środa, 7 października 2026

Wróci? Zawsze wracją...

Jeżeli ktoś śledzi mnie na Stravie to zauważył, że coś drgnęło. Jeżeli ktoś widuje mnie na parkrunie spacerującego z psem w przeciwnym kierunku, to raczej tego nie zauważa, że coś drgnęło :) Mam świadomość, że to czy schudnę 20 kg czy przytyję 20 kg to nie są zauważalne zmiany z perspektywy kogoś, kto jest szczupły. 

Ale nie o to chodzi. 

Cały czas ciągnie mnie do stanu ducha, który kiedyś dawało mi bieganie. Stanu, który ktoś może próbować "unaukawiać" przypisując mu cechy medytacyjne. Stanu, który wielokrotnie towarzyszył mi przy 10-tym, 30-tym czy 70-tym kilometrze. Kiedy ciało i duch rytmicznie płyną obok siebie i kompletnie nie ma znaczenia co było kiedyś, co będzie w przyszłości, bo jest na lewo czy prawo. Stanu, kiedy umysł jest czysty i doznaje absolutnego odprężenia.   

Ale żeby go osiągnąć - nie można po prostu wstać z kanapy i z całym ciężarem swojego ciała i braku ruchu przez miesiące zacząć biec przed siebie. Po 200 metrach łapie cię zadyszka, więc na przemian idziesz i biegniesz, idziesz i biegniesz... po 20 minutach jesteś w stanie już tylko iść. Nogi są za ciężkie, oddech za szybki. Głowa mówi: "po co mi to wszystko"...  Wspomnienie przyjemności z biegania oddalone jest o lata świetlne. 

Wydaje mi się, że jak mało kto doskonale rozumiem, czemu tyle osób twierdzi: "bieganie jest nie dla mnie!".  Znam wielu, którzy próbowali kilka bądź kilkanaście razy i nigdy ich to nie wkręciło. Nigdy nie przeszli do końca przez te bagna, przez te miesiące tyrania bez świadomości jak może smakować nagroda. 

Ja tą świadomość mam. Dlatego - tak jak zatytułowałem ten wpis - zawsze będę wracał. Nagroda to nie jest coś, co po przekroczeniu pewnej granicy będzie przychodzić zawsze, podczas każdego treningu. Ona przychodzi stopniowo. Najpierw raz na 20-30 treningów, potem częściej, raz na dwa tygodnie, raz na tydzień, czasem co drugi trening. 

I dziś był ten pierwszy raz od dwóch lat. 

Odwiozłem syna na trening na Azaliową. Praktycznie "całe życie jako rodzic" jeździłem na Azaliową wozić trójkę na basen. 15 lat parkowania na Azaliowej i siedzenia w aucie na parkingu bo wracać się nie opłaca. Pętlę Azaliowa --> zbiornik Jasień --> Azaliowa zrobiłem setki razy. I szczerze mówiąc nienawidzę tej trasy, ale lepszej w tej okolicy, którą można biegać po ciemku, nie udało mi się wymyślić. Biegniesz przez osiedle, potem mostem nad obwodnicą, wzdłuż parkingu przy Auchan, potem od ronda do ronda ścieżką pieszo rowerową, na końcu gubisz się między nowymi blokami nastawianymi przez deweloperów na terenach dawnego poligonu - by finalnie trafić na kilometrową pętlę wokół zbiornika Jasień. Ale zamiast uciec w bok do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego - patrzysz na zegarek i orientujesz się, że właśnie pora wracać.  

Biegłem dziś tempem (jak na swoje 55% więcej wagi od pomiarów z 2019 roku) całkiem przyzwoitym 7:30 min/km. Ale najważniejsze jest to, że to właśnie był ten jeden na 30 treningów, gdzie nie musiałem pchać kamiennej kuli pod górę, a wszystko dookoła sprzyjało mi, by krok za krokiem nie patrzeć ani w tył, ani w przód, ani też w lewo czy prawo. 

I co ciekawe, nie grałem w słuchawkach jednego albumu, ale zrobiłem sobie koncert życzeń. Włączyłem pierwszy utwór, a resztę kolejki ustawiłem w trakcie:

  • Van Der Graaf Generator - The Undercover Man
  • Genesis - The Musical Box
  • King Crimson - Sailor's Tale
  • Camel - Song Within a Song
  • Jethro Tull - Aqualung
  • UK - Danger Money
  • Marillion - Assassing 
  • Dream Theater - Pull Me Under
  • Metallica - Orion 

 

Tak więc wróciłem, zawsze będę wracał.