niedziela, 10 maja 2015

Witunia #268



Wczoraj napisałem na FB chwilę po zakończeniu #268 Maratonu z Rysiem w Wituni, że to moje pierwsze zawody od 25 lat, które wygrałem. Oczywiście z dużym przymrużeniem oka :) 366 maratonów w 366 dni to projekt, który ma dużo więcej z towarzyskiego biegania niż bicia rekordów szybkości i ściganiu się na pojedynczych dystansach. Cel jest tutaj tylko i wyłącznie jeden: Rysiu bije rekord Guinnessa. Biega maraton każdego dnia począwszy od 15 sierpnia 2014. Zostało już mniej niż 100 maratonów. Podobno z górki. "Ludzie mówią, że z górki, tylko tego zbiegu jakoś nie widać" - podsumowuje sam Rysiu.

Aby rekord był zaliczony, biegi muszą być oficjalne. I tak właśnie jest. Trasa jest atestowana przez PZLA. Biegniemy 5 pełnych i jedno niepełne kółko dookoła Wituni. Jest biuro zawodów, wydawane są numery startowe, a wyniki są oficjalnie mierzone i wysyłane do PZLA. Najczęściej z Rysiem biega kilka osób, w weekendy kilkanaście. Dosłownie dwa bądź trzy razy zdarzyło się, że nasz Rekordzista biegł sam. Do tej pory biegło tutaj prawie 400 osób. Ale rzadko kiedy ktoś się ściga, choć zdarzają się wyniki poniżej 3h. Głównym celem jest jednak wspomaganie Rysia w tym wyczynie, a przy okazji mamy szansę na poznanie i porozmawianie z ludźmi bardzo zakręconymi na punkcie biegania.

W tych okolicznościach "wygranie" zawodów to oczywiście stwierdzenie powiedziane pół-żartem. Ale nawet traktowane z przymrużeniem oka, to fajne uczucie, no i nie obyło się bez "przypadkowej" walki.

To moja czwarta wizyta w Wituni. Tym razem nie spóźniłem się na start. Miałem nawet spory zapas. Miło się zrobiło na samym początku. Rysiu mnie poznał - co więcej pamiętał aby pozdrowić moich Teściów w Chojnicach :) Pamiątkowe zdjęcie i wystartowaliśmy. Pierwsze dwa kółka biegniemy razem, w komplecie. Rozmawiamy. Zdradzę może mały sekret, ale na Węgrzech właśnie odbywa się 6-dniowy bieg ultra. Jeszcze nigdy nie wziął w nim udziału żaden Polak. W przyszłym roku może się to zmienić :)

Pogoda jest duszna. Cały czas zanosi się na deszcz, który ostatecznie nie spadł w trakcie biegu. Na asfaltowej części okrążenia powietrze stoi i czuć tylko rzepak, który przepięknie rozkwitł na żółto. Na części szutrowo-piaskowej lekko wieje. Całe szczęście, bo dzięki temu kurz z od czasu do czasu mijających nas samochodów szybko się rozwiewa. Niby tylko 17 stopni, ale wrażenie jakbyśmy biegli w tropiku. Jak mówi Rysiu - początek maja to właśnie taki moment, kiedy jest już ciepło, ale organizm kompletnie nie jest do tego przyzwyczajony. Za dwa miesiące temperatura wyższa nawet o kolejne 10 stopni nie powinna sprawiać problemów.

Na trzecim kółku odłączam się od grupy na punkcie żywieniowym i posiliwszy się bananem ruszam minutę przed nimi. Trochę byłem zdziwiony, że przez kolejne 15 kilometrów nikt mnie nie dogonił. Włączyłem sobie Bitches Brew - Milesa Davisa, ale kompletnie mi ta muzyka nie wchodziła. Po 40 minutach zmieniłem na koncert Allman Brothers Band - At Fillmore East. Klimat amerykańskiej prerii, ten pył i kurz, który jest muzyce Allmanów, country-blues i dłuuuugie improwizacje doskonale komponowały się z wiejskim klimatem Wituni. I tak niesiony tą muzyką dotarłem do 35 kilometra. Biegłem spokojnie, w przedziale 6:00-6:15 min/km. Co 7 km coś podjadałem i popijałem. Luzik i relaks. Nikogo nie widziałem za plecami i nawet żartobliwe głosy w mojej głowie śmiały się, że jeszcze 7 km i wygram zawody ! ;) Ale przedostatnią "górkę" na trasie, tę między biurem zawodów a belami słomy w punkcie startu stwierdziłem, że przemaszeruję. Tak jakby skończył się luzik i relaks i bardzo przestało mi się chcieć biegać. 

I wtedy NAGLE za moimi plecami, jakieś 100 metrów, zobaczyłem kątem oka zieloną, jaskrawą koszulkę biegacza. Nieeeee. Zdążyłem się już przyzwyczaić do mojego pierwszego miejsca w #268 maratonie Witunia a tu taka niespodzianka. Mimo, że wydawało mi się, że naprawdę nie mam już sił to przymknąłem oczy i zacząłem biegnąć. To był akurat ten fragment asfaltu ze stojącym powietrzem. Było po 19-tej, ale wciąż było parno. Pot ponownie pojawił się na czole. Zamknąłem oczy na tyle, że w cienkim na ułamek milimetra prześwicie miedzy powiekami, poprzez sklejone rzęsy, widziałem jedynie 30 centymetrów drogi pod nogami. Nie wiem czy było pod górkę czy z górki. Całkowicie wyłączyłem myślenie i analizowanie. Po prostu biegłem. 36... 37... 38... 39... Wpadłem na szutrową dróżkę. Jeszcze tylko jeden zakręt, 2 km po piasku i będę na mecie. Cały czas słyszę odgłosy kroków tuż na za mną.

Pamiętacie występ Scotta Jurka w Spartaklonie? Wtedy, kiedy po 200 km biegu pewien miejscowy amator wszedł na trasę i zaczął go gonić, a Jurek myśląc, że to biegnący na drugim miejscu Piotr Kuryło przełamał kryzys i właśnie go dogania - rozpoczął szaleńczą ucieczkę? Wiem, że to jak porównanie żółwia z antylopą, ale poczułem się jak Jurek. Tym bardziej, kiedy na 39 km ów biegacz, który mnie wreszcie doszedł powiedział, że biegnie dziś tylko treningowe dwa kółka :)))

Ostatecznie doszarpałem prowadzenie do końca. Przybiegłem z czasem 4h 41m :) Proszę nie komentować rezultatu :) Naprawdę ostatnie kółko mnie wypompowało i dziś rano obudziłem się w gorszym stanie niż po 64 km na Mnichu w górach :) Rysiu z ekipą  przybyli 8 minut później.

Endorfiny poziom max. Bo biegu w Wituni człowiek zaczyna wierzyć, że świat jest piękny a ludzie dobrzy. Biegałem tutaj jesienią, biegałem zimą, (w Święta i w Trzech Króli) teraz biegałem wiosną. Będę biegał i latem. To co robi Rysiu to nasza narodowa epopeja. Powinien dostać za to Nobla jak Reymont za Chłopów. Trzymajmy wszyscy bardzo mocno kciuki!!! Tak mocno, aby w końcu zobaczył, że to już naprawdę z górki!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podobne wpisy