środa, 30 października 2013

Gdańsk Biega 2013 - Pakiety odebrane!


Rok temu zupełnie nie zanotowałem tej imprezy. W tym roku, też prawie bym ją ominął, gdyby nie billboard, który mijam codziennie wracając z pracy. No i zapisaliśmy się całą rodziną. W regulaminie przeczytałem, że koszulki startowe zarezerwowane są tylko na pierwszych 2500 osób, które się zjawią po odbiór pakietów. Patrząc na to, że rejestracji jest już prawie 5000 nie czekałem do ostatniego dnia i zaciągnąłem dziś całą rodzinę do MOSIRu na Traugutta i w efekcie dumnie przywdzialiśmy koszulki Gdańsk Biega 2013. Tym, którzy zwlekają radzę się pospieszyć bo mimo, że byliśmy ledwie 3h po rozpoczęciu odbiorów - nie było już damskich eMek, na szczęście potraktowana wymiennie męska eSka pasowała ba Grażkę idealnie. Dziecięce równie perfekcyjne.


A wieczorem odwiedził mnie Michał, umówiliśmy się na 15-stkę i tyle przebiegliśmy. Tempo praktycznie takie samo jak na wczorajszym półmaratonie. Lekkość biegu ciut mniejsza, ale jakoś mnie to nie dziwi :)

Niespodziewany rekord w półmaratonie z Galahad na uszach


Zaktualizowałem listę płyt na ten tydzień i długo stałem na klatce gotowy do biegu wybierając muzykę do dzisiejszego treningu. Do wyboru miałem kilka płyt Lou Reeda w formie hołdu, mega klasykę czyli Animals Floydów, kilka płyt The Who - podobno wielkiego zespołu, który zawsze do tej pory obchodziłem mniejszym lub większym łukiem, no i kilka albumów Galahad.

Wiem, że słuchanie neoproga z lat 90-tych było passé już w latach 90-tych, ale mam straszny sentyment do tej płyty i ciężko było mi odmówić sobie przyjemności rozruszania kości przy dźwiękach Sleepers.

Ponieważ treningowe kręcenie kółek dookoła zbiornika coraz bardziej mnie nudzi staram się jak mogę urozmaicać sobie trasę. O ile w weekendy nie ma z tym problemu, bo biega się w dzień i można praktycznie co weekend wymyślać inne trasy i zwiedzać naprawdę przedziwne rejony w całkiem bliskiej okolicy, to w tygodniu, po zmianie czasu praktycznie nie ma opcji aby bez czołówki ruszyć gdzieś dalej. Ostatnio poza zwyczajnymi kółkami 1,3 km polubiłem większa pętlę okrążającą mój zbiornik zakoniczyński oraz stawik przy szkole na Ujeścisku. Daje to łącznie około 4,5 km. Chcąc zrobić dychę - leci się po prostu dwie duże pętle + dokrętka. I taki miałem plan na dzisiaj.

sobota, 26 października 2013

Kolbudzka 10


Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał się rozpocząć pobudką o 7-mej i wyjazdem z Dominikiem na 15-tkę wzdłuż plaży zakonoczną extra 5-tką na Parkrunie i być może kąpielą w Bałtyku (o ile by starczyło nam odwagi). Kilka minut po 7-mej zadzwonił Dominik z informacją o zmianie planów. Dzieci się pochorowały - siła wyższa.

Wykonałem szybką analizę możliwości:

a) jadę swoim autem sam pobiegać przy morzu i zahaczyć o parkruna - ale niestety piątek wieczór spędziłem zgodnie z polską tradycją i nie ma sesnu ryzykować siadania za kółkiem

b) biegnę z buta na parkruna podobnie jak dwa tygodnie temu - ale jakoś nie byłem mentalnie gotowy na 38 km

c) wracam do łóżka na godzinke, jem rodzinne sniadanie ze wszystkimi i zobaczę co dzień przyniesie.

Wygrała opcja "c".

I tak leżąc i patrząc się pustym wzrokiem na bidon z własnoręcznie przygotowanym "izotonikiem" (woda, miód, cytryny, sól) zacząłem zastanawiać się gdzie by tu pobiec...

wtorek, 22 października 2013

Pierwszy medal - Bieg Europejski Gdynia 2013

Kilka słów historii o moim pierwszym ulicznym starcie:



Wczesną wiosną 2013, po kilku miesiącach biegania przyzwyczaiłem się, że dosłownie każda osoba, której pochwaliłem się, że biegam mierzyła moje wtedy już 120 kg od stóp do głów i zadawała pełne politowania pytanie: "A jak kolana?".

Domyślcie się, jakie było moje zdziwienie, kiedy podczas jednej z pierwszych kurtuazyjnych wizyt u sąsiada Dominika, znanego wtedy głownie przez to, że nasze małżonki razem pracują a dzieci chodziły do jednego przedszkola, zamiast doskonale znanego mi pytania "A jak kolana?" usłyszałem "Zapisz się na jakiś bieg! Zobaczysz jakie to emocje, jak poniesie Cię tłum!". Chwilę później przeglądaliśmy wyniki Dominika w lutowym biegu Gdyńskim na 10 km. Szokujące i abstrakcyjne czterdzieści kilka minut.

poniedziałek, 21 października 2013

Kącik biegowego melomana: Fish - Vigil in a Wilderness of Mirrors

Tak jak pisałem w moim pierwszym wpisie, słuchanie muzyki było moją główną motywacją na początku biegania. Te kilkadziesiąt minut dla siebie ze słuchawkami na uszach. Z czasem doceniłem także bieganie bez słuchawek, kiedy można wsłuchać się w swój organizm, w oddech, stopy stawiane na podłożu. Bez słuchawek zazwyczaj biegam wszystkie nowe trasy oraz zawody ... no i interwały. Natomiast wyjście na rutynową trasę po osiedlu zawsze wiąże się ekscytacją wyboru tej jednej lub dwóch płyt jakie sobie posłucham.

niedziela, 20 października 2013

Świętokrzyska dycha

Słońce świeciło mi mocno po oczach, kiedy wyszedłem dzisiejszego poranka przebiec się po granicy województw świętokrzyskiego i małopolskiego. Będzie zabawa, będzie się działo... ciągle huczało mi w uszach wczorajsze wesele mojego kuzyna. Strój biegowy wziąłem ze sobą nie dlatego, że się z nim nie rozstaje, ale dlatego, że jeszcze w wakacje umówiłem się w wujkiem Romkiem - współtwórcą Ryckiej grupy biegowej biegusiem.pl na małą poweselną przebieżkę. Dodam tylko, że wujek Romek jest m.in. jedną z osób, które zainspirowały mnie do biegania. Biega od kilkunastu lat i jest żywym przykładem jak bieganie zmienia człowieka. Biegał także na moim weselu w 2008 roku. Dla mnie był to wtedy przejaw conajmniej "dziwactwa", że normalny człowiek zamiast się wyspać zrywa się rano i truchta wzdłuż Bałtyku. Po 5 latach robię to samo i wierzę, że za kolejne 5 lat, może mniej, może więcej, ja zainspiruję kogoś kolejnego.

Ale wujek Romek zapomniał butów :)

niedziela, 13 października 2013

The Expendables

Serj Tankian zagrał świetny koncert. Chociaż przez pierwszą połowę zastanawiałem się czy nie fajnie by było jakby jednak zahaczył o SOAD, ale im dłużej koncert trwał tym bardziej rozumiałem jaka linia rozdziela Serja jako członka SOAD oraz Serja solowego, z orkiestrą.

Gravity było też całkiem fajne, choć najgorsza była w tym wszystkim decyzja czy iść na Gravity czy Wałęsę.

I tym krótkim podsumowaniem można by zamknąć weekend który zdarza się raz na kilka miesięcy (czyli weekend, kiedy ktoś inny zostaje wieczorem z dziećmi:)), gdyby nie fakt, że Dominik nie włączał netu przez całą sobotę, przez co nie miał świadomości moich 38 kilometrów i kiedy późnym wieczorem zdzwoniliśmy się usłyszałem krótkie zachęcające "To o której jutro biegniemy? 8? 9?"