciałbym mieć wyryte 19:01/5km na trumnie? 18 z przodu byłoby ładniejsze... a 17:43 - przepiękne!

* * *

PS. Potrzebuję kilku komentarzy tu lub na FB, lekko poddające w wątpliwość, że 17:43 jest w moim zasięgu. Będę wiedział kogo sobie wizualizować podczas najcięższych treningów.




wtorek, 14 maja 2019

Kącik biegowego melomana: Iron Maiden - Seventh Son of a Seventh Son

Nie wiem kiedy dokładnie urodził się Adam Baranowski, ale wiem, że w 1988 roku. To był naprawdę świetny rok patrząc na płyty jakie się wtedy ukazały. Jedną z nich jest Seventh Son of a Seventh Son - siódmy album Iron Maiden.


Nie pamiętam, czy już się tym chwaliłem tutaj, ale ja jestem wielkim fanem Ironów, ale nie dlatego, że jakoś specjalnie kocham heavy metal, ale dlatego, że Iron Maiden wielokrotnie w swojej historii ocierali się o rock progresywny. Zaś ta tytułowa płyta jest najbardziej progresywna z ich całej dyskografii

poniedziałek, 13 maja 2019

Łamanie 40 min na 10 km - ostatnie 10 dni

Ten wpis robię głównie dla siebie, na potrzeby ewentualnego przyszłego przygotowania przedstartowego. Łatwiej mi będzie zajrzeć tutaj niż grzebać po endo i interpretować treningi.


Oczywiście w 10 dni nie da zrobić całej formy, ale z pewnością można ją częściowo stracić. Ostatnie 10 dni przed startem to polowanie na "dzień konia". O ile przez całe moje poprzednie radosne życie taki dzień, gdzie forma była lepsza niż w inny była owiany magią i tajemnicą, o tyle, kiedy zajrzałem  do internetu okazało się, że są na to sposoby. Eureka! Ziemia jest okrągła! :)

niedziela, 12 maja 2019

O tym jak złamałem 40 minut, czyli relacja z Biegu Europejskiego w Gdyni 2019

- "Teraz zamknij oczy i daj z siebie wszystko!" - wykrzyczał do mnie Krzysiek Sarapuk, który był pacemakerem na 40 minut.

Było jakieś 1,5 kilometra do mety. Średnie tempo na zegarku 3:56 min/km. Zawsze jest taki moment w biegu, kiedy zaczynam wierzyć, że uda się osiągnąć cel. Dziś uwierzyłem właśnie teraz. To moje pierwsze podejście do łamania 40-tki, choć wcześniej kilka razy biegłem 5 km na parkrunie poniżej 20 minut wcale nie musiało się to przełożyć na łatwe złamanie 40 min na 10 km. Cały czas bałem się, że jednak mnie odetnie...

Kiedy usłyszałem te słowa uśmiechnąłem się, bo poczułem, że są one skierowane tylko i wyłącznie do mnie. Przecież jestem specjalistą od biegania z zamkniętymi oczami :) Od mety dzieliła mnie tylko długa prosta. Obrałem odpowiedni azymut i ... zamknąłem oczy.


* * *

sobota, 11 maja 2019

parkrun Gdańsk-Południe #148 - List do Adama "2h59min.pl"

Kiedy Państwo Baranowscy przebiegli przez metę parkruna (oczywiście poza zawodami) wspomniałem sobie w głowie, że kilka tygodni temu Adam obiecał, że kiedyś skrobnie coś na temat swojej skomplikowanej relacji z parkrunem. Jestem bardzo ciekaw, czemu nas opuścił w staroangielskim stylu, czyli po cichu, bez żadnej celebracji wyjścia.

fot. Mariusz Piórkowski

Tymczasem kilka słów ode mnie dla Adama, aby wiedział co dzieje się u nas. Mi też łatwiej się pisze wizualizując sobie odbiorcę.

piątek, 3 maja 2019

Kącik biegowego melomana: Genesis - Duke


Genesis. Początek. Stworzenie. Pierwszą płytą, którą zabrałem ze sobą na bieganie 7 lat temu był album Trick of the Tail. Pierwszy bez Gabriela, pierwszy z Collinsem na wokalu. Taniec na wulkanie. Przy tej muzyce po raz pierwszy zacząłem dusić się zimnym powietrzem po przebiegnięciu pierwszych kilkudziesięciu metrów. Ten stan był bolesny, ale jak to często bywa - również wciągający. Przy muzyce Genesis dokonało się nomen-omen moje stworzenie. Biegowe stworzenie.

czwartek, 2 maja 2019

Merrell Vapor Glove 3 - pierwsze wrażenia

"Łapię chwile ulotne jak ulotka"


Pierwsze wrażenie to coś co zdarza się tylko raz. Cała reszta jest pochodną sympatii, która miała szansę urodzić się w trakcie pierwszego wrażenia plus doświadczenia zdobywane w kolejnych miesiącach, latach.... Zupełnie jak w związkach. Pierwsze wrażenia szybko się zacierają jeżeli ich nie udokumentujesz. Z drugiej strony egzaltacja lub nieufność nie służy rzetelności wypowiadania się w powierzchownie liźniętym temacie.


Zakładając, że każda emocja ma swoje miejsce, poniżej prezentuję to, czego doświadczyłem po 4 biegach w Merrellach Vapor Glove 3:

Minimalistyczne wątpliwości i ekscytacje

Dwa wpisy temu w "filozoficznym przykucu" powstał wpis, który poruszył moje wątpliwości związane z trzema rzeczami: harmonogramem biegania, eksperymentami żywieniowymi oraz techniką biegania (i sprzętem, który tę technikę wspiera).


Żywienie już rozwinąłem w poprzednim wpisie o monodiecie. Teraz chciałbym wyrzucić z siebie wszystkie wątpliwości związane z przypadkowym kupnem Merrelli Vapor Glove 3.

środa, 1 maja 2019

Monodieta pełnowartościowa? Mój 3-dniowy eksperyment.

Sam tytuł jest już sprzecznością sam w sobie, bo coś co jest mono z zasady nie jest multi. Ale do wszystkiego zaraz dojdziemy...


Historycznym tłem mojego eksperymentu przeprowadzonego w ostatnich dniach na samym sobie są urywki z westernów. Traper, który nic nie upolował po prostu gotował fasolę, albo jeszcze częściej otwierał puszkę z fasolą i całymi tygodniami wyglądało jakby jadł tylko fasolę. Rok temu chciałem być jak traper. Uniezależnić się od jedzenia, ale nie w sensie głodówki jak Dominik, ale uniezależnić się od potrzeby wybierania jedzenia, przyrządzania, oceniania czy smakuje czy nie... Oczywiście nie zależało mi na uniezależnieniu się na zawsze, ale na kilka, kilkanaście dni (w kontekście np. jakiejś biegowej wyprawy) ale bez utraty sił. Fasola wydawała mi się najprostszą pełnowartościową (chociaż przez jakiś okres) monodietą.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Afekt, nastrój i rozsądek

Równie górnolotnie ten wpis mógłby się nazywać "Szukaj, Burz, Buduj" od skrótu jednej z najlepszych polskich kapel wszech czasów: SBB.

filozoficzny przykuc obok ścieżki

W ostatnich dniach dopiero wracam do równowagi po marcowym ostrzeniu do półmaratonu (1:29), a potem do kwietniowego maratonu (3:11). Jednak sam nie wiem czy moja równowaga jest jak kula w dolinie, czy symetrycznie na jej szczycie. Czuję w sobie walczące sprzeczności niemal na każdej płaszczyźnie...

Chciałbym szukać, burzyć i budować. Tak jak Poranny Biegacz zburzył swoją technikę biegania, która przynosiła mu podia na dużych imprezach, po to aby poczuć wolność wyjścia z klatki. Jednak nikt nie wie czy ta zmiana przyniesie coś dobrego, czy jest to tylko zaklinanie rzeczywistości. Burzenie nie daje gwarancji, że w miejscu ruiny i zgliszczy uda się zbudować coś lepszego.  Ale przecież gdyby nie poszukiwania, gdyby nie łamanie schematów to wciąż siedziałbym na kanapie. A może los sprawiłby, że znalazłbym inną aktywność, która przyniosłaby mi i zdrowie i szczęście?

sobota, 27 kwietnia 2019

parkrun Gdańsk-Południe #146

Czy Łukasz Pomagruk ma 2 metry wzrostu?

Wiecie jaki jest najszybszy możliwy parkrun? Wcale nie ten, który ciągnie się na granicy porzygu na życiówkę. Najszybszy jest ten w niebieskiej kamizelce koordynatora. Presja czasu zaczyna się już w czwartek, kiedy przyjmujesz tę rolę. W piątek robisz trochę inne zakupy po pracy, które zwiększą szansę na poranną sobotnią pobudkę bez budzika. No i ta noc przed biegiem. Głupio byłoby zaspać na bieg, który się koordynuje. Cała reszta jest już tylko litanią pytań do samego siebie:

czwartek, 25 kwietnia 2019

Trawa i Kamienie vs. Metoda Świerca

Kupiłem sobie przed maratonem dwie książki. Chciałem je przeczytać w okresie bezpośrednich przygotowań, kiedy balans treningu i regeneracji zmienia się na korzyść tego drugiego. (btw regeneracja przy trójce dzieci? jestem ciekaw tej definicji...). Miałem mieć trochę więcej czasu. Ale czy go miałem - nie wiem. Księgarnia dała ciała i książki zamówione w niedzielę odebrałem w piątek wieczorem z paczkomatu...



Te książki to:
  • Bieganie na weganie - Gniewomira Skrzysińskiego
  • Czas na ultra - Marcina Świerca

Obie pozycje przeczytałem już po maratonie, a skoro to zrobiłem, to podzielę się kilkoma zdaniami przemyśleń.

niedziela, 21 kwietnia 2019

"Sprawa dla explorera" - czyli o jelitach ultramaratończyna na National Geographic

Taka sytuacja, wracam sobie w Wielką Sobotę pod wieczór pierwszego dnia świątecznego ultramaratonu objazdowego po rodzinie, włączam TV, zasiadam na kanapie, odpala mi się ostatnio oglądany kanał, National Geographic a tam.... !!!! ... jacyś ultramaratończycy biegają!!


Włączyłem nagrywanie i dziś rano obejrzałem sobie co to był za program. A był to jakiś nowy cykl pod tytułem "Sprawa dla explorera" [edit: gdzie tam nowy, to sezon nr 3]

sobota, 20 kwietnia 2019

parkrun Charzykowy #62 - Wielka Sobota 2019


To już chyba tradycja, że w Wielką Sobotę parkruna biegam w Charzykowach. Nie inaczej miało być w tym roku. Kiedyś, kiedy jeszcze promenadą przy jeziorze Charzykowskim biegałem po prostu treningowo, miałem problem aby wyjechać do Chojnic już w piątek wieczorem.

- No ale wiesz, no parkrun... - mówiłem do żony

Zawsze coś tam trzeba było przegadać, przenegocjować... No ale od ponad roku tego problemu nie ma.

- Kiedy jedziemy do Chojnic, piątek czy sobota? - pyta moja Grażyna
- Jest mi to kompletnie wszystko jedno! - odpowiadam

Jeden pakrun mam pod domem, drugi kilka kilometrów od rodzinnego domu mojej małżonki. Życie jest o wiele łatwiejsze. I relacje rodzinne całkiem nienaganne :)

czwartek, 18 kwietnia 2019

Kącik biegowego melomana: The Chemical Brothers - No Geography

Jeżeli jakakolwiek płyta ma mi się kojarzyć z maratonem w ostatnią niedzielę, to będzie właśnie najnowszy album The Chemical Brothers - No Geography.


O płycie No Geography dowiedziałem się dokładnie w jej dzień wydania, w przedmaranoński piątek. Dojeżdżałem do przedszkola aby odebrać syna tradycyjnie słuchając "Trójki" w samochodzie i kiedy podjechałem na parking nie byłem w stanie zrobić nic, ani wyłączyć silnika, ani wysiąść z samochodu. Nie znałem tej muzyki, ale brzmiała mi właśnie jak The Chemical Brothers. Na wszelki wypadek włączyłem Shazama i tak... miałem rację. Nowa płyta, wydana właśnie tego dnia...

wtorek, 16 kwietnia 2019

Refleksje na gorąco i pomysły na optymalizację


Mięśnie jeszcze nie przestały boleć, poranny krok po wyjściu z łóżka trochę przypomina robot dance, ale i tak nie jest źle. Powiedziałbym, że w porównaniu z moimi poprzednimi biegami długodystansowymi jestem w bardzo dobrej kondycji.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

5. Gdańsk Maraton - mój maratoński "debiut"

fot. 5 Gdańsk Maraton (FB)

Bardzo często przed ważnymi dla mnie imprezami pojawia się na blogu post związany z moim mocnymi i słabymi stronami, szansami i zagrożeniami. Tym razem taki wpis nie powstał, choć kilka razy się zbierałem... Po części wyręczył mnie Adam Baranowski, który u siebie na 2h59min.pl zadał mi kilka pytań i zamieścił w formie wywiadu. Jestem Adamowi bardzo za to wdzięczny, bo dzięki temu pozostanie po tym biegu trochę moich "przedbiegowych przemyśleń". Oto fragment:

Biegam siedem lat, ale to będzie tak naprawdę mój debiut maratoński. Co prawda dystans maratonu pokonałem w życiu około 50 razy, z czego kilka razy dostałem nawet medal na mecie, czyli maraton był oficjalny, a nie w ramach niedzielnego długiego wybiegania, ale nigdy nie biegłem na poważnie. Mówiąc „na poważnie” mam na myśli maraton, do którego przystępuje się po odpowiednich przygotowaniach, maraton, który chce się przebiec najszybciej jak jest się w stanie. Nigdy wcześniej nie przygotowywałem się z taką atencją, niemalże z planem, a już na pewno nigdy w przeszłości nie robiłem tzw. przemyślanego taperingu. Dlatego czuję się jak debiutant.

Rozglądając się po profilach na FB/Insta/Endo moich biegowych znajomych wychodziło na to, że nie tylko ja chcę pobiec ten maraton na poważnie. Każdy głośniej lub ciszej mówił o życiówce. Każdy chciał zebrać plon z porządnie przepracowanej zimy. Gdybym chciał wymienić wszystkich, byłoby to chyba z 30 osób, z którymi rozmawiałem o planach na ten bieg. Ja sam deklarowałem się jasno - biegnę z balonikami na 3:15 do pewnego momentu. Potem baloniki znikają za moimi plecami. Wbiłem to sobie w głowę tak mocno, że wykluczałem jakąkolwiek inną możliwość. Nie zastawiałem się, nie wahałem, nie próbowałem czegokolwiek zmieniać na ostatnią chwilę. Wszelkie analizy mojej formy upewniały mnie w słuszności tej decyzji. Tylko jedna jedyna rzecz miała się rozegrać w trakcie biegu. Moment - kiedy te baloniki zaczną znikać.

czwartek, 11 kwietnia 2019

Kącik biegowego melomana: Roy Harper - …Descendant Of Smith



Każdy z nas kto kiedykolwiek zetknął się z płytą Wish You Were Here - Pink Floyd musiał siłą rzeczy zetknąć się też z Royem Harperem. To on został zaproszony przez zespół i zaśpiewał w Have a Cigar.

Samo imię i nazwisko Roya Harpera pojawiło się także w tytule utworu na III-ce Led Zeppelin. Page, Plant i spółka jedną z kompozycji nazwali "Czapki z głów przed Royem Harperem" ("Hats Off To Roy Harper"). 

No ale kim jest ten mityczny Roy Harper? Czy to jedynie jeden z wielu folkowych grajków z gitarą akustyczną nagrywających nudnawe płyty, które nigdy nie uzyskały rozgłosu? A może jeden z tych wielkich niedocenionych genialnych artystów? Odpowiedź nie jest prosta... bo z jednej strony Roy Harper potrafi rozdzierać serce songami niczym sam mistrz Peter Hammill, ale i potrafi przynudzić. Jednak pewne jest jedno. Jego pozycja w historii muzyki jest z pewnością mocno niedoszacowana. I niestety nie wiadomo dlaczego. Sam Roy Harper też tego nie wie...


niedziela, 7 kwietnia 2019

Łęgowo


Jestem z Łęgowa :) Nie jest jakieś ciężkie wyznanie. Łęgowo to wioska jak każda inna w zasięgu 30 minut autobusem od dużego miasta. Tutaj chodziłem do szkoły podstawowej, stąd dojeżdżałem do liceum i na studia do Gdańska. Był tylko jeden minus - nie dojeżdżały tutaj żadne nocne autobusy i moje studenckie wieczorne życie kończyło się zawsze o 22:20, kiedy odjeżdżał ostatni dzienny autobus. Nie wpadłem wtedy jeszcze na to, że 17 km to żadna odległość i można to przebiec :) Chodziły za to legendy, że podobno kiedyś Mirek wrócił z Gdańska do Łęgowa zimą w środku nocy na piechotę. Mirek nie potwierdza, nie zaprzecza, bo trasy nie pamięta, ale rano obudził się w domu.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Dwa tygodnie fantazji, dwa tygodnie matematyki

dwa tygodnie bez głowy

Dwa tygodnie do maratonu. Dwa bez jednego dnia. Czas będzie leciał coraz szybciej. Nic już nie uda się wypracować, da się tylko zepsuć. Zależy mi na dobrym czasie w tym biegu, więc nie będę psuł...

Patrzę na moich kolegów, którzy robią przygotowania według planu i naprawdę ich podziwiam. Trzeba mieć w sobie charakter żołnierza. A może nawet być biegowym kujonem :) Ale to, że ja nie biegam według planu wcale nie znaczy, że nie zależy mi na świadectwie z paskiem. Ja po prostu nie uczę się z podręcznika i nie jadę rozdział za rozdziałem. Ale tak samo jak każdy, skoro biegnę i mam swoje cele - chcę je osiągnąć.

sobota, 23 marca 2019

Ja i moje Grado SR 60e


Minęło kolejne 1,5 roku od ostatniego testu słuchawek na moim blogu. Pod koniec 2017 roku opisałem moje życie z Koss The Plug, czyli tanimi słuchawkami dousznymi, które wyjątkowo mi przypasowały. Trafiły jednak na bardzo zły okres mojego biegania. Rok 2017 to szuranie pełne zbędnych kilogramów i niemocy. Biegałem mniej, próbowałem trochę na rowerze, ale dwa razy się wyjebałem (raz z własnej winy, raz Straż Miejska zrobiła prawoskręt nie patrząc) i jakoś mi przeszła chęć na rower.

Rok 2018 był rokiem zmiany. Wróciłem do biegania na poważnie, schudłem 40 kg, a pod koniec roku opisałem ten proces przedstawiając całą układankę zmian mikronawyków.


We wpisie nr 3 celowo nie ująłem najważniejszego dla mnie elementu sprzętu - słuchawek. Z tego powodu, że zwyczajnie chciałem potraktować je osobno. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że coś co dla mnie było mega ważne mogłoby rozmyć całość i stać się odległą dygresją od rdzenia rozumienia problemu (a raczej recepty na problem).

No i stało się tak, jakby Tom Hanks, rzucony z samolotu FedExu na bezludną wyspę ani razu w filmie nie wspomniał o swoim Wilsonie :(

A moim Wilsonem, moim największym towarzyszem tych kilkuset ostatnich biegów, i to wcale nie niemym towarzyszem, a towarzyszem śpiewającym mi do ucha tysiące piosenek były słuchawki Grado The Prestige Series SR 60e 

środa, 20 marca 2019

Zalety biegania w grupie z pacemakerem

W czasach oglądania meetingów lekkoatletycznych w TV w latach 80-tych i 90-tych zając czyli pacemaker, to był ten koleś, który robił niepojętą dla mnie rzecz: zawsze biegł z przodu przed przyszłym zwycięzcą biegu i kiedy do mety było już niedaleko odpuszczał bieg i schodził z trasy. Starsza siostra musiała mi tłumaczyć, że on po prostu dostaje prowizję z wynagrodzenia od tego co ma wygrać aby poprowadzić go przez część dystansu na określone tempo.

No ale ten co ma wygrać sam nie może sobie pobiec takim tempem? No bez sensu... - dalej dociekałem moim młodocianym umysłem.

fot. FB Półmaraton Gdynia

Nie sądziłem wtedy, że 30 lat później sam będę korzystał z instytucji zająca, choć niestety nie po to aby wygrać zawody.

Dzisiaj pacemakerzy prowadzą grupy na określony wynik. Ich celem nie jest zejść z trasy w połowie, ale precyzyjnie doprowadzić swoja grupę w ściśle określonym czasie na metę. W przypadku niedzielnego półmaratonu można było podczepić się na czasu: 1:20, 1:25, 1:30 ..... i tak aż bodajże do 2:20. Każdy z zajęcy ubrany był w jaskrawą koszulkę oznaczoną czasem na jaki biegnie, a do tego podczepiony miał balonik wypełniony helem, również opisany zakładanym czasem.

Dlaczego warto podczepić się pod pacemakera?

wtorek, 19 marca 2019

Tydzień synchronizacji między euforiami i panikami

fot. AK-ska Photo

Minęły dwa dni od półmaratonu w Gdyni, a ze mnie wciąż nie schodzi euforia. Gdzieś, kiedyś, ktoś postawił pewnie cele dla biegacza amatora, po przekroczeniu których pojawia się pewna satysfakcja:
  • sub 20 min na 5 km
  • sub 40 min na 10 km
  • sub 1:30 h w półmaratonie
  • sub 3 h w maratonie

Pierwszy cel został osiągnięty kilka miesięcy temu. Trzeci w ostatnią niedzielę. Mimo, że to jedynie przystanek w dalszej biegowej drodze podszedłem do niego nad wyraz poważnie. Przygotowałem się naprawdę dobrze. Na tyle, że jestem pewny, że gdyby nie był to półmaraton a bieg na 10 km, to 40 minut pękło by tego dnia z łatwością. A 3h? Niestety gdzieś tam ten zapach łamanej trójki połechtał moje nozdrza wywołując jednocześnie panikę i euforię. Panikę, bo nie chcę skończyć jak sfrustrowany lis. A euforię, bo uwierzyłem, że wszystkie puzzle do tej układanki są w moim pudełku i wystarczy tylko je umiejętnie poukładać.

poniedziałek, 18 marca 2019

1:29:04 - Półmaraton Gdynia 2019 - relacja z trasy

c.d.


Wystartowaliśmy.

Kilka chwil wcześniej nasi pacemakerzy dokonali krótkiej odprawy. Początek miał być szybszy, tak w okolicach 4:10 aby wyrobić sobie zapas związany z dalszym profilem trasy.

Punkt 11:00 ruszyła elita, następne grupy wypuszczane były falami. Nie było wielkiego ścisku tuż za linią startu, choć 7500 osób to naprawdę niemała liczba. Udało się jednak trzymać tempo od samego początku.


Jeszcze przed rozgrzewką bałem się trochę tych pierwszych kilometrów. Wiem, że prawdziwą, realną moc danego dnia można określić po pierwszych 3-4 kilometrach. Rozgrzewka mnie jednak uspokoiła, a pierwszy kilometr w 4:04 nawet trochę zdziwił. Zdziwił, że przy tym tempie oddycham dwa razy wolniej niż część osób obok mnie.

niedziela, 17 marca 2019

1:29:04 - Półmaraton Gdynia 2019 - jak to zrobiłem?

"I znów bez większych emocji, i znów nie mam euforii, i znów zastanawiam się czy mogłem pobiec lepiej, bardziej się upodlić, przemielić, umrzeć na trasie"

- mniej więcej używając tych słów marudziłem całą drogę powrotną do Krzyśka Łapucia, z którym pojechaliśmy wspólnie do Gdyni na półmaraton.


Euforia i wielkie emocje jednak przyszły. Są teraz, wciąż wypełniają moje tętnice. Schodzi ze mnie całe ciśnienie, cała presja, którą sobie nałożyłem. Wypełnia mnie szczęście i satysfakcja. Ten bieg był łatwy. Tak odpowiadam na pytanie "jak było?". Ale ten bieg, to był tylko czubek góry lodowej, czubek piramidy, truskawka na torcie. Ten bieg był łatwy bo nie miał w sobie nic z partyzantki. Ten bieg był oparty na fundamentach, które buduję od roku i kilku miesięcy. Do tego całe bezpośrednie przygotowanie startowe, które realizowałem od kilku tygodni, kiedy postanowiłem przejść przez ten tzw. rutynowy test formy na miesiąc przed maratonem.

Może to nie jest zbyt romantyczne, ale czasem trzeba zdusić w sobie tę część duszy i stać się zwykłym absolwentem politechniki, którym de facto jestem :)

Ale jak to zrobiłeś?? 

środa, 13 marca 2019

Running with Chris de Burgh part II

Kilka miesięcy temu biegałem przy pierwszych 5 płytach Chrisa de Burgha i rozpocząłem tym samym kolejny po Depeche Mode ultramaraton z jednym wykonawcą w słuchawkach. Pobiegłem jeszcze do 6-tej, nawet opisałem ten bieg i tę płytę we wpisie, który na długie tygodnie był w trybie edycji...


.... i jakoś  się zatkałem Chrisem najpierw była przerwa od kwietnia do lipca, a potem od lipca aż do dziś.... do marca następnego roku. Jak wspominałem rok temu w pierwszej części wpisu ja jestem ultrafanem Chrisa de Burgha, ale tylko do końca lat 80-tych. Parafrazując słynne muzyczne powiedzenie - Chris de Burgh skończył się na Flying Colours :)

Dziś więc nastąpił ostatni akord mojego maratonu z Chrisem. Kolejnych płyt nie zamierzam słuchać... przynajmniej teraz.

sobota, 9 marca 2019

parkrun Gdańsk Poludnie #139 - dyskretna różnica między modą, stylem a formą

Rozpocznę cytatem z FB Parkruna. Albo nawet osadzę ten post:


Tak właśnie było. Ubraliśmy się elegancko i pobiegliśmy z myślą o naszych Paniach! 

Zacznę tę relację od opisu swojego dnia:

czwartek, 7 marca 2019

Rok 1977 cz. 7

cd.

Szybko idą mi te płyty. Większość słucham w całości, ale niektóre tylko po 1-2 kawałki. Takie, do których robiłem już przymiarki, ale podeszły. O dziwo jedną z tych płyt jest debiut Talking Heads. Pół roku temu "odkryłem ten zespół dla siebie" ale te późniejsze płyty, wydane 2-3 lata później. Debiut do mnie nie przemawia, dlatego po wysłuchaniu jednego z największych przebojów roku 1977 - Psycho Killer - przełączyłem na kolejną płytę.

Kansas - Point of Know Return
 Kansas to amerykański rock progresywny. Generalnie w latach 70-tych w klimacie klasycznego progrocka w Stanach nie działo się za wiele. Stany zawsze chodziły swoimi ścieżkami i w dupie miały angielskich krytyków. Ale w drugą stronę nigdy - angielskie zespoły bardzo często do amerykańskich krytyków się łasiły. A Kansas? Chłopaki wzięli na warsztat ten najbardziej klasyczny angielski prog-rock i wkomponowali w niego taki odległy, ledwo wyczuwalny (ale jednak!) powiew country. Płyta Point of Know Return jest świetna! No i do tego jest tutaj ich największy hicior - Dust in the Wind.

Meat Loaf - Bat Out of Hell 
Dawno temu zastanawiałem się dlaczego I'd Do Anything For Love zaśpiewane przez jakiegoś podtatusiałego grubaska stało się takim przebojem. No i jak do diaska można się nazwać Meat Loaf - KLOPS!? Aby to zrozumieć, musiałem cofnąć się do roku 1977 i posłuchać tego słynnego Nietoperza z Piekieł. Ta płyta sprzedała się w ilości 40 milionów sztuk!!! To jest jeden z najlepiej sprzedających się albumów wszech czasów! To jest muzyka, która ma coś w sobie z rocka progresywnego, ale dużo więcej tutaj rock-opery. Jest rozmach, jest blichtr, jest pełna pompa! Fajna płyta i bardzo pasuje do roku 1977, który łamie wszelkie konwenanse.

Leonard Cohen - Death of a Ladies' Man
Producentem tego albumu jest Phil Spector. To jeden z innowatorów w realizacji muzyki. Wprowadził coś co zostało nazwane jako "ściana dźwięku" - czyli wielokrotne zgrywanie na taśmę tych samych instrumentów osiągając gęste niemal jednolite brzmienie. Ja nie jestem fanem takiego sposobu realizacji, ale przypadku Cohena wyszło to zaskakująco. Jakby spotkały się dwa antagonizmy. Delikatny, wysublimowany, akustyczny Cohen, gdzie każda nuta, każde słowo zaśpiewane czy wyrecytowane ma sens i odpowiednie miejsce - ze ścianą dźwięku Spectora. Lubię tę płytę i od dawna lubiłem. Miałem chyba to szczęście ją polubić przed erą internetu, gdzie można wyczytać, że to najsłabszy album Cohena. Ja tak nie uważam. No ale ja kocham Cohena w całości.

Następnie w moim bieganiu z muzyką 1977 nastąpiła przerwa. Tylko kilkudniowa. Zmogła mnie pierwsza od dwóch lat choroba i musiałem na dwa dni odpuścić bieganie. Siedziałem w domu, oczywiście przy kompie, pracując i słuchając reszty mojej listy w całości. Potem wyszedłem pierwszy raz pobiegać i z każdej z tych płyt posłuchałem po 1-2 utwory.

  • David Bowie - Heroes. Ciąg dalszy Low. Świetna płyta. Już kiedyś była w moim kąciku.
  • Queen - News of the World. Całkiem niedawno robiłem maraton z Queen i też pisałem osobno o tym albumie. Przypomnę tylko, że jest świetny. 
  • Eric Clapton - Slowhand. Ta płyta to przede wszystkim Cocaine J.J. Cale'a i Wonderful Tonight. Przesłuchałem ją 3 razy i wciąż tylko te dwa, znane mi doskonale wcześniej kawałki pozostają w głowie.  
  • Brian Eno - Before and After Science. Kilka miesięcy temu zrobiłem swój prywatny maraton z Brianem Eno, ale nie pisałem o tym w kąciku. Ciągle mam wrażenie, że Brian mimo, że było prorokiem muzycznym to znacznie szerzej rozwijał swoje skrzydła współpracując z innymi zespołami niż na solo. 
  • Wire - Pink Flag. Była kiedyś w kąciku. Jak na płytę z etykietą "punk rock" to ja ją kupuję.
  • Suicide - Suicide. Amerykańska wersja punk rocka. Po drugiej stronie oceanu chłopaki zawsze podchodzili do łatek bezkompromisowo. Zdziwiła mnie ta płyta. To rok 1977 słyszę tutaj zaginione ogniowo między Jimem Morrisonem a Nickiem Cave'm. I to takim brudnym australijskim Cave'em z czasów The Birthday Party. 

Sex Pistols - Never Mind The Bollocks
Ja przez lata deklarowałem się jako jeden z największych wrogów Sex Pistols. Ten sztuczny twój wymyślony przez Malcolma Maclarena kompletnie mi nie leżał. A przecież to album-gigant na topie wszystkich zestawień najważniejszych albumów w historii muzyki.

No i coś się wczoraj wydarzyło. Coś co nawet mnie zdziwiło. Bo po miesiącu słuchania muzyki z roku 1977 i absolutnie żadnej innej zacząłem się w niej dusić, zacząłem czuć jakąś smutną pustkę, jakieś teatralne poczucie, że cała ta muzyka oddala się od publiczności, zamyka na scenie i kisi w sosie samouwielbienia. Dopełnieniem całości była wczorajsza próba wysłuchania płyty The Works - Emerson, Lake & Palmer. Pomimo tego, że jestem fanem EL&P. Pierwsze 4 albumy baaardzo szanuję i lubię to zwyczajnie nie byłem w stanie słuchać wczoraj ich "Dzieł" z 1977 roku.

Zdjąłem słuchawki, przebiegłem kilometr w ciszy. Założyłem je ponownie. Wybrałem z listy: Sex Pistols - Never Mind The Bollocks. 

Kiedy membrany moich Grado zadudniły w rytm Holidays in the Sun a Johnny Rotten zaczął śpiewać tą swoją punkrockową manierą pomyślałem jedno:

- FUCK YEAH!

I zrozumiałem. Chyba dopiero wczoraj zrozumiałem fenomen punkrocka. To musiał być rok 1977. W żadnym innym roku to nie miało prawa się wydarzyć.

KONIEC.