niedziela, 26 czerwca 2016

Sudecka 100 - relacja z 28 edycji nocnego ultramaratonu


Na Sudecką 100 mentalnie nastawialiśmy się już od kilku miesięcy. O swoich wizjach związanych z tym biegiem pisałem dwa tygodnie temu w A może by tak rzucić wszystko i wyjechać do Boguszowa-Gorc? I prawie wszystkie się sprawdziły. Wyobraziłem sobie to miejsce i ten bieg dokładnie tak jak wyglądał w rzeczywistości. Nawet obejrzeliśmy mecz Polska - Szwajcaria po biegu, a kiedy to przewidywałem żaden z zespołów nie miał nawet zapewnionego wyjścia z grupy...

Trzymając się chronologii było to tak:


Droga do Boguszowa-Gorc

Budziki zadzwoniły tak jak miały. O 8:22 wsiedliśmy do TLK w Gdańsku. Nie jechałem pociągiem całe wieki i ciężko było mi ocenić czy pociąg powinien mieć klimę czy nie. Ten nie miał. Poza tym był pełen amerykańskich marines, zapełniony co do jednego miejsca, a każdy z marinesów miał wielki wór, w którym trzymał swój półroczny dobytek. Efekt był taki, że torby się nie mieściły, były poupychane wszędzie, na podłodze, między nogami... Byłem nawet na tyle odważny, że wchodząc do przedziału nie wiedząc jeszcze, że mam do czynienia z marinesami i widząc torbę w miejscu na nasze nogi powiedziałem szorstkie i rozkazujące "Sorry, you have to move it". A żołnierz jak to żołnierz - wykonał mój rozkaz. Do Wrocławia siedzieliśmy jak szprotki w piecu. Jedyna forma wentylacji to okno, które wiało w Michała ucho. Mieliśmy jedną gazetę do czytania na zmianę. Nie było nawet jak pogadać...


Przesiadka we Wrocławiu do pociągu Kolei Dolnośląskich była jak wejście do bram nieba. Można było wyciągnąć nogi, działała klimatyzacja, przy siedzeniach były gniazdka do podładowani telefonów no i wreszcie można było pożartować :) I był jeszcze głos z automatu, który mówił na jakiej stacji zaraz się znajdziemy. Za każdym razem kończył słowami: "stacja docelowa - Szklarska Poręba-Górna.". Mogliby to puszczać w Guantanamo.

W pociągu KD odzyskaliśmy siły stracone w TLK. I mniej więcej o 16:00 wysiedliśmy na kultowym dworcu PKP - Boguszów-Gorce. W rzeczywistości wyglądał tak samo jak na google street view.



Na najwyżej położony rynek w Polsce (ponad 500 n.p.m) droga ze stacji PKP oczywiście prowadziła do góry. Ledwie kilkaset metrów, ale temperatura 32 stopnie ciepła ponownie wytopiła z nas dopiero co zregenerowane siły.


Rynek powoli szykował się na start biegu. Skierowaliśmy się do biura zawodów i odebraliśmy pakiety. Każdy z nas myślał wyłącznie o tym jak w takim klimacie mamy biegać? Jak się odpowiednio nawodnić 5 godzin przed startem? Mieliśmy tego nie robić... ale każdy to chyba zrozumie.... okoliczność wyższa.


Pub Baryt i trzy najsmaczniejsze i najzimniejsze piwa na całym Dolnym Śląsku!

Miejscówka i pakiet

Kiedy już schłodziliśmy się od wewnątrz rozpoczęliśmy rozpakowywanie pakietów. Na wstępie zaznaczę, że nikt z nas nigdy nie ocenia biegów przez pryzmat zawartości pakietu. Liczy się miejsce, klimat i zaangażowanie ludzi, którzy ten bieg robią. W tym wypadku jest to jeden z najstarszych biegów w Polsce i najstarszy nocny ultramaraton nieprzerwanie odbywający się od 1988 roku. Ten bieg to legenda, którą warto poznać, dla której warto jechać przez całą Polskę.

Boguszów-Gorce to niewielkie miasteczko leżące u stóp Sudetów Wałbrzyskich. Bardzo malownicze, ale też i biedne. Ze sporym potencjałem turystycznym, ale realizowanym w niewielkim stopniu. Przytłoczone przez inne sudeckie miejscowości. Ale to jednak tutaj odbywa się TEN bieg. I dzięki niemu miasto wychodzi na ulice. W jego obsługę angażuje się cała społeczność. Widać to na każdym kroku. Włączenie w takim stopniu lokalnej społeczności w organizację/kibicowanie jest marzeniem chyba każdego biegu robionego przez prywatne podmioty.

Czytając regulamin biegu bardzo często można przeczytać że celem biegu jest: "Popularyzacja biegów górskich jako formy rekreacji ruchowej i promocja regionu". Zazwyczaj brzmi to jak pusta formułka, ale w przypadku Sudeckiej 100 - to naprawdę jest promocja regionu. Ja jako jego zwykły uczestnik będę wielu osobom opowiadał o Boguszowie-Gorcach.

Wracając do pakietu, to poza tym najważniejszym, czyli możliwością biegania po Sudetach i spędzenia doby w Boguszowie-Gorcach dostaliśmy także:

foto zrobione po powrocie
  • koszulkę techniczną (ładna, dobrze leży i była XL)
  • chustkę na głowę
  • dzbanek z wałbrzyskiej huty szkła
  • opaskę odblaskową
  • płyn do płukania ust
  • medal na mecie
  • talon na posiłek
Dodając do tego 12 bufetów na trasie, zastanawiam się jak to jest? Czy ten bieg jest kawałkiem legendy tego miejsca i może być deficytowy jako pojedyncze przedsięwzięcie, a zyski są wyłącznie niewymierne? Czy może 50 PLN od osoby wystarczą aby zorganizować taki bieg przynajmniej "na zero"?

Talon na posiłek mogliśmy zrealizować albo przed albo po biegu w przylegającym do rynku pubie Baryt. Od samego początku wydawało mi się, że nazwa tego pubu nieprzypadkowo pochodzi od minerału. Faktycznie, baryt występuje w Polsce głównie w okolicach Boguszowa-Gorc.

Talon na posiłek postanowiliśmy wymienić od razu, a nie dopiero po biegu. Do wyboru był: schabowy z dodatkami, zapiekany camembert z dodatkami lub makaron z boczkiem/kurczakiem/warzywami. Całkiem nieźle.


Start

Zbliżała się 22:00. Na scenie grał cover band Dżemu wymieniając się mikrofonem na przemian z prowadzącym imprezę. Mieszkańcy wychylali się przez szeroko otwarte okna, wielu z nich wychodziło na ulicę. Zawodnicy schodzili się na rynek. Łącznie na wszystkich dystansach (42km i 100 km z opcją wycofania się na 72 km i bycie klasyfikowanym na tym dystansie) było około 500 osób.

Kiedy słońce schowało się za górami i rynek otulił wieczorny półmrok - temperatura spadła o kilka stopni. Nie było już ponad 30 stopni, ale pewnie około 25-27. To nadal bardzo bardzo dużo jak na bieganie.


Kiedy rozmawialiśmy między sobą jakie mamy obawy przed tym biegiem, ja jako największą ze swoich wymieniłem strach przed udarem. Ja nie jestem biegaczem wagi lekkiej, tylko lokomotywą, która potrafi ciągnąć te wagoniki z barytem przez całą noc i pól dnia, ale ilości płynów, które przeze mnie przechodzą na takich dystansach w taką pogodę to 8-10 litrów. Udaru boję się dlatego, bo rok temu coś bardzo podobnego spotkało mnie podczas jednego z maratonów u Rysia w Wituni w 32 stopniach.

Michał bał się tego, czy uda mu się przebiec chociaż do 72 km. To już nie jest ten sam Joszczi, który rok temu wykręcił super wynik na Mnichu w Szczawnicy. Joszczi się przetrenował, złapały go korzonki i przez 2 miesiące praktycznie nie biegał. Chciał się wycofać z tego biegu, ale byłem względem niego szczery. Tak, namawiałem go, bo ten bieg to coś więcej niż sam bieg. Ten bieg dla nas to przygoda. A ja nie chcę mieć żadnych przygód bez Joszcziego! :)

Dominik się nie bał niczego. Ale za to stało się z nim to co zawsze działo się ze mną. Tuż przed biegiem złapała go depresja. Siedział na murku i było mu smutno, że było zakończenie roku szkolnego a on zamiast spędzić ten dzień z dziećmi spędził go z amerykańskimi marines w dusznym przedziale TLK. "Co za zmarnowany dzień" - rzucił pod nosem, wstał z krawężnika i ustawił się do startu.


3...2...1... i ruszyliśmy na rundę dookoła rynku, aby za chwilę włączyć czołówki i rozświetlić nimi pierwsze podejście na Mniszek. W niebo wystrzeliły fajerwerki. Ludzie stali po obu stronach ulicy i klaskali. Po pierwszym kilometrze straciłem chłopaków z zasięgu wzroku. Tak jest na każdym biegu, który lecimy, ale tym razem było trochę inaczej. Jak się odwracałem - to ich nie widziałem ;)

Komórkę z endomondo schowałem do plecaka i praktycznie wyjąłem ją tylko dwa razy, aby zrobić zdjęcie jakiś czas po wschodzie słońca oraz aby odebrać wiadomość od Michała. Więcej zdjęć na trasie nie robiłem. Dlatego kolejne kilometry postaram się opisać, a resztę trzeba będzie sobie wyobrazić.



0-42 km

Ten dystans biegli wszyscy. 500 ludzi na szlaku. Na początku było nawet trochę ciasno i parę razy trzeba było na zwężeniach poczekać kilka sekund. Ale już na podejściu na 5 km było luźniej, choć na następującym po nim zbiegu trzeba było wyprzedzać bokami. Mimo temperatury, która po prostu zalewała mi oczy potem biegło się lekko i pewnie. Praktycznie cały czas wyprzedzałem. Tylko w trakcie pierwszego bufetu minąłem chyba z 20 osób (pijąc 2 kubeczki wody na miejscu i 2 kubeczki iso w marszu). Pomiar czasu na 23 km pokazał 2h 30 min (!!) W takim tempie po górach, zaliczając trzy podejścia to jeszcze się nie posuwałem. Chwilę później, na zbiegu, dogonił mnie Dominik. Myślałem, że zwolni i zamieni chociaż parę zdań, ale rzucił tylko "I tak dogonisz mnie na podbiegu" i poleciał. Faktycznie spotkałem go ponownie na 35 km w trakcie podejścia na Chełmiec. "I tak dogonisz mnie na zbiegu" - powiedziałem, albo tylko pomyślałem i kontynuowałem swoim tempem.

Rozmawiając po biegu, mnóstwo osób strasznie narzekało na monotonne, równomierne i bardzo długie, kilkukilometrowe podejście na Chełmiec. Dla mnie było idealne na tamten stan umysłu. Nawet powiedziałbym - fajne. Mógłbym podchodzić w nieskończoność. Swój postój w bufecie na wierzchołku skróciłem do kilku sekund (aby utrudnić Dominikowi dojście mnie na zbiegu) i poleciałem w stronę mety 42 km na stadionie.

Do tego miejsca biegło mi się naprawdę fantastycznie. Może to tylko moje złudzenie, ale miałem wrażenie, że trasa jest bardzo łatwa. Łatwiejsza od Mnicha i od Łemko. O widokach ciężko coś powiedzieć, bo cały ten dystans przebiegliśmy w mroku nocy. Używam polskiej czołówki Tiross za 50 pln (dzięki Janek za polecenie!) z hurtowni elektrycznej. Ja wiem, że nie jest to Petzl, ja wiem, że dla gadżeciarzy i wyznawców Petzla chwalenie czołówki za 50 pln to kosa w brzuch. Ale ten dialog z trasy jest prawdziwy:

- Hej kolego, to co masz na głowie to nie jest czołówka - słyszę zza pleców
- ???
- TO  JEST LATARNIA MORSKA


42 - 85 km


To zdjęcie ze stadionu z materacami wyłożonymi dla tych, którzy kończą na maratonie zrobił Michał kilka godzin później, kiedy przegoniło go słońce. Ja na stadionie uzupełniłem tylko bukłak, wziąłem kanapkę, kawę i izotonik i udałem się w dalszą trasę. Kiedy byłem tuż za 50 kilometrem usłyszałem w plecaku dźwięk przychodzącej wiadomości. To był Michał. Poza brakiem formy związanej z brakiem treningu od 2 miesięcy i niedoleczonymi korzonkami... skręcił jeszcze kostkę na 5 km :) Napisał mi, że kończy na 42 km, ale ja mam zapierdalać. Schowałem komórkę do plecaka, podniosłem wzrok i .... i zobaczyłem pionową ścianę.

To było wejście na Dzikowiec. 2 km mega mozolnego podejścia. Czy ja powiedziałem przed chwilą że Sudecka 100 to łatwa trasa?? Może i łatwa, ale tylko do 42 kilometra. Kiedy trasa skręciła na drugą stronę Sudetów Wałbrzyskich zaprezentowała w sobie wszystko co piękne i znienawidzone w biegach górskich. Coś co można zdefiniować tym, że kiedy za zakrętem po ostrym podejściu widzisz kolejne podejście, odwracasz się za siebie czy czasem nie idzie jakaś kobieta i krzyczysz "kurwa!!!!". Ale kiedy jesteś na górze, wyjmujesz komórkę z plecaka i robisz takie zdjęcie. Dzikowiec, 55 km.


Za 55 kilometrem z miarę łatwego biegu zrobiła się walka. Przyszedł tradycyjny kryzys w ultra. Kiedyś w takich momentach zastanawiałem się czy zrezygnować, szukałem motywacji i dzwoniłem do żony. Ale tym razem kryzys dopadł mnie w okolicach 6 rano. Dzwoniąc o tej godzinie miałem większą szansę na opierdol niż o motywację. Obliczyłem limity i wyszło mi, że z racji szybszego początku nawet jakbym już tylko szedł to i tak będę na 72 km 3 godziny przed limitem. Od czasów Mnicha zawsze liczę i zapamiętuję limity :)

Zacząłem się nawet zastanawiać gdzie jest Dominik. Czemu mnie jeszcze nie doszedł? Jak tak zacząłem o nim myśleć, to znów zacząłem biec :) Góra i dół, góra i dół. Wszystko co wcześniej pomyślałem o tej trasie zacząłem odszczekiwać. Naprawdę stała się wymagająca.

Poranek był dość łaskawy, przez pierwszych kilka godzin słońce było zasłonięte delikatnymi chmurami i dzięki temu nie paliło karku od 6-tej. W nocy miał być deszcz, ale skończyło się tylko na piekielnych błyskach po drugiej stronie góry. Nie spadła ani kropla. Ale na słońce byłem przygotowany. Piłem regularnie na przemian wodę i izotonik. Kiedy zaczęło świecić - moczyłem czapkę w wodzie i polewałem kark. Nawet nie zorientowałem się jak temperatura znów doszła do 29 stopni.

W każdym biegu musi jednak być coś, co najbardziej przeszkadza, co staje się piętą achillesową zawodnika. Tym razem po 10 godzinach walki w Sudetach, poprzez ścieżki tak kamieniste jak kolejowe nasypy zaczęły mnie boleć stopy. I chyba pojawiły się na nich bąble. Biegłem w tych samych butach co obie Łemkowyny (Asics FujiTrainer3). Są dość lekkie i z niewielką amortyzacją. Fajnie sprawdzały się łemkowskich błotach, ale tym razem każdy kamień, który przetaczał się pod butem od palców aż po piętę zaczął sprawiać mi dyskomfort, aż w końcu ból.

W punkcie po 72 km załapałem się do 4 osobowej grupy, która po jakimś czasie stwierdziła, że chyba dotrze do mety po prostu marszem. Po ostatnim dużym podejściu zaczęliśmy pokonywać takie baaardzo długie, kilkukilometrowe "półkole" w pełnej ekspozycji na słońce. Jednym słowem - patelnia! Kiedy zacząłem obliczać ile jeszcze godzin musiałbym spędzić na trasie postanowiłem jednak przetestować bąble na stopach i potruchtałem powoli z dół.

Biegnąc tak do 85 km zastanawiałem się co tak naprawdę blokuje nas przed biegiem, kiedy wydaje nam się, że już absolutne dalej nie damy rady. Głowa? Może nogi? A może płuca i ogólna wydolność? Postanowiłem to sprawdzić:
  • punkt pierwszy to zapomnieć, że bolą pęcherze (dało radę)
  • punkt drugi, to zaproponować nogom szybki bieg przez np. 200 metrów (dało radę)
  • punkt trzeci to biec dalej i sprawdzić co pierwsze pęknie
Okazywało się, że za każdym razem puszczały płuca. Stopy bolały cholernie, ale można było o tym zapomnieć, jednak tętno szło w górę i czoło zalewało mi się falą potu.


86-100 km

Na 86 kilometrze zaliczyłem jeden z najbardziej niezapomnianych punktów regeneracyjnych. Kiedy dobiegłem tutaj zlany potem i dyszący jak pies dostałem propozycję nie do odrzucenia:

- Polać głowę wodą? 
- Tak, jasne, z przyjemnością - odparłem i spodziewałem się, że ktoś poda mi kubeczek z wodą do polania.
- Heniek do jeziora!! - padał komenda

"Heniek" pobiegł do pobliskiego jeziora, zaczerpnął wody do wiadra zrobionego jakby ze skóry bawoła lub pożyczonego z muzeum archeologicznego i po kilku sekundach wylał całą jego zimną zawartość na moją głowę. 

Wyszedłem z tego punktu oszołomiony i uśmiechnięty od ucha do ucha. Do mety teoretycznie było już bardzo blisko, ale końcówkę tej trasy projektował prawdziwy sadysta. Na 91 km widziałem już Boguszów-Gorce w oddali. Już tam biegłem. W myślach byłem na mecie. I wtedy nagle jakaś Pani każe mi skręcić w prawo, w las... I tak kilka razy. Jakby nie można było pobiec prosto do mety...


Oznakowanie

W tym momencie chciałbym zrobić małą dygresję i napisać o oznakowaniu trasy. Nie było tutaj żadnego tysiąca zwisających tasiemek z drzew, ani łopatologicznie oznakowanych zakrętów. Były wszędzie żółte trójkąty namalowane tak jak oznaczenia szlaków, czyli na drzewach, a w mieście na murkach lub słupach. Nie było ich wiele, ale były PERFEKCYJNIE zaplanowane tam gdzie mają być. Jeżeli jakikolwiek zakręt mógł być wątpliwy natychmiast za nim było oznakowanie potwierdzające. Jeżeli nie było żadnego odbicia ani krzyżówki ścieżek - nie było znaków. To takie proste i stosowane praktycznie na wszystkich szlakach PTTK. Pomyślałem sobie w głowie, ze ilość nie zawsze znaczy jakość. Na Sudeckiej 100 każdy znak miał sens. Ja nie zbłądziłem ani razu. I tylko dwukrotnie miałem lekką niepewność rozwianą po kilkudziesięciu metrach.

Finisz

Kiedy miałem już totalnie dość nabijania kilometrów na serpentynach w lesie przed Boguszowem-Gorce szlak skierował mnie do miasta. Stadion był jakieś 500 metrów w górę. Szedłem już ledwie włócząc nogami. Nie miałem ani sił ani ochoty na bieg. Do biegu mogła mnie skłonić tylko jedna rzecz - obejrzałem się na długą ścieżkę za siebie i... ciągle nie widziałem na niej Dominika.

Idąc dalej spytałem spacerujących finiszerów ile jeszcze do mety. Nie musieli nic mówić. Po ich spojrzeniach i gałkach ocznych nerwowo pląsających góra-dół już widziałem, że chcą ukryć kłamstwo. Domyśliłem się, że muszę pewnie jeszcze okrążyć miasto trzy razy. Nie pomyliłem się wiele.


Kiedy wbiegłem na rynek (do stadionu jeszcze agrafka, dwa nawroty, schody i pętla) jakiś człowiek z obsługi zaczął do mnie machać. Stał obok strażaka i machał raz w lewo raz w prawo. Kompletnie nie wiedziałem czy chodzi o to że mam biec prawą czy lewą stroną. No i czemu on mi robi zdjęcia? Spojrzałem na niego zmulonym wzrokiem a on do mnie mówi:

- Masz tu piwo, a drugie Ci w plecak schowam dla Dominika i idę zająć miejsca w pubie, Ty się wykąp i dołącz.

TO BYŁ MICHAŁ JOSZCZAK, którego nie poznałem. Dopiero jak zaczął mówić to zrozumiałem kto to jest. Otworzyłem piwo i poszedłem w kierunku stadionu.... 100 metrów dalej wyrzuciłem do śmietnika pustą puszkę.

Meta

Dotarłem!! 15 godzin, 11 minut, 47 sekund. 100 kilometrów. 3300 przewyższenia.



Na mecie medal, odbiór rzeczy z depozytu i prysznic. Umówiliśmy się, że buty i zużyte rzeczy chowamy szczelnie do worków na śmieci przed schowaniem w torbie, dobrze się myjemy i dopiero wtedy idziemy na mecz do pubu. Bez tego mogłoby być... gęsto.


Podchodzę jeszcze do chłopaka z datasport i pytam czy mógłby mi sprawdzić gdzie jest Dominik.

- Pana kolega będzie dopiero za godzinę - powiedział

Myślę sobie, że pewnie stwierdził, że będzie podziwiał widoki. Rozsiadł się na kamieniu i ogląda piękne Sudety pogryzając czekoladą.  A potem popływał sobie w jeziorze. I to wszystko w limicie. Ale istniała też druga opcja. Może stwierdził, że się nie poci, więc wypije tylko 0,5 litra przez całą drogę...

Ultrasi oglądają mecz

Dzięki mojemu wpisowi na FB do Pubu Baryt na mecz Polska - Szwajcaria przyszła przynajmniej jedna osoba - Kuba :) Dominik też dotarł tuż przed pierwszym gwizdkiem. Jego opowieść do teraz pompuje mój balon i dodaje skrzydeł. Podobno tak bardzo chciał mnie dogonić, że się zagotował i resztę trasy walczył o życie! :D


Mecz obejrzeliśmy jak na powyższych obrazkach. Ultrasi mają taki specyficzny wewnętrzny spokój. Każdy był pewny, że to wygramy :)

Czekając na Godota

Po meczu poszliśmy na zakupy do biedronki i nie mając co ze sobą zrobić zeszliśmy w dół pod dworzec PKP. Pociąg mieliśmy za 4 godziny. Dworzec jest zamknięty, bo PKP oddało go miastu, a miasto pewnie nie ma budżetu aby zrobić remont. Ale pod dworcem był niesamowity klimat. Przetrwaliśmy nawet burzę przyciskając się do ściany. Te 4 godziny spokoju, wolnego czasu, odpoczynku i dyskusji było idealnym pożegnaniem Boguszowa-Gorców. Nie obyło się też bez nagrody za trudy. Burbonik na murku poszedł.






Kiedy o 21:58 przyjechał pociąg prawie (jak w mojej przepowiedni) nie wsiedliśmy do niego. Bo na pierwszym wagonie miał napisane Jelenia Góra - Warszawa. Hmmm może o tej porze pociągi odchodzą co minutę i jedziemy następnym? Na szczęście konduktor z nami zagadał i uświadomił nas, że każdy wagon jedzie gdzie indziej, że będą potem rozdzielane i podłączane do innych składów i BIEGIEM mamy szukać swojego wagonu do Gdańska. Czyli stało się najgorsze - mieliśmy BIEC przez peron. Daliśmy radę :)



Dwa zdjęcia pożegnalne, jedno nasze i drugie z Kubą, z którym po biegu oglądaliśmy mecz.  Na zakończenie 48-godzinnej doby kulturalnie zalegliśmy w naszym wagonie sypialnym.


Dominik przed snem musiał jeszcze sprawdzić wyniki czy na pewno to nie był sen i przegrał ze mną o ponad godzinę :)

Przedział sypialny to genialny wynalazek. Można się super elegancko wyspać w cenie przeciętnej kwatery, a jako bonus budzisz się niemal u siebie w domu. Zakwasy są, ale przynajmniej jesteś z rodziną już rano i możesz spędzić z nimi czas... chyba, że akurat piszesz relację.

* * *

Będę bardzo miło wspominał ten bieg. Miał w sobie wszystko to po co jeździ się przez całą Polskę aby zmaltretować swoje ciało i zregenerować duszę. Na każdym kroku było widać, że jest robiony przez ludzi, którzy cieszą się z tego w głębi serca. Boguszów-Gorce to bardzo miły, ciepły i gościnny gospodarz. A o Sudecką 100-tkę jestem spokojny. Ten bieg jest po prosty ważny i potrzebny. W tym roku była 28-ma edycja. Wiem, że będę tu przyjeżdżał jeszcze nie raz.

10 komentarzy:

  1. Zamiast się kisić na dworcu, następnym razem idźcie na wzgórze Mazurka (po drodze ze stadionu, na pierwszym skrzyżowaniu prosto łąkową drogą). Jak zobaczycie panoramę miasta, to już na zawsze zostaniecie w Boguszowie-Gorcach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się naprawdę podobał klimacik pod Dworcem. A o wzgórzu Mazurka nikt mi nic nie powiedział. Będę pamiętał w następnych latach.

      Usuń
  2. 3300 było tego przewyższenia? Oficjalnie podawali chyba 2700 coś.
    Gratuluję walki przez 15 godzin, mnie by to zabiło.
    A co do projektanta trasy, to większość biegu paplałem o tym, jak bardzo jest ona sadystyczna. Bo niestety znam trochę te tereny.
    I fajnie Ci poszło z realizacją relacji, ja jeszcze się zbieram :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm gdzieś czytałem że 3300. Mi endo pokazało nawet więcej ale ono się akurat myli co do wysokości.

      Usuń
    2. U mnie wyszło coś ponad 2700 na garminie. Skłaniałbym się bardziej do oficjalnej wersji.

      Usuń
  3. Dziekujemy za piekną laurkę i zapraszamy ponownie :) - mamy jeszcze trochę miejsc do pozwiedzania i do pobiegania :) Pozdrowienia z Boguszowa-Gorc:) / ElMa

    OdpowiedzUsuń
  4. hej :) chyba Was mijałyśmy w okolicach dworca PKP kończąc naszą setkę....dośc późno :) :) Dzięki za słowa mobilizacji :) pozdrawiamy. Beata & Kornelia

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajna ta relacja :) do zobaczenia za rok :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Super się czyta takie relacje, tym bardziej, że samemu się biegło w tej imprezie i spojrzeć na ten bieg "innymi oczami" pozdrawiam i do zobaczenia na trasach

    OdpowiedzUsuń

Podobne wpisy