wtorek, 28 października 2014

Łemkowyna Ultra Trail 70 - relacja z wyprawy


Dla mnie i ekipy z Gdańska bieg w górach to nie jest tylko bieg - to wielka wyprawa. Jesteśmy facetami pomiędzy 30-tką a 40-tką i od dawna nie żyjemy już w studenckich czasach, gdzie każdy dzień był przygodą i fajnie było zasypiać w innym miejscu niż się obudziło. W Trójmieście biegamy wieczorami albo wcześnie rano. Na taki wyjazd logistycznie możemy sobie pozwolić 2-4 razy w roku. Tym bardziej precyzyjnie wybieraliśmy nasz debiut w górskim biegu ultra. Kilka miesięcy temu rzuciłem hasło: "Panowie, rok temu biegłem Wigry i było świetnie. Ta sama ekipa robi ultra w górach, po Beskidzie Niskim, jedziemy?" Parę dni później Jarek, Dominik, Michał i ja byliśmy już zapisani.

Cieszyliśmy się zbliżającym terminem biegu jak dzieciaki. 10 razy przeglądaliśmy listę obowiązkowego wyposażenia. Noclegi w Chyrowa Ski czekały na nasze przybycie (zarezerwowany ostatni wolny pokój!). W środę Michał napisał, czemu jutro nie jest piątek... Przeczekaliśmy jednak jeszcze jakoś czwartek i w piątek o 5:00 rano zadzwonił budzik! Yeah! Przygoda się zaczyna. Nie spałem już od pół godziny!

Jeszcze nigdy wcześniej nie byłem do żadnego wyjazdu tak przygotowany. Zawsze wszystko robiłem na ostatnią chwilę a tutaj praktycznie pozostało mi tylko ubrać się, zjeść śniadanie, ucałować dzieci i żonę na do widzenia, obiecać im, że naprawdę będę uważał na niedźwiedzia, chwycić rzeczy w ręce i zejść do samochodu. Podjechałem po Dominika i Jarka. 15 minut później zgarnęliśmy Michała i rozpoczęliśmy drogę na południe. Trasa szła szybko, autostrada A1 potrafi zmienić życie. Kiedyś wyjazd z Gdańska w góry samochodem to była masakra. Teraz, na luziku zrobiliśmy ją w niewiele ponad 8 h.

Chyrowa. Piątek. Okolice godziny 15:00. Jesteśmy na miejscu! Wrzucamy rzeczy do pokoju i schodzimy do karczmy na zupę, pizzę i piwo. Jesteśmy jedni z pierwszych. Ale atmosfera już w 100%-tach przedbiegowa. Czuć atmosferę wyczekiwania. Jak przed weselem. A dla niektórych - jak przed nocą poślubną. Zgodnie z zasadami czekając na pizzę ładujemy pierwsze "izotoniki". Głos rozsądku mówi jednak, że to nie jest zwykły piątek. A "schody trzeźwości" mogły być następnego dnia nie do pokonania. Pilnuje nas też Stasiu. No i jeszcze ostrzeżenie organizatorów... że będą alkomaty na starcie :D


Chyrowa. Piątek. Okolice godziny 18:00. W pokoju zamieszanie, chłopaki nerwowo 11 raz sprawdzają czy mają komplet wyposażenia obowiązkowego. Czuję się trochę jak II pilot odrzutowca. Michał odczytuje listę a ja punkt po punkcie sprawdzam zawartość swojego plecaka. Schodzimy na dół do biura zawodów oficjalnie poprosić o pozwolenie na start. Sprawdza nas człowiek później zidentyfikowany jako Pigmej, z którym spędzamy pół następnego pobiegowego wieczoru. Nie ma ściemy. Wykładamy każdy przedmiot z listy na stół. Kurtka musi mieć kaptur, a gwizdek musi gwizdać. Dostajemy numer i chip. A wcześniej łemkowskiego buffa, który mi osobiście sprawił wielką frajdę, bo wydawało mi się, że to nic ponad zbędny gadżet, ale okazał się takim fajnym czapkoszalikiem, że postanowiłem się z nim nie rozstawać przez cały kolejny dzień. Dodatkowo kupuję jeszcze koszulkę. Czuję się jak przed koncertem Metalliki w 1999 w Warszawie.

Czas płynie mimo wszystko powoli. Tak samo powoli sączymy piwo i zamawiamy kolację, rozmawiamy z różnymi osobami, po kolacji wracamy na górę i docelowo pakujemy nasze plecaki. Schodzimy jeszcze z Michałem na drugą część odprawy. Zaczynam czuć się tak jak bohaterowie ultrabiegowych blogów, które czytam. Jak drugoplanowy bohater jednego z rozdziałów książki Scotta Jurka. Jak aktor z prowincji, który zagra epizod w Hollywood.



Ale tak naprawdę kompletnie nie wiem jak mam się czuć. Nie urwałem się z choinki. Biegałem wielokrotnie po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, w którym można zrobić naprawdę przyzwoite przewyższenia. Nie jest to też moja pierwsza przymiarka do biegu 70-kilometrowego. Mam za sobą w tym roku i 80 km w terenie mieszanym i 100 km po płaskim. Wiem co to znaczy kilkanaście godzin na nogach. Ale z drugiej strony NIGDY nie biegałem po prawdziwych górach. Dlatego naprawdę nie wiedziałem jak mam się czuć. Spokój i niepewność mieszały się w mojej głowie falami ciepła i zimna. Uśmiechałem się sam do siebie. Spokój wygrywał.

Chyrowa. Sobota. Godzina 7:00. Stoję na starcie przed Chyrowa Ski. Razem ze mną niespełna 200 innych biegaczy. Nie wziąłem ze sobą aparatu. Celowo nie chciałem rozpraszać się robieniem zdjęć. Inni zrobią je na pewno lepiej. Jest zimno. Temperatura wydaje się być w okolicach zera. Ale nie pada! Padało przez cały poprzedni tydzień. Wiem, że mamy spodziewać się błota. Ale jeszcze nie wiem co to znaczy...  Odliczanie i startujemy. Ustawiam się w 3/4 stawki i spokojnie, leniwie zaczynamy przesuwać się do przodu. Biegniemy 200 metrów asfaltem i chwilę potem wspinamy się na Chyrową. Wszyscy przechodzą do marszu. Do końca nie wiem, czy takie góry się idzie, czy biegnie? Wszyscy idą - idę więc i ja. Pierwszy odcinek do przekroczenia asfaltowej drogi w Nowej Wsi jest po prostu fajny. Na wypłaszczeniach i z górki występują naturalnie znane mi elementy ścigania. Ktoś przyspiesza, ktoś wyprzedza, komuś zależy bardziej niż innemu... normalka. Błoto jest faktycznie ogromne. Cały czas mam nadzieję, że to tylko na tej części trasy, a potem nawierzchnia się zmieni. Głowa pracuje non stop. Kilka tysięcy kroków na godzinę. Nad każdym krokiem musisz myśleć. Gdzie stanąć, jak postawić stopę, jak postawił stopę twój poprzednik i czy to był dobry wybór. Błoto sięga kostek. Nie pozwala przyspieszać na zbiegach tak jak byłoby to możliwe. Co chwila ktoś się wywraca. Ale wywrotka nie jest czymś naturalnym, więc mózg pracuje na najwyższych obrotach, przetwarza informacje na wpół świadomie na wpół intuicyjnie. To był bieg na intelektualnym poziomie hardcore. Jak Senna podczas deszczowego wyścigu w Monaco.  Jak wyłączysz myślenie na ułamek sekundy = leżysz.

Przekraczamy drogę i rozpoczyna się wspinaczka na Cergową. 350 metrów w górę na mniej więcej 2 km. Po kilku minutach zaczynam rozumieć czym różni się bieganie po TPK od biegów górskich... Na szczycie czeka nas jeden z najbardziej mistycznych momentów tego biegu. Powtarza to każdy z kim rozmawiam. Co drugi komentarz na fb dotyczący trasy mówi o szadzi na Cergowej.


Skroplona nocna mgła, albo chmura przechodząca przez szczyt zamarzła na łodygach drzew tworząc małe połączone kryształki lodu. Zawiał wiatr i szadź spadła na nas z drzew razem z fragmentami gałązek. W pierwszym momencie nie wiedziałem o co chodzi? Śnieg? Deszcz ze śniegiem? Nie jest to częste zjawisko w moich stronach dlatego trochę zajęło mi zorientowanie się co to było. Ale było po prostu piękne.

Zbiegając z Cergowej na sekundę wyłączyłem myślenie. Łubudu! Pierwsza kąpiel błotna zaliczona.

fot. Tomek Domin - sevencoins.pl
Na tym dużym czymś w tle podobno byłem. Nie odwracałem się do tyłu, więc nie wiem, czy na pewno :)

Iwonicz Zdrój. Sobota. Okolice godziny 10:00  Kolejne kilometry to całkiem miły zbieg na 22-gi kilometr do pierwszego punktu żywieniowego w Iwoniczu-Zdrój. Uzdrowisko z pijalnią wód. Piękna miejscowość. Szkoda, że nie zrobiłem kilku fotek, ale to był jedyny moment w tym biegu, kiedy można było polecieć z prędkością bliską 5 min/km. Na punkt wpadłem pełen sił i pełen optymizmu. Chwyciłem orzeszki, bułkę z serem i kawę. Uzupełniłem bukłak izotonikiem, posiedziałem 5 minut gryząc orzeszki i marszem ruszyłem w drogę. Wyjąłem komórkę i napisałem sms do żony i dzieciaków, że żyję, że trochę zimno, ale OK. Dostałem taką odpowiedź: "widzimy cię na endo. póki biegniesz dzieci wiedzą, że nie zjadł cię niedźwiedź". Hmmmm no MUSIAŁA mi tego niedźwiedzia przypomnieć! :)


1/3 biegu za mną. Czuję się wyśmienicie. Z jednej strony zaczynam być pewny, że ten bieg skończę. Wyjmuję mapę i przypominam sobie co jeszcze przede mną. Mam 1,5 h zapasu przed limitem czasu. Z drugiej wciąż nie wiem co może się stać. Czy mój organizm nie zareaguje w sposób niespodziewany dla mnie? Czy to już pora na pierwsza tajną broń?

Tajna broń nr 1 - Pink Floyd - The Final Cut
Nigdy nie brałem wcześniej muzyki na zawody. Uwielbiam trenować z muzyką, ale zawody do tej pory robiłem bez niej. Miałem jednak świadomość, że to jest ten moment, ten bieg, gdzie będą długie mozolne, samotne fragmenty, kiedy muzyka pozwoli mi zabić czas i zbliżyć się do mety. The Final Cut to moja absolutnie ulubiona płyta Pink Floyd. Płyta kontrowersyjna, ale przepiękna. Połączenie debiutu w górskim ultra, przyrody, zmęczenia i pink floyd dało mi takiego kopa pewności siebie i oddania się chwili, że przeskoczyłem do kolejnego uzdrowiska - Rymanów Zdrój - dosłownie w jednej sekundzie, albo jednej godzinie. Czas przestał być formą odniesienia. Przestrzeń też przestała być formą odniesienia. Stał się nią ten stan, kreowany przez wszystkie moje zmysły.

Minąłem Rymanów-Zdrój. Kolejne uzdrowisko na trasie. Wstyd się przyznać, ale totalnie się rozkojarzyłem i mimo, że po Floydach nie zostało już nawet echo, zbłądziłem i nadrobiłem jakieś 600 metrów. Ze złej drogi nawrócili mnie starsi Państwo widząc w przerażeniu, że morduję swoje mięśnie kompletnie w złym kierunku. Zawróciłem i widząc perfekcyjne oznaczenie trasy nakazujące skręcić w prawo, które wcześniej minąłem idąc prosto stwierdziłem, że chyba czas na tajną broń nr 2.

Tajna broń nr 2 - King Crimson - Lark's Tongues In Aspic
To była jedyna płyta, której byłem pewny, że zabrzmi w moich uszach tego dnia. Robert Fripp swoją gitarą byłby w stanie podnieść z grobu nieboszczyka i zawlec go do samej Komańczy. Podkręciłem tempo, a może tylko tak mi się wydawało, ale Puławy i punkt żywieniowy na 39 kilometrze stał się zdecydowanie bliższy.

Puławy. Sobota. Okolice godziny 13:00 Mam dwie godziny zapasu przed limitem. Czuję się wciąż świetnie. Uzupełniam izotoniki w bukłaku i próbuję coś zjeść. Do dziś pluję sobie w brodę, że nie spróbowałem zupy dyniowej. Wziąłem żurek i wrzuciłem do niego ziemniaczki. Próbuję jeść, ale nie jestem w stanie. Dziwne... Zmuszam się głową. Przełykam. Patrzę się minutę w milczeniu w ziemię. Zaczyna mi smakować dopiero jak pokarm dociera do żołądka. Zanim tam dojdzie czuję się lekko niebezpiecznie... Idę po dokładkę ziemniaczków. Odpoczywam łącznie 15 minut. Jem bardzo powoli, ale wiem, że muszę. Pogoda jest piękna. Świeci słońce. Jest nawet ciepło. Patrzę na mapę i widzę, że przede mną największe podejście tego dnia. Wychodzę z punktu i piszę kolejnego smsa do rodziny.
Piszę, że widziałem ślady misia na błocie. Naprawdę je widziałem przed Puławami. Piszę, że zjadłem żurek i że żyję i jest ok. Idąc tak i stukając w komórkę jak turysta z miasta mijam o 50 metrów skręt szlaku w prawo. Ale na skraju ulicy i rowu siedzi mała dziewczyna, może 6-7 lat i głosem aniołka stróża mówi do mnie: "Proszę Pana! Tam Pan musi skręcić!". Dziękuję Ci najmłodszy i najdzielniejszy Łemkowski mimowolny wolontariuszu!

To najdłuższe podejście wcale nie jest takie straszne. Widoki są piękne. Trzecie najpiękniejsze tego dnia. Chwilę później mijam tabliczkę z napisem Skibce 778. Kolejne kilometry to wędrówka od wierzchołka do wierzchołka. Za 10 kilometrów ma być ostatni punkt żywieniowy, potem ostatnie podejście i z górki do Komańczy. Wystarczy tylko przelecieć te 10 km i będziemy odliczać kilometry do mety.

Tajna broń nr 3 - Genesis - A Trick Of The Tail
Ta płyta kojarzy mi się z początkami mojego biegania. Specjalnie wybrałem ją na ten moment, gdzie o motywację najbardziej się bałem. Ta płyta zaczęła do mnie przemawiać, tam gdzieś między Smokowiskami a Wiczymi Budami. Mówiła mniej więcej to: "Pamiętasz jak dwa lata temu byłeś grubasem, ważyłeś 130 kg? Dajesz wiarę, że lecisz teraz 50 kilometr biegu górskiego i masz wystarczająco dużo sił, aby bez problemu go ukończyć? Wierzyłeś wtedy, że to się uda? Teraz spełniasz swoje marzenie."

Wejście na Tokarnię było tak naprawdę początkiem odliczania do końca tego biegu. Z daleka majaczyły malutkie postaci. Ich skala mówiła o odległości jaką trzeba pokonać i ile trzeba podejść. Zaraz potem miał być ostatni punkt. Zacząłem patrzeć pod nogi. Interesował mnie tylko kolejny krok. Nic więcej. Zadziałało. Chwilę później zaczął się legendarny zbieg. Zbieg do punktu w Przybyszowie. Rozpocząłem nieśmiało, ale chwilę później chciałem sprawdzić co się stanie jak puszczę zupełnie mięśnie nóg. No i stało się! Wyprzedziłem 5-6 osób by efektownie na pełnej prędkości zaliczyć glebę i zjechać kilkanaście metrów na tyłku klnąc przy tym na cały głos, najbrzydziej jak potrafię, w równie niekontrolowany sposób jak moja wywrotka. Przeprosiłem Panie i skruszony nauczką doczłapałem do punktu.

Przybyszów. Sobota. Okolice godziny 15:30 Ostatnie uzupełnienie bukłaka przed metą. Ostatnie kostki czekolady, ostatnie pół banana. Ostatnie podejście przed metą. Nastawiałem się już tylko na monotonną walkę i odliczanie jednocyfrowych kilometrów. Wszedłem na ostatnie podejście w okolice Spalonej Góry i obliczyłem sobie, że teraz to wystarczy już tylko wysłuchać sobie w całości jedną płytę i jestem 2 km przed metą. Nie byłem tak naprawdę wykończony. Miałem z tyłu głowy ten obraz, który przed wyjazdem narysowała mi żona czyli niebezpieczeństwo spotkanie wilka, rysia i przede wszystkim niedźwiedzia. Przez cały bieg tak gospodarowałem siłami, aby w każdym momencie mieć ich tyle, aby móc nagle przyspieszyć i przez 10 minut biec sprintem ratującym życie. Nie chciałem dopuścić do sytuacji wykończenia się w połowie biegu zbyt szybkim tempem i biegu końcówki na granicy halucynacji. Nie byłem odwodniony, miałem energię, myślałem czysto i pewnie. Nogi oczywiście bolały ale szły do przodu.

Tajna broń nr 4 - Pink Floyd - The Dark Side Of The Moon
Ta płyta to klasyka. Absolutny elementarz. Wybrałem ją dlatego, bo kończy się słowami: "there is no dark side of the moon really, matter of fact it's all dark". Przewrotnie tak myślałem o tym biegu, że tak mogę myśleć na mecie, że nie ma żadnej ciemnej strony księżyca, że tam jest po prostu ciemno... Ale wtedy stało się coś zupełnie mistycznego. Obok szadzi na Cergowej najpiękniejszy moment dnia. Las zamienił się w łąkę. Luzem chodziły dwa konie. Jeden przeszedł metr ode mnie, musiałem się zatrzymać. Na drzewie siedzieli ludzie z aparatami i robili zdjęcia. Spojrzałem w prawo a tam powoli słońce rozpoczynało wędrówkę w dół za połoniny. Wielkie czerwone słońce. W uszach brzmiał właśnie The Great Gig In The Sky. Kto zna ten utwór, wie o czym wtedy mogłem myśleć. Sytuacja była tak magiczna, że nawet nie pomyślałem aby próbować uchwycić tę chwilę robiąc zdjęcie komórką. Po prostu płynąłem do przodu...

Komańcza. Sobota. Godzina 17:49 Dwa kilometry przed metą odebrałem na drugiej awaryjnej komórce smsa od żony o treści: "Powiedz, że żyjesz?". Zorientowałem się, że na 63 kilometrze rozładowała mi się komórka z endomondo i mój track na żywo zatrzymał się w lesie przed Komańczą - idealne miejsce na bycie skonsumowanym przez niedźwiedzia! Zbiegałem dość żwawo, starając się dobiec do mety w ostatnich promieniach słońca, ale na takiego smsa musiałem zatrzymać się i odpisać. Żyłem. Napisałem, że praktycznie widzę już asfalt, a misie na asfalcie nie jedzą. Ale asfalt zaczął się niemiłosiernie dłużyć... mimo, że podążałem za tasiemkami pytałem się każdej napotkanej osoby "daleko do mety?". Odpowiadali mi różnie: "500! 800! 400! za zakrętem! pół kilometra! kilometr!".
Wpadłem, dobiegłem, przebiegłem! Meta była tylko i wyłącznie symbolem. To droga była spełnieniem jednego z marzeń. A niedźwiedź... niedźwiedź nie jest taki straszny jak go malują :)

Na mecie zadzwoniłem do chłopaków. Pierogi i żurek zjadłem w 30 sekund. Spotkaliśmy się poszliśmy szukać przepaków. Wyniki chłopaków to
  • Staszek - 62 miejsce, 9h 32min
  • Dominik - 83 miejsce, 10h 04min
  • Michał - 94 miejsce, 10h 16 min
  • i ja - 116 miejsce, 10h 49 min
Limit czasu 13h. Dystans 66-69 km w zależności od GPS'u. Przewyższenia +2250 m/-2250 m

Całkiem w porządku jak na debiut :) Tym bardziej biorąc pod uwagę meeeega błoto. Ja nie poświeciłem mu zbyt dużo miejsca w tej relacji, ale ono naprawdę było jedynym pewnym i wiernym towarzyszem tej wyprawy.

Kolejne godziny spędziliśmy z bananami na twarzy wałęsając się po biurze zawodów, przebierając się w suche ciuchy, oglądając własne stopy, siedząc przy kominku, robiąc zdjęcia butów i wysyłając smsy do żon a przede wszystkim rozmawiając leniwie z ultrasami takimi jak my :) i czekając na autobus do Chyrowej o 21:00.


To jest spojrzenie człowieka, który po 11 godzinach zdjął buffa z głowy.


A to są lekko podsuszone już buty, które przeszły ze mną 70 km. A jeszcze dzień wcześniej wyglądały tak.

Do Chyrowej dotarliśmy po 22:00. Na kolację każdy zjadł po dwa obiady i wciąż był głodny. Piwo też smakowało przednio. Kompletnie zacząłem tracić poczucie czasu. Przysiedliśmy się do Pigmeja i reszty chyrowskiego staffu i wysłuchaliśmy 100 opowieści ultra. Rubikon został przekroczony. Ani razu w trakcie lub po biegu nie pomyśłałem "nigdy więcej". Wręcz przeciwnie. Szkoda tylko, że góry są tak daleko...

W kontekście organizacji, nie wiem, czy trzeba jeszcze dodatkowo kadzić organizatorom. To mój drugi bieg z nimi. Pierwszy był moim maratońskim debiutem w crossie dookoła Wigier w 2013 roku. Poprzeczka już wtedy postawiona była wysoko. Ale Krzysiek & co. jest chyba takim naszym Siergiejem Bubką organizacji biegów terenowych. Jak wysoko poprzeczka nie byłaby postawiona, zawsze pokona ją z zapasem. Biegów w Polsce jest coraz więcej. Myślę, że już niedługo, może jeszcze nie w najbliższym sezonie, ale następnym już tak, biegów będzie tyle, że przetrwają tylko te najlepsze. O Łekmowynę jakoś zupełnie się nie martwię.

Na koniec jeszcze ogromne gratulacje dla Piotra Pelplińskiego, który przetrwał i ukończył bieg w wersji 150-kilometrowej. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie w przyszłym roku, ale za dwa, trzy... chciałbym powalczyć z takim dystansem.

Chyrowa. Niedziela. Godzina 10:00 Kuśtykając jak zombie, po smacznym podwójnym śniadaniu robimy dwie pamiątkowe fotki z Chyrowa Ski i jedziemy nad morze.


Jeszcze jedno. Dotrzymałem słowa danego małżonce i poszedłem do fryzjera i golibrody. Nie wyglądam już jak ultras :(


17 komentarzy:

  1. Wspaniała relacja, zachęcająca do udziału, a muzykę opisujesz w taki sposób, że aż chce się posłuchać tych płyt. Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, od połowy relacji leci już w głośniku The Final Cut :)

      Usuń
  2. Posłucham. Obiecuje. Gratuluje, a z misie wcale nie takie straszne jak je malują :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Misie nie są straszne póki siedzą w lesie!

      Usuń
  3. Super wyczyn, gratuluję!
    Muza bliska mej duszy
    i ta fota po zdjęciu buffa z głowy - bezcenne ;)
    Dzikość w oczach, taki pierwotny szał ;)
    Czytając Twoje wpisy, naszła mnie myśl,
    że fajna książka mogłaby z nich kiedyś powstać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyczyn, to zrobili Ci to przebiegli 150 km. Ja bardzo dobrze zniosłem swój bieg. Sytuację kontrolowałem przez cały bieg. Nawet chętnie pokonałem kolejne 2km na przepak z linii mety i wydawało mi się, że regenracje będzie kwestią dwóch dni... ale dziś jest szósty i dopiero mogę w pełni normalnie chodzić.

      Usuń
  4. Przeczytałem ten wpis po powrocie z krótkiego porannego biegania i miałem ochotę biec z powrotem na co najmniej kilkanaście km w swoją Puszczę. :)
    A akapit "Tajna broń nr 3" nawet mnie wzruszył... ;)
    W kwestii butów, to zgodnie z najczęściej podawaną przez producentów instrukcją - wyczyść je teraz mokrą szczoteczką... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyszczenie butów po Łemko mokrą szczoteką :))) Moja małżonka jak to przeczytała to skulała się ze śmiechu z kanapy.

      Usuń
  5. Gratuluję begu i jego ukończenia. Z tymi brodami pasowaliście tam jak aborygeni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta broda autentycznie mnie grzała w co zimniejszych fragmentach biegu.

      Usuń
  6. Nie broda czyni ultrasa! :) Choć faktycznie kilku brodaczy mogłoby na to wskazywać... Ja biegam bez muzy, jakoś wtedy lepiej mi się walczy. Mam świadomość otoczenia i siebie. Taki pierwotny styl biegania trochę, czego nie widać niestety po nadgarstku i stopach, na których kilka złotych muszę mieć, żeby czuć się swobodniej. Ot, taki paradoks...

    Będę zaglądał, w wolnej chwili zerknij na mój Łut: UltraDystans - Łut70

    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałem, gratuluje!
      Co do muzy, to ja pierwszy raz biegłem z muzyką zawody. W krótszych biegach to jest trochę bez sensu i może nawet trochę niebezpieczne. Jednak wydaje mi się, że przez lata treningów z muzyką wyrobiłęm sobie coś w postaci "trzeciego oka z tyłu głowy" albo rybiej "linii bocznej" ktora mimo odcięcia słuchu pozwala mi orietnować się dokładnie co się dzieje za mną. Poza tym 4 płyty ktore przesłuchałem to raptem tylko 3 h z prawie 11 h biegu.

      Usuń
  7. Gratuluję! 70 km - marzenie póki co :) Ja biegłam Łemko 29. No i świetna, poetycka miejscami relacja!

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałem relację z zapartym tchem. Gratulacje! Też kiedyś przebiegnę 70 km ;) A swój pre ultra debiut pobiegnę dziś w śnie, słuchając oczywiście Emerson, Lake & Palmer :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Za parędziesiąt dni czeka nas łemko 70 x2 :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Gościu jesteś! W tym roku ja...:-)

    OdpowiedzUsuń

Podobne wpisy