Winyle zbieram od niemal 30 lat. Nigdy nie przestałem ich zbierać niezależnie od tego czy było to modne czy nie. Ostatnio trochę boleję nad tym, że w skali ostatnich 5 lat ich ceny na allegro czy ebayu poszły kilkukrotnie w górę. Kiedyś kupowało się dobre polskie płyty za 3-5 zł a za zagraniczne rzadko płaciłem więcej niż 15 zł. W tej cenie spokojnie do dostania był i Pink Floyd i Genesis i Camel i cała rzesza artystów, których albumy aktualnie stoją po 50-100 zł.
Była też jedna płyta, której przez te wszystkie lata nie udało mi się kupić, bo nie chcąc przepłacać wprowadziłem swoją wewnętrzną nienaruszalną zasadę, że licytuję tylko 1 raz, na chłodno, a jak ktoś mnie przebije nawet 1 grosz, to nie unoszę się chęcią odegrania i po prostu odpuszczam. W ten sposób kilkukrotnie przegrałem album Velvet Underground & Nico dosłownie o 1 złotówkę...
Jakie było moje zdziwienie, kiedy w ostatnią niedzielę znalazłem tę płytę, nową, wydaną w serii Back to Black w ... Biedronce.
Płyta leżała na taśmie i powoli przysuwała się do Pani Irenki, a za nią jakieś jogurty, sałata, bagietka, stek z tuńczyka i butelka wina. Trzeba było jakoś uczcić ten biedronkowy zakup! Andy Warhol byłby przeszczęśliwy widząc jak jego sztuka po 50 latach wciąż znajduje miejsce w koszyku pop-zakupów.
wtorek, 4 kwietnia 2017
sobota, 1 kwietnia 2017
Parkrun Tczew #49 - czyli parkrunowe podróżowanie cd.
Nie mogłem spać od 6-tej, choć budzik miałem nastawiony dopiero na 7:30. Wstałem, zjadłem na śniadanie jednego ziemniaka, który ostał się z piątkowej kolacji i otworzyłem Wikipedię aby poczytać o historii Tczewa.
Tczew jest bliskim mi miastem, bo mieszkając przez pół życia w Łęgowie, gdzieś na starej trasie A1, kilka kilometrów za Pruszczem Gdańskim miałem praktycznie tak samo daleko do Gdańska jak i do Tczewa. Jeżeli chodzi o wybór liceum, potem studiów i miejsca do życia - wiadomo - tutaj lgnąłem do Gdańska, ale jeżeli chodzi o podróże na południe Polski (z perspektywy Gdańska każda podróż to podróż na południe) to stacją przesiadkową równie często jak Gdańsk - był Tczew. Można powiedzieć, że znam Tczew dość dobrze, ale z perspektywy... dworca PKP.
piątek, 31 marca 2017
"Wytrwać w biegu" - Ryszard Kałaczyński
Byłem tam!!! - chciałbym krzyknąć.
Byłem tam, pamiętam bele słomy ustawione na starcie, atmosferę budy, która kiedyś była sklepem spożywczym, ale Rysiu zamienił ją w biuro zawodów projektu 366 maratonów w 366 dni. Pamiętam jak mróz telepał całym ciałem po wyjściu z ciepłego wnętrza, a także jak przytruchtałem do mety na granicy udaru słonecznego i Rysiu polewał mi nogi zimną wodą... Nawet jeżeli ktoś jeszcze powtórzy wyczyn Rysia, to nie wierzę, że będzie w tym tyle hippisowskiego ducha, co przez kolejne 366 dni w Wituni począwszy od 15 sierpnia 2014 roku.
czwartek, 30 marca 2017
Kącik biegowego melomana: Mother Love Bone - Apple
Ile razy już tutaj pisałem, że przeżywając swoją młodość w epoce grunge byłem totalnym antyfanem tego gatunku? Ile razy wspominałem, że kompletnie nie rozumiem do dziś zachwytów nad Pearl Jam? Próbowałem praktycznie wszystkich płyt. Coś tam do mnie dociera z Vitalogy, coś z Yeld. Byłem nawet na koncercie Pearl Jam, ale to wciąż ten zespół, który lubili raczej moi dalsi znajomi i 3/4 świata, ale nie ja. Tak samo ominął mnie szał związany z Nirvaną, na samobójstwo Cobaina wzruszyłem ramionami i do dziś mylę ze sobą utwory Alice in Chains oraz Soundgarden.
Jechałem dziś samochodem i rozmawiałem przez telefon z Joszczim pastwiąc się nad The Sisters of Mercy i zastanawiając się czy kupić bilety na ich wrześniowy koncert w Gdańsku. Od słowa do słowa, weszliśmy na temat grunge'u. No i kiedy tak marudziłem, że ja z jednej strony nie lubię Perl Jam, ale z drugiej coś bym sobie posłuchał, czegoś w pewnym sensie nowego dla mnie, padły z ust Michała dwie nazwy: Mad Season i Mother Love Bone.
Jechałem dziś samochodem i rozmawiałem przez telefon z Joszczim pastwiąc się nad The Sisters of Mercy i zastanawiając się czy kupić bilety na ich wrześniowy koncert w Gdańsku. Od słowa do słowa, weszliśmy na temat grunge'u. No i kiedy tak marudziłem, że ja z jednej strony nie lubię Perl Jam, ale z drugiej coś bym sobie posłuchał, czegoś w pewnym sensie nowego dla mnie, padły z ust Michała dwie nazwy: Mad Season i Mother Love Bone.
wtorek, 28 marca 2017
"Jestem zbyt gruby aby nie biegać w poniedziałki!"
Ostatnimi dniami, a nawet tygodniami strasznie mną miotało. Biegałem, nie biegłem, biegałem bez przyjemności, męczyłem się strasznie, forsowałem głowę, czasami z głową przegrywałem. Nogi ciężkie, brzuch wielki, w głowie ledwie tlący się ogarek chęci. Joszcziemu zaczęły puszczać powoli nerwy i zaczął mnie już na poważnie opieprzać, że jeżeli chcę z nim biegać rekreacyjnie to muszę biegać 6:30 min/km z pełną przyjemnością i bez zadyszki. Kiedy parę razy pobiegłem szybciej to mi wytykał, że na pewno bez przyjemności. Biegać rekreacyjnie nie musimy w sumie razem, ale jakieś tam wspólne plany na ten rok mamy i chciałbym dobiec do mety w takim czasie aby Michała jeszcze w miarę trzeźwego tam spotkać.
"W poniedziałki nie biegam!!" - To hasło, które przez kilka lat wcielałem w życie. W poniedziałki się zazwyczaj nie biega, bo jest się po długim niedzielnym wybieganiu. Ale... ostatnio musiałem zmienić to hasło na trochę podobne, ale jednak znacząco inne: "Jestem zbyt gruby aby nie biegać w poniedziałki!".
poniedziałek, 27 marca 2017
Panowie, warto pisać bloga, nie warto odpuszczać, bo odpuszczanie... ;)
Kilkanaście minut temu Waldek Miś napisał w komentarzu pod moim ostatnim wpisem, że zastanawiał się nad zamknięciem swojego bloga. Trochę mnie to zmroziło. Waldek pisał ostatnio raz na kwartał (choć w marcu już dwa wpisy!), ale to są wpisy, które czyta każdy kogo znam. To są wpisy, które sobie wewnętrznie dyskutujemy ze znajomymi i nie do pomyślenia by było gdyby miało ich nagle zabraknąć.
Michał, znany jako Biegacz z Północy zadedykował mi swój ostatni wpis. Może nie dokładnie mi, bo ja w tym wpisie jestem tylko katalizatorem do pokonania kilku kilometrów więcej, ale generalnie idei pisania bloga - "czegoś, co może być kiedyś fajną pamiątką". I to jest właśnie sedno. Te chwile zatrą się pamięci, przeminą, pozostanie zmieszana chmura wspomnień, z których na pewno będziemy potrafili do końca życia wychwycić takie momenty jak finisz na deptaku w Kretowinach, stres przed pierwszym górskim biegiem, widok fontanny Neptuna na mecie... Ale czy bez bloga, który jest po prostu formą pamiętnika naszych czasów zapamiętamy jak wyglądała nasza codzienność?
sobota, 25 marca 2017
Co mam czytać w necie o bieganiu kiedy nie mogę spać?
Noszę w sobie ten wpis od dość dawna, ale kompletnie nie wiem jak go ugryźć aby zostać dobrze zrozumianym. Nie jestem mistrzem interakcji jeżeli chodzi o swojego bloga, raczej piszę o sobie i o swoich przygodach/wysłuchanych płytach/przeczytanych książkach. Nie wciągam za wszelką cenę w dyskusję. Jeżeli taka się wywiąże - fajnie, ale nie walczę o clickbaity, często wymyślam niechwytliwe tytuły, nie operuję zbytnio obrazem, po prostu staram się pisać.
Ale jest też druga strona. Bardzo lubię czytać. I często zdarzają się takie chwile, że wieczorami, kiedy dzieciaki śpią, kiedy cała dzienna prasówka jest już przeczytana, kiedy odświeżanie facebooka nie przynosi nowych informacji, ale wciąż nie mogę zasnąć, albo po prostu nie chce mi się spać...
Ale jest też druga strona. Bardzo lubię czytać. I często zdarzają się takie chwile, że wieczorami, kiedy dzieciaki śpią, kiedy cała dzienna prasówka jest już przeczytana, kiedy odświeżanie facebooka nie przynosi nowych informacji, ale wciąż nie mogę zasnąć, albo po prostu nie chce mi się spać...
Subskrybuj:
Posty (Atom)







