wtorek, 19 lutego 2019

Altra Escalante - recenzja butów do biegania


To nie są zwyczajne buty do biegania. Ciężko jest je kupić w zwykłych sklepach sportowych. To buty z pewną legendą, ale też i misją. Ciężko jest też je ujrzeć na stopach przypadkowych osób, bo wejście w ich posiadanie to najczęściej świadomy wybór.

Idąc ulicą spotykasz mnóstwo osób w butach od Adidasa, Nike czy New Balance, ale nie oznacza to od razu, że są biegaczami. Kiedy jednak trafiasz na osobę w Altrach wiesz od razu, że należycie to tego samego, tajemnego klubu: klubu biegaczy poszukujących.

I takie jest właśnie pierwsze wrażenie. Transfer wizerunku następuje zanim jeszcze złożysz je na stopy.

Ale to prawdziwe pierwsze wrażenie uderza cię w bok głowy, gdzieś obok błędnika, kiedy już zdecydujesz się je ubrać. Świat wali się w tył. Jesteś przyzwyczajony do buta, w którym odpadasz do przodu, a tutaj przez pierwsze sekundy musisz przeprogramować się aby nie upaść w tył.



Wszystkich najważniejszych cech doświadczasz praktycznie od razu:
  • zerowy drop
  • lekkość
  • miękkość i elastyczność podeszwy
  • amortyzacja na całej powierzchni
  • minimalna stabilizacja
  • szerokość w palcach
  • miękki zapiętek

Wielu z tych cech szukałem od dawna i różne ich kombinacje znajdowałem w innych modelach innych marek. Ale nigdzie wszystkie na raz.

niedziela, 17 lutego 2019

FD7 - El Cotillo --> Majanicho

Pisałem kilka dni temu, że na długie wybiegania na wakacjach to kwestia priorytetów. Zaś krótkie wybiegania to kwestia elastyczności. Czy lepiej jest zrobić mniej krótkich czy więcej długich? To już kwestia indywidualna. Inna rzecz, to czy 15 km w niedzielę można nazwać długim wybieganiem? Brzmi mi w głowie cały czas echo jednego z wpisów Porannego Biegacza, który oznajmił, że nie będzie robił długich wybiegań w ramach przygotowań do maratonu, bo są to jednostki treningowe, które zżerają zbyt dużo sił (i czasu!) na regenerację.


No ale jak zwiedzać świat bez długich wybiegań? Można robić albo pętle, albo wahadło albo...  oznajmić żonie otrzepując nogi z piasku po godzinie na plaży:

- To może ty byś z dzieciakami pojechała samochodem drogą, a ja dobiegnę te 15 km plażą? 


sobota, 16 lutego 2019

FD6 - Wiewiórki i słuchawki

Fuerteventura Dzień 6 - tytuł oczywiście nawiązuje do dzisiejszego wpisu Adama 2h59min. Wiosna przyszła do Gdańska. Można nawet znaleźć pewne analogie do Fuerteventury. Bo dziś też przyszła do nas wiosna. Zamiast 26 stopni było ledwie 21. Dziś 6-ty dzień zimowych ferii. Wstałem tradycyjnie przed wschodem słońca, ale... coś mnie zblokowało aby iść z rana pobiegać. Zamiast tego przygotowałem ciasto na naleśniki i posiedziałem tępo przy kompie. Potem jedliśmy śniadanie, które przeciągnęło się na tyle długo, że zgłodnieliśmy na II śniadanie...

W końcu około 13-tej wybraliśmy się na rodzinne wejście na wygasły wulkan Calderon Hondo, bez lejącej się lawy, ale atrakcje uratowały dzieciakom wiewiórki...


Wziąłem wiec 3-kę na barki, ręce i plecy i ruszyliśmy. Warto było kiedyś być grubym. Poczułem się jak stary-ja. :)

Rok 1977 cz. 2

c.d.

Televison - Marquee Moon. Ta płyta przyszła na świat dokładnie tego samego dnia co ja. 8 lutego 1977. Czy żyjąc w roku 1977 i będąc poszukującym nastolatkiem poszedłbym tego dnia do sklepu i kupił winyl tej grupy? Może tak by było, może w ramach urodzinowego prezentu wyszedłbym ze sklepu muzycznego w Nowym Jorku (zakładając optymistycznie, że mieszkałbym w Nowym Jorku) z debiutem nikomu na świcie nie znanej kapeli. W tym czasie woda w garnku, w którym miał ugotować się punkrock miała już 99 stopni Celsjusza i lada moment miała zacząć wrzeć. Czy można Television nazwać grupą punkrocową? Niektórzy tak robią, ale wtedy trzeba by również punkrockiem nazwać muzykę Patti Smith (niektórzy też to robią). Lider Television - Paul Verlaine kilka lat wcześniej współpracował z Patti przy realizacji jej singla. Może właśnie dlatego w debiucie jego własnego zespołu jest tylko poetyki. Kończący płytę Torn Curtain brzmi tak, że wystarczy zamknąć oczy i nawet wokal zaczyna przypominać Patti :)

 W 1977 roku mamy ciągle luty, w poprzedniej części opowieści napisałem, że ten rok będzie pogromem dinozaurów, ale jeszcze nic tego nie zapowiada. Jethro Tull to jeden z tych zespołów starej gwardii, który także wydał fantastyczny album. Pieśni z lasu, od kiedy tylko je poznałem, na początku liceum, wydawał mi się bardzo bliskim albumem. No bo ja sam byłem taki trochę "z lasu", ze wsi pod Gdańskiem. Piosenki na tej płycie są z jedne strony ciągle rockiem progresywnym pomieszanym z folkiem - jak całe Jetrhro Tull, ale wciąż takie bliskie, swojskie, bezpretensjonalne.



Na dwa kolejne albumy z lutego 1977 wybrałem się do ciepłych krajów. Okładka debiutu Petera Gabriela pasowała tutaj jak pięść do nosa. Biegłem wysuszoną drogą powstałą z czarnych wulkanicznych skał i piasku Sahary. Ten pokryty deszczem samochód na okładce bardziej przywoływał wczorajszy dzień anglików w hotelu... Biegłem, patrzyłem w prawo na fale Atlantyku i śpiewałem razem z Peterem: "Lord, here comes the flood!". Ale jak przyjąłbym ten album w 1977 roku? To przecież pierwsza płyta Gabriela po apogeum złotego składu Genesis - Lamb Lies Down On Broadway. Ale na tej płycie Gabriel jest w rozkroku pomiędzy starym progresywnym Genesis a czymś o czym wtedy, w 1977 roku jeszcze nie wiemy - czymś, z czego zrodzi się "własny styl Petera Gabriela", który eksploduje dopiero na 4 i 5 płycie. Ale wtedy w 1977 roku pewnie byłbym rozczarowany. Zamiast koncept albumu dostałbym zbiór różnych piosenek.

Nie wiem, czy wtedy, w 1977 roku zwróciłbym uwagę na ten album. Czy przyciągnął by moją uwagę przebój Cold As Ice, który brzmi zupełnie tak samo jakby wyszedł spod pióra grupy Supertramp? Jeżeli już, to sięgnąłbym po debiut Foreignner ze względu na jednego z dwóch współzałożycieli grupy: Iana McDonalda. To przecież człowiek, który był członkiem PIERWSZEGO składu King Crimson i nagrał z Frippem słynny In The Court of th Crimson King.

Dziś ta płyta mi się podoba. Brzmi jak mieszanka wspomnianego Supertramp, The Alan Parsons Project, Ala Stewarta - z drugiej strony jest trochę brzmienia Free czy Bad Company zmieszanego z amerykańskim luzem. Ale wtedy w 1977 podejrzewam, że byłbym bardzo kategoryczny i mógłbym bardzo szybko zaszufladkować ten album jako zwykły pop. Na szczęście 42 lata później nogi same rwą się biegu przy Starrider.

c.d.n.

piątek, 15 lutego 2019

FD5 - Lemury i psy

Fuerteventura dzień 5. Dziś nic się nie wydarzyło. Robię ten wpis tylko dla ciągłości pamiętnika.

Nazwa Wysp Kanaryjskich nie pochodzi od kanarków. Wręcz przeciwnie, to kanarki wzięły nazwę od wysp. Wyspy Kanaryjskie to wyspy psie. Od psów ("canis") , których dzikie hordy biegały po nich od niepamiętnych czasów. Czy to dobry omen dla biegacza?


Mniej więcej co drugie bieganie po wyspie kończy się spotkaniem z psem. Oczywiście nie są to dzikie hordy bezpańskich psów, ale udomowieni przyjaciele surferów z kamperów. Mimo to, kiedy przebiegam obok kampera zaciągając się rozwiewanym przez wiatr dymem z marihuany (dwa razy ewidentnie czułem) a pies robi względem mnie pokojowe "hau, peace & hau" to nie czuję się zbyt pewnie. Powtarzam  sobie w głowie - "to są wyspy psie" i biegnę dalej.

Fuerteventura D4 - Calderon Hondo i Ajua!


Walentynki. To święto, które obchodzę każdego dnia w roku :) Dziś obudziłem się w okolicach świtu, wypiłem kawę i podjechałem pod jeden z bardziej polecanych szczytów na Furcie - Calderon Hondo. To wygasły wulkan, który dzieli od asfaltu ledwie 3 km biegu (marszu? wspinaczki?) ale krajobraz, który roztacza się po obu jego stronach jest opisywany w samych superlatywach na tripadvisorze.

środa, 13 lutego 2019

Fuerteventura dzień trzeci - biegowa palma



26 stopni w lutym to chyba anomalia nawet jak na ten równoleżnik. Trzeci dzień upałów. Poranek rozpocząłem tradycyjnie. Pobudka, rzut oka na świt za oknem nad wygasłymi wulkanami, czarna kawa i krótkie bieganie. Dziś pobiegłem tą samą ścieżką co wczoraj rano, ale aby nie tracić cennych kilometrów na dobiegnięcie z domku - podjechałem samochodem do samej linii oceanu.

W przypadku niektórych ścieżek bieganie nimi po raz kolejny jest jak sięganie po kolejną kostkę ptasiego mleczka. Niby wiesz jak smakuje, ale nie potrafisz się opanować. Tak samo mnie dziś rano cieszyła ta sama ścieżka co wczoraj.


Tylko trochę bardziej wiało. Niestety dowiedziałem się o tym dopiero kiedy po 3.5 km zawróciłem. Bo biegnąc na południe po prostu wiało mi w plecy :) Poza tym dzień jak każdy inny: surferzy podjeżdżają swoimi kamperami, stoją w piankach ubranych do połowy, do połowy nadzy, młodzi i starzy, wszyscy szczęśliwi z twarzy. Mam wrażenie, że kilku z nich widziałem wczoraj, pozdrawiamy się dłuższym spojrzeniem zakończonym porozumiewawczym uśmiechem...

NAGLE:

wtorek, 12 lutego 2019

Fuerteventura - dzień drugi.


Fajnie się wymyślało alternatywne tytuły do postów Porannego Biegacza z Iten, ale względem samego siebie dystans jest zbyt mały i łatwiej napisać zachowawcze "dzień drugi" zamiast poetyzować pomiędzy Mickiewiczem a Misiem.


Miś jest tutaj całkiem na miejscu. Bo najpierw opisałem to zdjęcie na Insta, że to plaża miejska w Katowicach, a przy kolejnym, gdzie chełpiłem się przebiegniętymi ponad 13 kilometrami w godzinę Adam Baranowski znów zapytał o węgiel. Odpisałem mu taką trawestacją: "Ten rekord nie wziął się z nikąd, lecz z dumy i trudu, ze znoju codziennej pracy, ze stali, z żelaza, z węgla. A węgiel to koks, to antracyt."


Jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że na feriach na Fuerteventurze pobiegnę pewnie symboliczne jeden raz. Bo wiadomo - czynniki wyższe. Jak jedziesz z rodziną i jesteś odpowiedzialny za fajnie spędzony czas to nie możesz biegać maratonów. I chyba w tym ostatnim słowie jest klucz. 

poniedziałek, 11 lutego 2019

Przyjechałem na Fuertę i się zdziwiłem


42 lata to ten moment w życiu, kiedy jeszcze wszystko przyspiesza, ale wewnętrzny głos coraz częściej mówi "zwolnij". Ferie planowane niby na spokojnie w październiku, ale realizowane w lutym: urodziny, parkrun, Chojnice, Berlin, pobudka, deszcz ze śniegiem, Lauda Air, 4 godziny, bagaże, rent a car.... i ten moment... Trójka dzieci na tylnej kanapie, obok siedzi moja laska, odpalam auto, ruszam.... i wtedy czuję wolność, wakacje, spokój. Uwielbiam prowadzić samochód w miejscach, których nie znam. To jest magiczna mieszanka ekscytacji i jednocześnie wyciszenia. Teoretycznie wiesz dokąd zmierzasz, ale praktycznie nie masz pojęcia. 


sobota, 9 lutego 2019

Algorytm newsfeeda Endomondo sam wybiera aktywności do wyświetlenia

- Ej, czemu ostatnio nie biegasz?
- No jak!? Przecież wczoraj biegałem!
- No ale nie wrzuciłeś na endo.
- Pewnie, że wrzuciłem! 
- No to musiałem nie zauważyć...


Ostatnio przeprowadziłem kilka podobnie brzmiących dialogów jak ten powyższy. Za którymś razem zorientowałem się, że to nie moja spostrzegawczość szwankowała, ale pewne aktywności moich znajomych nie pokazywały się na newsfeedzie endomondo. Zarówno w apce na telefonie jak i na komputerze.

parkrun Gdańsk Poludnie #135 - Master of Chaos


Taki tytuł przyszedł mi do głowy, kiedy patrzyłem jak Natalia Piórkowska na mecie dzisiejszego parkruna wyciąga z plecaka swój własny kubeczek (aby nie zużywać jednorazowych) nalewa sobie z pietyzmem do pełna owocowej herbatki z termosu i ...

- TO JEST JAKIŚ PONCZ!!! - wydaje z siebie okrzyk zdziwienia po umoczeniu ust!

A ja patrzę się z boku i cieszę w głębi duszy zupełnie tak samo, jak wtedy kiedy w restauracji podmieniam nakrętki soli i pieprzu. Czuję się jak master of chaos :)

A ostrzegałem! Zaraz po przemówieniu Tobiasza na starcie powiedziałem w kilku słowach, że nie ma herbaty w termosie, ale jest grzaniec z wczoraj. Było widać kto słuchał :)

42 kilometry na 42-gie urodziny


"A w urodziny to pobiegnę tyle km ile mam lat!" - kto z nas nie robił sobie takich postanowień. Ja robiłem tak zarówno rok temu, jak i dwa, trzy, cztery.... siedem lat temu. Ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Bo trzeba było organizować imprezkę, bo wypadało w dzień pracujący, bo to czy tamto. I jakoś nigdy nie udało mi się sprawić sobie tego najlepszego dla biegacza prezentu właśnie w ten dzień.

Do wczoraj. Bo wczoraj miałem swoją najbardziej okrągłą rocznicę. 42 lata życia minęły jak 42 kilometry maratonu. 8 lutego. Mój dzień. 

środa, 6 lutego 2019

Rok 1977 cz. 1

Cofnijmy się okrągłą maratońską liczbę lat temu. Do roku 1977. Dinozaury muzyczne zginęły w deszczu meteorytów. Zginęły w męczarniach. Niektóre bezgłośnie, a niektóre wydały płyty z jękami agonii. Rok 1977 przedstawia poniższe zdjęcie.


W roku 1977 urodziłem się także ja. Przez długie lata miałem z tym problem, że ani jedna genialna płyta, z którą mógłbym się utożsamiać nie ukazała się w 1977. Ale dwa lata temu (z okazji 40-tki) rozpocząłem swój mały paranoiczny projekcik, aby posłuchać każdej płyty jaka ukazała się w 1977 roku. Sporo z nich kupiłem, oczywiście na winylach, bo taki nośnik jeszcze wtedy królował. Wiadomo, że nie posłuchałem każdej, ale naprawdę dużo.

Pamiętam jak właśnie dwa lata temu opowiadałem o tym Dominikowi biegnąc nad morze, że otwierają mi się oczy, że coś, co przez lata oceniałem jako rzeź dinozaurów było tak naprawdę drugimi narodzinami rewolucji w muzyce. I nie mam na myśli punk-rocka. Bo punk, to było tylko narzędzie w rękach pierwszego szeregu rewolucji. Zaś na spalonej ziemi pozostał jedyny w swoim rodzaju krajobraz łączący stare z nowym. Bez żadnej dominacji, na absolutnie równych prawach...

Taki rok jak 1977 nastąpił potem jeszcze tylko jeden raz. 14 lat później.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Plan na wiosnę

Patrzę na moich biegowych znajomych z pewną zazdrością. Każdy z nich szykuje swój plan na tę wiosnę. Niektórzy już go realizują. Ja jakoś nie potrafię oprzeć się na planach. Uciekam nawet od stworzenia takiego własnego, tylko dla mnie. Po prostu ustawiam sobie poprzeczki z marzeniami i z gniewną miną do nich gonię. Ale moja pogoń za marzeniami dużo bardziej przypomina szukanie punktów w biegu na orientację niż wyciskanie potu z tartanu na 400-metrowej bieżni.


Z jednej strony chciałbym mieć plan, ale z drugiej boję się go mieć. Nie jestem zachowawczy. Nie chodzi o to, żeby potem się wycofać i mówić, że nic się nie stało. Nie mam problemów aby bezrefleksyjnie podzielić się marzeniami na najbliższe pół roku. Proszę bardzo: złamać 19 minut na 5 km, złamać 40 min na 10 km, pobiec maraton z balonikami na 3:15 i przybiec przed nimi. No i jeszcze Rzeźnik... tutaj ciężko określić czas, ale ambitnym celem będzie znaleźć się w 20% pierwszych par na mecie. Cele są coraz bardziej ambitne i być może ostatnie, które mogą przyjść ze zwykłego biegania, z trenowania bez planu, z marszu.

sobota, 2 lutego 2019

Buty do biegania z małą stabilizacją - ewolucja oczekiwań


Przez ostatnie pół roku kupiłem prawie tyle butów do biegania, co przez poprzednie 6 lat... Ponieważ kiedyś przyjąłem zasadę, że pełną recenzję butów robię dopiero wtedy, kiedy je wyrzucam, mógłbym przez kilka kolejnych lat nic o butach nie pisać... Ale!

  • Mam taki styl biegania, że nie niszczę butów, więc wyrzucam je dopiero wtedy gdy mają przynajmniej 2k km. Choć i wtedy nie wyrzucam, a po prostu oddaję na drugie życie do tzw "pracy w polu". 
  • Nigdy nie reklamowałem butów, bo (patrz punkt poprzedni)
  • W mojej głowie przez ostatnie miesiące nastąpiła nie ewolucja, a tsunami postrzegania butów do biegania.
  • Kilka tygodni temu kupiłem na wyprzedażach dwie pary (Adidas, Puma) a kilka miesięcy wcześniej jeszcze inne dwie pary (Altra, New Balance)
  • Taka sytuacja, że idąc pobiegać mam 4 różne pary do wyboru nie zdarzyła się w moim ascetycznym życiu jeszcze nigdy.

parkrun Gdańsk Poludnie #134 - Gwiazdy tańczą na lodzie


62 uczestników dzisiejszego parkruna i 62 życiówki! Wszyscy wystąpili w nowej kategorii - taniec na lodzie na trasie popularnego biegu parkrun. Wszyscy w pięknym stylu i wyjątkowo docenieni przez jury.

A zaczęło się tradycyjnie tak: