środa, 28 października 2015

Łemkowyna Ultra Trail 150 - relacja z wyprawy


Wrzuć do garnka z błotem pół worka halucynacji, przypraw kłaczkiem z sierści niedźwiedzia, dorzuć trochę słońca, trochę wichury i dwadzieścia garści nocy, na oknie postaw zapalony znicz i zaproś do stołu trupę cyrkowców rodem z Toda Browninga. Panie i Panowie, tak smakuje Łemkowyna 150.

sobota, 17 października 2015

O tym jak zrobiłem Dominika w jajo


Ze snu wyrwał mnie dzwonek domofonu. Jeden sygnał. Zerwałem się z łóżka. Była godzina 7:07. Myśli skłębiły mi się w głowie. Pobiegłem do okna, na dole stał Dominik z plecaczkiem, gotowy do biegu nad morze i z powrotem. Jakieś 30 km. Tyle, że wczoraj poczułem, że mam już w tym tygodniu 40 km i nie koniecznie rozsądne będzie dokręcanie kolejnych 30 km na 7 dni przed startem sezonu... ba... startem życia - Łemkowyną Ultra Trail 150. Niestety nie byłem precyzyjny w komunikacji i bardzo na okrętkę chciałem się wyłgać z porannego biegu.

Na co dzień nie używam budzika. Może to głupie, ale jakieś 30 lat temu przeczytałem w jakiejś książce, że w nocy nasze ciała astralne podróżują poza ciałami fizycznymi i dźwięk budzika jest jak ukręcanie głów małym żółtym kurczaczkom. Staram się przewidywać ile snu potrzebuję i kładę się spać tak, aby bezstresowo obudzić się o wymaganej godzinie. Wyjątek stanowią tylko sytuacje "życia i śmierci".  No ale dziś moje ciało fizyczne zostało obudzone zanim astralne wróciło do doczesnej powłoki i jak zombie bez duszy otworzyło okno krzycząc pełne pogardy słowa:

- "Czemu mnie k*** budzisz o 7-mej?!?!"
- "Bo umówiliśmy się na bieganie?" - odpowiedział Dominik

czwartek, 8 października 2015

All The Pretty Little Horses

Hush-a-bye, don't you cry
Go to sleepy, little baby
When you wake, you shall have
All the pretty little horses


W środę 7 października 2015 roku o godzinie 13:15 przyszedł na świat mój syn. Kilka godzin wcześniej jeździłem między jednym a drugim służbowym spotkaniem po Trójmieście i na pełny regulator w samochodzie słuchałem The Final Cut - Pink Floyd śpiewając każde słowo razem z Rogerem Watersem. Najważniejsza płyta w moim życiu. Płyta o bezsensowności wojen na świecie. W latach 80-tych, kiedy gorący był spór o Falklandy, Waters muzycznie i tekstowo składał hołd swojemu ojcu, który zginął w jednej z bitew II WW. Myślałem wtedy, że to niezwykle fatalny splot okoliczności - mieć takiego syna jak Roger Waters - największy geniusz muzyczny drugiej połowy ubiegłego stulecia - i nigdy go nie poznać. 

Chwilę później trzymałem swojego syna na rękach. To moje trzecie dziecko. Emocje są dokładnie takie same jak za pierwszym i drugim razem. Nie ma rutyny w tym temacie. Za każdym razem, zarówno 8 i 5 lat temu trzymając na rękach moje cudowne córki, jak i wczoraj w głowie kłębiły się setki myśli, nie byłem w stanie ich wysłowić, ale wyrzucałem z siebie telepatycznie chmury energii. Na początku tradycyjna checklista. Palce są - po pięć na każdej kończynie. Nos jest, uszy są. Oczy się otwierają. Płacze, czyli oddycha, więc dobrze. Lekarza zapytałem krótkim "Wszystko OK?" - "OK" - odpowiedział. I wtedy wyleciała że mnie ta telepatyczna chmura energii: Bądź szczęśliwy! Po prostu bądź szczęśliwy! 

Dzisiaj udało mi się cudem wygenerować w planie dnia pomiędzy szkołą, zerówką, pracą i szpitalem godzinkę na bieganie. Płyta, którą ze sobą wziąłem wpadła w moje ręce bez chwili zastanowienia. Current 93 - All The Pretty Little Horses. W zeszłym roku spełniłem swoje marzenie i widziałem C93 na żywo w swoje urodziny (tego samego dnia kiedy biegłem parkrun w Bushy Parku). Jak biegać w taki dzień? Chyba jedynym sensownym rozwiązaniem jest fartlek. Czasem spokojnie w tempie 6 min/km a potem spontanicznie, nagle kilometr w tempie pod 4 min/km. Czas zleciał szybko, choć mógłbym tak biegać godzinami.

Witaj na świecie Ksawery!


Kołysanka dla Ciebie:

środa, 7 października 2015

Test słuchawek - Superlux HD 681


Superlux to firma z Tajwanu. W sumie to nic dziwnego, w końcu zdecydowana większość sprzętu elektronicznego jest produkowana na wschodzie. Tamtejsze firmy nawet jeżeli jeszcze nie są tak dobre jak te z europejskimi, amerykańskimi lub japońskimi korzeniami to z pewnością będą. A może już są?

Słuchawki Superluxa obserwowałem od jakiegoś czasu. Czytałem o nich w necie, choć jest to niebywale trudne. Mam na myśli wyłuskiwanie z ogromu internetu sensownych opinii i przykładanie im odpowiedniej wagi celem osiągnięcia pewnej średniej. A sensownych opinii nie ma. Wszystkie opinie, wszystkie wpisy na blogach mają konsystencję owsianki. Albo są totalnie nijakie i za wszelką cenę chcą zachować fałszywą obiektywność poprzez schlebianie. Albo są recenzjami popkulturowymi czyli kładą nacisk na zdjęcia i wygodę noszenia + banalny przedruk parametrów. Paradoksalnie im więcej na temat danego produktu się piszę - tym mniej o nim naprawdę wiemy.

niedziela, 4 października 2015

Fragmenty "Bursztynowego Szlaku", dwa jajka na boczku i "kac cukrowy" Dominika


Bursztynowy Szlak - oznaczony na żółto, to nasza rutynowa trasa, często wplatamy jej fragmenty w biegi po drugiej stronie obwodnicy. W całości biegnie od jeziora Otomińskiego przez pradawną kopalnię bursztynu do Raduni, a następnie wzdłuż rzeki w górę jej biegu do Kolbud, oraz powrót drugą stroną do Pruszczańskiej Faktorii. Całość to 36 km. Fajny dystans na niedzielne wybieganie, ale aby dotrzeć na start i jakoś wrócić z Pruszcza - robi się ponad 50 km. Za dużo - jeżeli obiecało się powrót do domu w okolicach 9:00 rano.

Plany na niedzielę zazwyczaj powstają w sobotę wieczorem. Są odruchowe i odważne. Mam na myśli odwagę w postaci budzika nastawionego na 6:00 rano. Gdybym miał wstać sam dla siebie - drzemka byłaby opcją. Kiedy wiem, że o 6:30 umówiłem się pod blokiem z Dominikiem - opcji takiej już nie ma.

Stasiu w pracy, leży na plaży na brzuchu i robi odwierty w piasku. Michał był na weselu, obietnice składał, ale obserwując face'a Ewy (małżonki Michała) i jej relację z postępów imprezy byłem raczej pewny, że w niedzielę wybiegniemy tylko we dwóch z Dominikiem. Nie każdy ma charakter zdolny do Kac Kwidzyn ;)

piątek, 2 października 2015

ŁUT 150 - Suma moich nadziei


Wczoraj pisałem o strachach związanych ze 150 kilometrowym biegiem Łemkowyna Ultra Trail. Dzisiaj o tym, dlaczego wierzę, że to się uda, choć statystyka przemawia raczej na niekorzyść, bo ze 150 osób rok temu bieg ukończyła ledwie połowa.

czwartek, 1 października 2015

ŁUT 150 - Suma moich strachów


Chcę sporządzić listę swoich strachów przed największym biegowym wyzwaniem jakie czeka mnie za trzy tygodnie. Strachów jest dużo, a ja cały czas zastanawiam się czy zasypać je piaskiem i jakoś to będzie, a może po prostu wyartykułować. Czy ten, który o nich pisze staje się przez to słabszy czy silniejszy?

Łemkowyna Ultra Trail. Najdłuższa trasa. 150 kilometrów Szlakiem Beskidzkim z Krynicy Górskiej do Komańczy. 5500 metrów w górę i podobnie w dół. Start o północy i dwie noce na szlaku. Sumując wszystkie parametry takie jak dystans, pora roku i pogoda, teren oraz relacje tych, którzy dobrnęli do mety rok temu - ten bieg jawi się jako najtrudniejszy bieg ultra w Polsce. A ja jestem tylko amatorem z drugiej części stawki.