poniedziałek, 28 listopada 2016

Giro del Lago d'Iseo - dzień 2 - bieg

Poprzedni wpis mówi o tym dlaczego i jak znaleźliśmy się z Dominikiem nad Lago d'Iseo. W tym opiszę dzień najważniejszy - dzień biegu.


Nasz hotel jak wspominałem lata świetności przeżywał pół wieku temu. Ale jedno trzeba mu oddać - to najlepsze położenie jakie można sobie wymarzyć. Kilkadziesiąt metrów od mostu, który wieczorem tego samego dnia zamknie naszą pętlę dookoła jeziora, przy samej promenadzie, z widokiem przez okno takim jak na powyższym zdjęciu.

Budziki nastawiliśmy na 7-mą. Pierwotnie planowaliśmy wyruszyć nieco wcześniej ale godzinę startu zdeterminowała godzina śniadania. Tutaj rozpoczynało się o 7:30. Jedzenie bez szału, tradycyjne hotelowe: pieczywo, szynka, ser, jogurty, dżemy, owoce, tarta z owocami, croissanty, automat z kawa i automat sokami.

W nocy cały czas padało. Kiedy po śniadaniu szykowaliśmy się do wyjścia - deszcz nie ustępował. Mimo to było dość ciepło. Założyłem zwykłą bawełnianą koszulkę, na to cieniutką bluzę i kurtkę przeciwdeszczową. Do tego krótkie legginsy. Do bukłaka nalałem 1,5 litra wody z kranu i spakowałem 4 snickersy przywiezione z Polski.

Kiedy stanęliśmy pod daszkiem hotelu, gotowi na start, czekając aż gps złapie satelity czułem się doskonale. Absolutnie nic mi nie przeszkadzało, a czekające nas 63 (a może więcej?) kilometry chciałem pochłonąć pełną piersią.


Zaczęliśmy ... marszem. Pierwszy kilometr zwyczajnie przeszliśmy sprawdzając czy wszystkie systemy pracują jak należy. Czy bielizna jest dobrze ułożona, czy paski od plecaka poprawnie wyregulowane, czy buty dobrze zawiązane i przede wszystkim jak Dominika noga, przez którą w obawie o nasz włoski bieg - zszedł na 65 km Tricity Ultra tydzień temu.

Kiedy ścieżka lekko odbiła od jeziora i pokierowała pod górkę spojrzeliśmy się na siebie i zdjęliśmy przeciwdeszczowe kurtki. Deszcz wciąż lekko padał, było to lepsze niż zagrzewanie się od środka. Rozpoczęliśmy spokojny trucht... 

Tam gdzie była cywilizacja - drogom towarzyszyły ścieżki pieszo-rowerowe, czasami przy głównej drodze, czasem przy samym jeziorze.

Minęliśmy fabrykę luksusowych łodzi, która urzekła nas poniższym plakatem. Pewnie to jakaś gwiazda filmowa, ale ja jej nie znam, widzę tylko kobietę otoczoną podstarzałymi bogatymi amantami. Pewnie tak to miejsce wygląda w sezonie :)


Dominik zamiast na plakaty z dziewczynami zaczął zaglądać do wszystkich zabytków/kapliczek/uliczek... Byłem na to przygotowany, nawet oficjalnie zastrzegł to sobie w planie wycieczki, że będzie zwiedzał!


Ja większość odbić z głównej trasy robiłem za Dominikiem, np. aby zobaczyć fragment starego muru. 


Nie przesadzę chyba jak oszacuję, że 1/3 trasy biegła właśnie przez takie miasteczka, przez promenady i dobrze oznaczone ścieżki pieszo rowerowe, ale były też pozostałe 2/3-cie. 


Często między miasteczkami nie było pasa rowerowego, a droga biegła na półce między górą a jeziorem. Wtedy trzeba było po prostu biec ulicą. Na szczęście ruch nie był duży i nie było to szczególnie uciążliwe. Były też specjalne obejścia dróg prowadzące przez kilka km trochę innym szlakiem, ale finalnie spotykające się w kolejnym miasteczku z główną trasą. No i były też tunele...

Tunel nr 1


Dobiegamy do tunelu. 1250 metrów. Ruch pieszy w środku raczej zabroniony, choć nie ma niedwuznacznego oznakowania. Obok, między skałą a jeziorem pozostałość starej drogi, która kiedyś funkcjonowała jako ścieżka rowerowa. Furtka jest zamknięta na klucz. 2 sekundy zajmuje nam znalezienie alternatywnego wejścia. Wygląda w porządku - więc biegniemy.


Gdzieniegdzie widać większe i mniejsze kamienie, które mimo zawieszonych siatek spadają na ścieżkę. Zaczynamy rozumieć powód jej oficjalnego zamknięcia, ale innej drogi nie ma. Na jej końcu bramka (oczywiście zamknięta na klucz!) jest jeszcze trudniejszą przeszkodą do pokonania ;)


 

Wygląda na to, że pokonywanie tuneli to łatwizna :)


W nagrodę za łatwą przeprawę dostajemy kolejne miasteczko, w którym Dominik znika na kilka minut a gdy się odnajduje wygląda jakby właśnie został uprowadzony przez kosmitów i oddany po dwóch dniach medycznych eksperymentów. Mówi do mnie: "Ooooo jaaaa! Ale to było piękne!!". Chodzi oczywiście o zabytki :)


Kolejna ciekawostka na trasie to kamieniołom połączony z cementownią - wyglądają trochę jak z bajki.

Tunel nr 2

Obejście kolejnego tunelu nie wyglądało zbyt zachęcająco. Zastanawialiśmy się nawet, czy ono naprawdę jest. Przy wejściu do tunelu nie było żadnych znaków, że nie można wejść tam na pieszo - a nawet był mały 40-centymetrowy murek, którym dało się truchtać. Postanowiliśmy rozpocząć jego pokonywanie właśnie tym murkiem.... Przygoda trwała jednak krótko. Klaustrofobia i śmigające blisko samochody bardzo szybko zachęciły nas do wyjścia z tunelu pierwszym bocznym "okienkiem" wentylacyjnym.

Na początku wydało nam się to całkiem dobrym pomysłem, bo półka była bardzo szeroka i ewidentnie kiedyś była drogą.



Niestety, z każdym kolejnym metrem w zdaniu "kiedyś było drogą" akcent ustawiał się na słowie "kiedyś"... Drogą była, ale kilkadziesiąt lat temu zanim spadły na nią kamienne lawiny, zanim zarosły ją jakieś jeżyny sięgające do kolan, zanim usypały się wydmy z granitowego miału, który osuwał się pod nogami.

Zrobiłem tylko dwa zdjęcia z widokiem co musimy pokonać - przeszliśmy wszystko to co widać przed nami na zdjęciu - pozostałością półki jakieś 6 metrów nad wodą. Potem schowałem telefon, bo naprawdę potrzebowałem dwóch rąk...



Tunel miał 1 kilometr. Ale z każdym kolejnym metrem było gorzej. Najpierw musiałem wyplątać się z jeżyn, które pozostawiały na rękach i nogach kilkanaście kolców, a chwilę potem jedyną ścieżką była skarpa, na której osuwał się czarny miał. Dominik szedł przede mną, sprawdził nawierzchnię i przeskoczył na twarde kamienie robiąc 3-4 kroki po nasypie, poniżej którego kilka metrów w dół były tylko wody jeziora Iseo. Kiedy ja próbowałem zrobić to samo - noga osunęła mi się kilkanaście centymetrów w dół. Wycofałem się i spróbowałem jeszcze raz... Dominik stał po drugiej stronie i żartował: "jak wpadniesz to znajdę jakąś gałąź i Ci podam". Bardzo śmieszne :)

Odwróciłem się i powiedziałem Dominikowi, aby szedł sam dalej i spotkamy się po drugiej stronie tunelu. Cofnąłem się kilkadziesiąt metrów, znalazłem okienko wentylacyjne do tunelu samochodowego. Nie było słychać aby cokolwiek jechało, wsunąłem się, zeskoczyłem, jakieś 200 metrów przed sobą zobaczyłem światło - upewniłem się, że za mną nic nie jedzie i pognałem pełnym sprintem do wyjścia.

Wygrałem :) Byłem jakieś 15 sekund przed Dominikiem :)

Za tunelem czekało nas kolejne miasteczko. 



- Ty, a Castro jeszcze żyje? - zapytałem Dominika
- Fidel wiecznie żywy - odparł Dominik

Następnie ucięliśmy sobie kilkunastominutową rozmowę na temat Fidela, skłoniła nas do tego oczywiście nazwa mijanego miasteczka.  Nie wiedzieliśmy jeszcze jak prorocza jest to dyskusja (Fidel Castro umarł wieczorem tego samego dnia)


Jednak przygoda z ostatnim tunelem sprawiła, że z dużym niepokojem spoglądaliśmy na górę po przeciwnej stronie jeziora. Będziemy tam za kilka godzin. Oby nie było już ciemno i oby było sensowne obejście. Wytężaliśmy wzrok próbując dostrzec czy ktoś/coś porusza się przy linii wody, ale widać było tyko ciężarówki wjeżdżające i wyjeżdżające z tunelu.



Tunel nr 3

Przed miejscowością Lovere droga piesza rozeszła się z samochodową. Samochody przejechały przez górę a my ją obeszliśmy mając szansę poczuć się naprawdę małym wobec wielkich pionowych ścian kamienia. Kiedy drogi zeszła się ponownie pozostał nam mały 250 metrowy tunelik. Spróbowaliśmy tradycyjnie obejściem, ale kiedy zaczęliśmy skakać po dosłownie 30 centymetrowej półce - wycofaliśmy się i postanowiliśmy dobrze się rozejrzeć i przebiec tunelem. Zatrzymałem się tylko na chwilę aby zrobić zdjęcie graffiti zrobionego ku czci biegaczy ultra :)





No ponte!

W Lovere nasza droga miała zakręcać. Na mapie wypatrzyliśmy coś co wyglądało jak mały pieszy mostek nad rzeką zasilającą jezioro z lodowca. Ten skrót miał nam dać jakieś 2-3 km zysku.


Szliśmy w jego kierunku polami, mniej więcej na azymut. Kiedy byliśmy już kilkaset metrów od domniemanego mostku zaczęły nas zastanawiać tabliczki z napisami "Teren prywatny" albo "Zły pies". Naszym losem zainteresował się pewien rolnik, prowadzący konia. Powiedzieliśmy mu trochę po angielsku, którego nie rozumiał, a trochę na migi, że idziemy do mostu.

- Aaaaaaa Giro del Lago?? - zapytał
Pokiwaliśmy głowami, że tak, że robimy piesze giro del lago. Włoch zamachał ręką pokazując, że idziemy źle i powiedział
- NO PONTE! NO PONTE!

Podstawowa umiejętność włoskiego pozwoliła nam zrozumieć, że mostu nie ma! I że trzeba iść w górę rzeki na most samochodowy. Tak też robiliśmy.

Zdjęcie poniżej  to ujęcie z tego drugiego mostu. Po prawej stronie, kilka metrów w wodzie stoi ów Włoch na koniu w rzece i macha nam na pożegnanie :)




Mamy za sobą 35 kilometrów trasy. Połowa drogi. Właśnie dochodzi do mnie, że jeszcze NIC nie jadłem i popiłem tylko kilka łyków wody. Gdyby był z nam Stasiu nakopałby nam w dupy, że nic nie jemy na biegu a potem nie mamy sił. Wyciągnąłem snickersa i pożyczyłem puszkę coli od Dominika. Dominik pobiegł przodem, a ja spokojnie jadłem i piłem idąc i czekałem aż minie pierwszy kryzys. I tak idąc wyszedłem z rejonu Bergamo i wszedłem do Bresci.





W kolejnym miasteczku poczekał na mnie Dominik. Zebraliśmy siły i pobiegliśmy w kierunku nieznanego. Z miasteczka wyjeżdżał pociąg, droga samochodowa i ścieżka rowerowa. Pytanie dokąd nas ta ścieżka doprowadzi?


Pierwszy w tunelu zniknął pociąg, a chwilę później ścieżka pieszo rowerowa skierowała się w dół ku wodom jeziora. Jej początek zdobiły naprawdę świetne graffiti.



O dziwo ścieżka wydawała się nie kończyć nagłym wodospadem kamieni, ani ślepym końcem i kilometr po kilometrze zyskiwaliśmy nadzieję, że ominiemy całą tą wielką górę ścieżką ku temu dedykowaną.



W spokoju ducha dotarliśmy do kolejnej miejscowości mniej więcej na 50 kilometrze trasy. Weszliśmy do sklepu i Dominik zaczepiał wszystkich w środku tłumacząc im, że chce kefir, a że kefir to taki jogurt ale bez cukru. Dawali mu mleko, albo jogurt z truskawkami, ale Dominik się wtedy naburmuszał i gestykulował, że chce kefir. W końcu pochodzę do niego i mu mówię: "Weź kup mleko Dominik" :)


Wzięliśmy jeszcze po pizzy z folii oraz po pomidorze. Ten pomidor to była jedna z lepszych rzeczy jakie kiedykolwiek jadłem na 50 kilometrze biegu - muszę to zapamiętać!

Ostatnie 20 km


Powoli zaczęło się ściemniać. Ludzie wracali z pracy i ruch na ulicach stał się większy. Minęliśmy wyspę na jeziorze (to największa zamieszkała śródlądowa wyspa w całej Europie - ma 9 km obwodu) i droga tradycyjnie zaczęła się dłużyć. Z mapy wynikało, że pozostało nie 13, ale około 20 km. Trasa biegła już głównie cywilizacją - miasteczkami i promenadami. Było bezpiecznie, ale zaczęło się dłużyć.

Postanowiłem zagrać na technice małych odcinków.

- Dominik, jak dobiegniemy od Iseo, to kupimy sobie Lambrusco, co?
- Ale po jednym na głowę czy jedno na pół?  

Iseo to miejscowość 10 km przed metą. Kiedy tam dobiegliśmy rozpadało się, założyliśmy kurtki przeciwdeszczowe i zaproponowałem

- A może kupimy to Lambrusco już w Sarnico?



Kiedy znaleźliśmy sklep 1 kilometr przed naszą umowną metą i weszliśmy do niego po 69 kilometrach wyprawy mokrzy, w krótkich spodenkach i z czołówkami na głowach - po 3 wina, 2 ciabatty i oliwki - nagle kolejka rozstąpiła się przede mną, ludzie schodzili z drogi bym mógł stanąć przy kasie. Jak zwycięzca! :)



Ostatni kilometr to marsz do hotelu aby jak najszybciej otworzyć pierwszą butelkę wina, umyć się i uderzyć na miasto.



Po 10 godzinach i 70 kilometrach biegu, marszu, wędrówki, zwiedzania miasteczek i pokonywania tuneli na każdy możliwy sposób - jesteśmy w tym samym miejscu, z którego zaczęliśmy. I to jest najpiękniejsze w bieganiu dookoła jeziora - nie ma dróg na skróty.



Nagroda za bieg wyszła z pieca i była tak smaczna, jak smaczne mogą być pizze we Włoszech!



W pizzerii oczywiście pochwaliliśmy się naszym wyczynem przed Bożenką, a nawet zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. 

Po powrocie do hotelu na II piętro jednak wjechaliśmy windą :)


Podsumowanie biegu przestawię w kolejnym wpisie. Pochylę się też na kwestią finansów i zrobię to na co najbardziej czeka moja żona - czyli zestawienie wydatków. Nie była to wycieczka aż tak tania jak 24 godzinna Ultra Ikea, ale biorąc pod uwagę, że trwała 57 godzin (licząc od startu do lądowania) też drogo nie wyszło.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podobne wpisy