Na moich krętych ścieżkach ku zdrowiu, formie i wadze ponownie pojawił się karnet do siłowni. Epizody z siłownią, które do tej pory miałem wszystkie kończyły się fiaskiem na dłuższą metę, bo kiedy tylko zmieniła się "pogoda" uciekałem na świeże powietrze.
Dlatego piszę "pogoda" ponieważ nie chodzi o tę za oknem - ona jest akurat perfekcyjna do biegania. Mam raczej na myśli wewnętrzną pogodę związaną z tym, że gdzieś coś mnie zaczyna boleć, gdzieś ciągnąć, a jak już wielokrotnie podkreślałem - próba rozbiegania kontuzji, nawet mikro-kontuzji to najgłupsza rzecz jaką można wymyślić. A ja zacząłem czuć miesiąc temu pewien dyskomfort w lewej nodze, w okolicach pachwiny. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni. Zluzowałem więc na kilka dni, potem więcej maszerowałem niż biegałem, ale nie przechodziło... Stąd narodził się po raz kolejny pomysł w moim życiu -
a może kupić sobie karnecik na siłownię?
Właśnie minął tydzień, jak jestem jego szczęśliwym posiadaczem. Póki co korzystam na pełnej zajarce w każdy robotniczy dzień przed pracą :)
Trening dzielę po równo między ćwiczenia tlenowe i siłę. Kilka razy w życiu różni klubowi trenerzy mnie instruowali, więc poruszam się w rozkładzie ćwiczeń w miarę sprawnie. Nuda - można pomyśleć. Niby tak, choć z jakiegoś powodu czas na siłowni naprawdę szybko biegnie. I NAGLE pojawiło się urządzenie, które tę potencjalną nudę zamieniło na mega zdziwienie.
SKILLMILL