poniedziałek, 18 marca 2019

1:29:04 - Półmaraton Gdynia 2019 - relacja z trasy

c.d.


Wystartowaliśmy.

Kilka chwil wcześniej nasi pacemakerzy dokonali krótkiej odprawy. Początek miał być szybszy, tak w okolicach 4:10 aby wyrobić sobie zapas związany z dalszym profilem trasy.

Punkt 11:00 ruszyła elita, następne grupy wypuszczane były falami. Nie było wielkiego ścisku tuż za linią startu, choć 7500 osób to naprawdę niemała liczba. Udało się jednak trzymać tempo od samego początku.


Jeszcze przed rozgrzewką bałem się trochę tych pierwszych kilometrów. Wiem, że prawdziwą, realną moc danego dnia można określić po pierwszych 3-4 kilometrach. Rozgrzewka mnie jednak uspokoiła, a pierwszy kilometr w 4:04 nawet trochę zdziwił. Zdziwił, że przy tym tempie oddycham dwa razy wolniej niż część osób obok mnie.

Pacemakerów było dwóch: Rafał i Daniel. Ekipa za nimi na oko 20-30 osób. Za swój cel wybrałem sobie plecy Rafała. I nawet nie wiem kiedy minęło pierwsze 5 kilometrów. Patrząc na zrzut z zegarka tempo kilometrów wahało się nawet o 15 sekund, ale nie czułem żadnego rwania. Raczej było ono dopasowane do mikrozmian nachylenia. No i przy okazji o 2-3 sek szybsze od zakładanego po to aby wyrobić zapas przed podbiegiem od 9 do 15 kilometra.

4:11 - takie średnie tempo pokazywał mi zegarek. Oddychałem równo, treningowo. Kontrolowałem technikę biegu i swoje miejsce w szyku. Jeżeli miałbym cokolwiek poprawić w swojej taktyce na tym odcinku to trochę poluzowałbym tę niewidzialną gumę miedzy zającem a mną. Biegłem jak przyklejony, centralnie środku grupy i nie dalej niż jedną osobę za plecami Rafała.

Wiało?

Trochę obawiałem się wiatru i trochę za dużo naoglądałem analiz na temat aerodynamiki peletonu kolarskiego. W efekcie jeżeli ktoś się mnie pyta czy w trakcie biegu wiało nie wiem co odpowiedzieć. Może wiało, ale nie na mnie :)

Był też jednak minus biegu w najbardziej gęstym miejscu grupy - wyprzedzanie, a raczej połykanie kolejnych biegaczy i przemielanie ich przez środek naszej drużyny. Wyprzedziliśmy ich około 200 co daje średnią większą niż 1 na 30 sekund. Tempo 4:11 jest naprawdę szybkie i biegnąc łydka w łydkę niejednokrotnie się ocieraliśmy o siebie. Było kilka potknięć, ale na szczęście nikt nie leżał. A wyprzedzanie, a raczej wchłanianie środkiem grupy sprawiało, że koncentracja cały czas musiała być na full.



Podbieg był trudny? 

Nie wiem. Biegnąc cały czas z rezerwą nie doszedłem do żadnej granicy. Tym bardziej, że pacemakerzy tak jak zapowiadali - zwolnili o kilka sekund. Jednak grupka się przerzedziła. Jeżeli ktoś biegł na limicie i trzymał się tylko sercem to mógł mieć kłopot.

Chwilę wcześniej, w okolicach 30 minut i 8-mego kilometra wyciągnąłem z tylnej kieszonki swój jedyny żel jaki zabrałem. Tak naprawdę to chyba pierwszy raz w życiu wziąłem żel na asfaltowe zawody. Inni tak robią i polecają. Taki zastrzyk łatwej energii ma sens. Obiecałem chłopakom z polskiego startupa - Unit Suplementy, że jak zrobię wynik poniżej 1:30 to o nich wspomnę (a żel kupiłem!)

Miś tutaj!?

Mniej więcej na 13 kilometrze zobaczyłem przed sobą Waldka Misia, który miał pobiec poniżej 1:30 ale bez wspomagania się balonikami. Takie klasyczne freesolo :) Wyprzedziliśmy Waldka przy bufecie. Nasi zające mieli tak opracowaną technikę pokonywania bufetów, że zamiast zwolnić robiliśmy tam regularne szybkie kilometry. Rafał chwytał dwie butelki z wodą, a my lecieliśmy lewą stroną nie ryzykując zejścia po wodę, złamania rytmu czy potknięcia. Te wody potem krążyły w grupie i każdy mógł wziąć po łyku.

Pierwszy moment, kiedy poczułem, że biegnę całkiem szybko i musiałem zwiększyć częstotliwość oddechów to długa prosta rozpoczynająca się na 16 km Aleją Zwycięstwa. Ale w tym momencie do mety pozostał tylko tzw. "jeden parkrun". Tego się już nie da zepsuć. Pokonać parkruna mogę z zaciśniętymi zębami :)

I wtedy znów pojawił się Miś. Przemknął tak szybko i tak lekko poleciał do przodu, że przez chwilę pomyślałem, że on trenuje jakiegoś zaawansowanego Gallowaya albo ćwiczy interwały. Nasz zając też przyspieszył na zbiegu, ale poniżej 4:00 min/km nie zeszliśmy. Z perspektywy czasu myślę sobie, że mogłem uciec balonikom właśnie w tym momencie i pogonić za Waldkiem. Gdybym tylko wiedział, że Waldek po prostu rozpoczął długi finisz, a nie zwariował, bo taki scenariusz też zakładałem :)

Czy Świętojańska daje w kość?

Nie wiem. Kiedy tylko rozpoczął się ten ostatni podbieg pożegnałem baloniki i urwałem się do przodu. Publiczność była oszałamiająca. Ten doping całkowicie niwelował wzniesienie jakie trzeba było pokonać. 18-sty kilometr pod największą górkę na trasie zrobiłem w 4:13.

Finisz

Zbieg do morza i promenadą wprost na plażę to była czysta przyjemność. Wykrzesałem z siebie najszybszy kilometr na całej trasie (3:57) ale nie znalazłem już motywacji do sprintu na samej końcówce. Może gdyby Waldek był bliżej niż 8 sekund przede mną to bym jeszcze trochę pogonił, wyprzedził go rzutem na taśmę i chwilę potem podał mu wodę na mecie :D

Na metę wbiegłem z czasem 1:29:04 łamiąc moją jesienną życiówkę o 9,5 minuty. 



Mnóstwo moich znajomych poleciało w niedzielę na swoje życiówki. Jak widać pogoda ani trasa nie były wcale takie złe. Wszyscy, z kim rozmawiam, chwalą ten bieg. Ja też kompletnie nie mam nic do zarzucenia w temacie organizacji. No może poza tym, że w relacji live z mety, którą śledziła moja żona i dzieciaki w domu przy komputerze DOKŁADNIE na 10 sekund przed tym jak miałem przeciąć metę to... zrobili przerwę na reklamę.

Po biegu zadzwoniłem z pożyczonego od kumpla telefonu do żony (swój zostawiłem w aucie). Poczekałem na Krzyska Łapucia, pogratulowaliśmy sobie i niespiesznym krokiem udaliśmy się w 3 kilometrowy spacer do auta przy Arenie Gdynia wspominając nasz bieg, rozmawiając o rocku progresywnym i formule rodzin wielodzietnych 2+3.

To był dobry bieg. Jeden z moich najlepszych. Może nawet najlepszy. Z pewnością najlepsze było przygotowanie, a te opisałem wczoraj tutaj.


1 komentarz:

  1. Super! Gratulacje!

    Świetny pomysł pacemakerów z tą wodą, wyrazy uznania dla panów!

    OdpowiedzUsuń

Podobne wpisy