niedziela, 2 marca 2014

Maraton Sobieszewo

Zacznę klasycznie od cytatu:

"Panowie - jako szanujący się ultras powinniśmy przynajmniej raz w miesiącu maraton biec, a w czasie wielkanocnym bułeczki kukurydziane z rodzynkami przyjmować. Proponuję w przyszłym tygodniu jakoś wcześnie rano wyruszyć na taką trasę"  
Dominik



Taką propozycję skierowaną do ekipy tricityultra.pl przeczytaliśmy trzy tygodnie temu. Wstępnie ustaliliśmy pierwszy weekend marca jako dzień startu, zaś nad trasą deliberowaliśmy trochę dłużej. Rozważaliśmy opcję jak powyżej, z dobiegnięciem do morza na wyspie Sobieszewskiej i powrót z przystankiem w Greenwayu na starówce, oraz alternatywną trasę z obiegnięciem całej wyspy i powrót autobusem. W obu przypadkach trasa miała oscylować pomiędzy 42 a 50 km. Więcej niż maraton, mniej niż podstawowe ultra, co jednemu z nas  nie do końca się podobało :)



Stanęło na tym, że biegniemy w sobotę. Przygotowałem rodzinę, przygotowałem plecaczek, aż tu nagle w sobotę nad ranem ze snu wyrywa mnie SMS: "Mamy problem. Pada i ma padać cały dzień. Jutro ma nie padać." oraz chwilę później "z powodu deszczu przesuwamy na jutro". Fajnie... tylko czemu musiałem być o tym poinformowany 2 godziny przed pobudką? :D

W sobotę skoczyłem na parkrun. Węglowodany po tłustym czwartku tak mnie napakowały, że biegnąc na luzie dosłownie o kilka sekund śliznąłem się o mój parkrunowy PB. Gdybym tylko miał włączony dźwięk w endo i miał świadomość w jakim tempie lecę, na pewno podkręciłbym jeszcze końcówkę.

W niedzielę padać nie miało. Aczkolwiek ostatecznie pogoda nieco różniła się od tej z ostatnich wiosennych dni. Temperatura wynosiła 1-2 stopnie, wiał wiatr, odczuwalna była w okolicach -1 stopnia. Gdybym w ostatniej chwili nie wziął ze sobą trzeciej warstwy - byłoby mi po prostu zimno. Ale dzień wcześniej Dominik nakarmił mnie 12-stoma kotletami z ciecierzycy - paliwo więc było.

Ruszyliśmy parę minut po 7:30. O tej porze w weekend nie ma za dużego ruchu, więc zbiegliśmy na Orunię główną ulicą. I wkroczyliśmy w nieznane. Mieszkamy praktycznie tak blisko, a nigdy nie biegaliśmy po tych obszarach. Po raz pierwszy musieliśmy użyć mapy na 8-mym kilometrze. Na szczęście w porę zorientowaliśmy się, że tą drogą szybciej dobiegniemy do Pruszcza niż do Sobieszewa.


Po przejściu wydeptaną ścieżką środkiem wiaduktu kolejne kilometry ciągnęły po mniej lub bardziej błotnistych polach. Wbrew podłożu trzymaliśmy całkiem dobre tempo.


Po kilku km w oparach porannej mgły wypatrzyliśmy zarysy rafinerii lotos i pognaliśmy na azymut.


Na następnych kilometarch podkręciliśmy jeszcze tempo i w granicach 5:00-5:15 min/km gnaliśmy ulicą benzynową w kierunku mostu na wyspę. Tempo było fajne, energia rozpierała mnie ogromna... ale dokładnie na 21 kilometrze Dominik przyznał się, że wybieganie z chorobą to nie był najlepszy pomysł, tym bardziej na maraton. Od tej chwili trochę baczniej przyglądaliśmy się naszej gwieździe parkruna (4 miesjce w debiucie miesiąc temu :)) a Dominik zaczynał odpływać. Najpierw wydawało mu się, że zgubił 20 zł, potem zaczął opowiadać, że kupił akcje ale tak naprawdę ich nie kupił, mimo że kupił i anulował kupno. Nie było z nim dobrze, a przed nami wciąż ponad 20 km drogi. Ja natomiast czułem się znakomicie. Jarek także solidnie przygotował się do tego biegu i tym sposobem (Jarek i ja w formie + mega osłabiony Dominik) wszyscy zrównaliśmy się możliwościami biegowymi. Tylko przyjemność każdy miał z tego inną.


Dla mnie ten bieg to wciąż był prawdziwy RELAKS.

Dobiegliśmy do plaży. Przystanek nie był za długi, bo zimno i w ogóle. Dominik czuł się chyba coraz gorzej. Do ostatniego z poniższych zdjęć chciałem dorysować w photoshopie pięknego pawia, ale i tak bez sztucznej ingerencji widzimy dramat człowieka, którego wciąż dzieli ponad 15 km od ciepłego Greenwaya i ponad 20 km od domu.




Najtrudniejsza - bo najnudniejsza część trasy ciągle była przed nami - powrót kilka km ulicą benzynową, na której nic się nie dzieje, i którą przed chwilą biegliśmy. Nie było ostatecznie tak źle, porozmawialiśmy trochę o Salazarze, którego książkę właśnie kończę, i ogólnie o metodach treningowych, tabacie, znaczeniu interwałów, indywidualnej diecie, uniwersalnych sposobach na ultra - których tak naprawdę nie ma.

Nasze marzenia rosną razem z nami - powiedział nam przydrożny billboard. Chwilę później byliśmy ponownie przy rafinerii. Do greenwaya zostało 4-5 km po tzw. siódemce - czyli drodze Gdańsk-Warszawa.


W Dominika wstąpił dziwny pokład sił. Zakomunikował nam, że mniej się męczy jak biegnie szybko, i że poczeka na nas przy Zielonej Bramie, po czym wystartował do przodu. Wyglądało to trochę jak opowieści o zamarzających polarnikach na Antarktydzie, którzy tuż przed śmiercią z wychłodzenia wybiegają z namiotów, rozbierają się do naga i krzyczą, że im gorąco. Spojrzeliśmy się z Jarkiem po sobie zdziwieni, ale OK, spoko, leć do przodu orle.... Dogoniliśmy go po 200 metrach.


Do Zielonej Bramy dobiegliśmy w komplecie. Minutę później złożyliśmy hołd Neptunowi. Niestety obiektyw mojej komórki nie był w stanie objąć jednocześnie całego króla mórz i naszych twarzy. Na kolejnym selfie tego dnia pozbawiłem więc Neptuna głowy. Ale każdy przyzna, że dla takiej pozy Jarka - było warto poświęcić króla. Oficjalnie zgłaszam jego kandydaturę na nowego członka Frankie Goes To Hollywood.


Do Greenwaya wpadliśmy w 2/3 w świetnej formie i dobrym humorze i w 1/3 na granicy walki o życie. Do pełnego maratonu brakowało nam ok. 3 km, a był to dystans minimalny, który chcieliśmy tego dnia pokonać. Rozważaliśmy opcję pokręcenia się po starówce i powrotu do domu tramwajem, albo pobiegnięcia wzdłuż trakcji w kierunku domu z opcją wpakowania się do tramwaju w każdym momencie, kiedy przyjdzie taka konieczność.

Ale najpierw wciągneliśmy koktajle, zupy i soki.


Po wyjściu z greenwaya, po 15-20 minutach w pozycji siedzącej pierwszy raz tego dnia, po blisko 40 km w nogach zareagowaliśmy co najmniej dziwnie dla spacerowiczów. Każdy z nas pierwsze 50 metrów wykuśtykał w swoim niepowtarzalnym stylu. A Dominik kategorycznie stwierdził: "Panowie, ja idę na tramwaj, teraz!"

Do tej pory nie wiem czy to, że zacząłem namawiać Dominika na bieg wzdłuż trakcji tramwajowej (pod górkę) to był efekt troski o jego psyche (nie poddaję się, biegnę do końca, dałem radę!) czy mojego egoizmu (jak przyjedzie tramwaj, to przecież też się skusze i pojadę razem z nim, a przecież mam jeszcze zapas sił na 10 czy więcej km). Ostatecznie zaczęliśmy biec pasem zieleni ulicą Armii Krajowej w górę. Kilometr po kilometrze. Minęliśmy dwa przystanki i stało się logiczne, że biegniemy do końca, że tramwajem już nie byłoby bliżej, że to tylko zbędne przeorganizowywanie planu. Przekroczyliśmy 42 kilometr. Wtedy zeszło ze mnie całkowicie ciśnienie. Nie wiem czemu, ale bardzo parłem, aby nie poddać się, aby nikt z nas nie poddał się przed czterdziestką dwójką. Ostatnie kilometry do domu to już regularny marszobieg, a ostatni - czysty marsz.

Doholowaliśmy Dominika. Jego wyraz twarzy przestał zmieniać się 20 km temu. Na zdjęciu jest prawdziwy, nie doklejony. Byliśmy dzielni i go nie zostawiliśmy. Co więcej oddaliśmy go małżonce dokładnie o 13:00 - tak jak obiecaliśmy. To się nazywa kompani! :)


A to finalna trasa dzisiejszego biegu, 46.20 km w 4g:39m:59s


Podsumowanie tego biegu jest dla mnie proste. Uczciwy trening przekłada się na lekki i spokojny bieg. U mnie dziś wszystko spasowało jak należy: dobre przygotowanie, dobra dieta, dobre samopoczucie, dobre zdrowie, nic nie uwierało, nic nie przeszkadzało. Jeżeli dziś miałbym biec jeszcze 10, 20 może 30 km - nie protestowałbym i ciągnąłbym dalej. W kontekście naszego tricityultra.pl za dwa miesiące - to dobry prognostyk. Po raz kolejny przekonałem się, że w bieganiu nie ma dróg na skróty, a uczciwie wykonana praca przekłada się na efekty. Jednak skłamałbym, gdybym próbował wciskać, że nie czułem dziś zmęczenia. Czułem, i aby godzinkę później pójść z dzieciakami do sklepu musiałem kilka razy jęknąć i rozchodzić nogi. Tydzień temu biegłem z Dominikiem 19 km. Ten dystans kompletnie nie robi już na mnie wrażenia. Kilkanaście minut po takim biegu mogę robić dokładnie to co każdego innego dnia i wręcz zapominam, że biegłem. Chciałbym w przyszłości tak czuć się po maratonie :)


7 komentarzy:

  1. jak zwykle opis jak z bestsellerowej książki... aż mam wątpliwości, czy pisać na swoim blogu:) ja również czuję się genialnie mimo, że delikatnie czuje prawe kolano - ale cóż jakby mi nic nie było w tą nogę, to bym stwierdził, że albo śpię, albo umarłem:P i szczerze - do tej pory nie wierzę, że to było dla mnie tak łatwe:) oby tylko Dominik nam się nie rozłożył - ale wierzę, że żadna szanująca się bakteria nie biegła za nim 45km:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbuj nie napisać na swoim, to rzucę klątwę.

      Usuń
  2. Kawałek relacji z mojej strony: chciałem poczuć na maratonie to co wy, tj. niespożyte zapasy energii na 42 km, niestety skończyło się na chciejstwie. Poprzedni Amber maraton oraz nasz pierwszy ultra wspominam dobrze, bo do dystansu maratonu była moc. Ten bieg miał być spacerkiem, a stał się męczarnią.

    W środę popełniłem kradynalny błąd i po tym jak zgrzałem się na trasie wystawiłem swoją łysę łepetynę na wiatr i dodatkowo zdjąłem kurtkę. Na drugi dzień skończyło się to bólem głowy i zatkanym nosem. Kolejne 2 noce przespane po ok. 3 godziny, bo nie mogłem spać nie oddychając nosem. W sobotę rano chyba czuwała nade mną Opatrzność, bo gdybyśmy wtedy wybiegli, padłbym na 10-tym km. Wieczorem po Waszym wyjściu padłem i obudziłem się o 3 w nocy, z czego byłem zadowolony, bo oznaczało to, że spałem ok. 5 godzin. Odpaliłem lapka i czekałem na 7, udało się nawet zdrzemnąć pół godziny - wreszcie się wyspałem. Czułem się dobrze, nawet węch mi częściowo wrócił. Patrząc wstecz widzę również, że zjadłem zdecydowanie za mało (banan, jabłko, pomarańcza i garść daktyli), jednak nie byłem w stanie więcej w siebie wcisnąć.

    Problemy zaczęły się po 10-tym km, nie czułem w sobie mocy. Było to dołujące, bo czasami aż człowieka rwie do przodu, a tutaj zderzałem się ze ścianą. Po minięciu rafinerii dopadł mnie kryzys, nie mieliśmy nawet 20km na liczniku, a ja już wymiękałem. Poczułem ciężar dystansu, łudziłem się jeszcze, że jak dobijemy do morza, posilę się i jakoś dobiegnę z wami.

    To co działo się w drugiej połówce pokrywa się z opisami Karnazesa, jak pokonywał swoje pierwsze ultra. Niewątpliwie uratował mnie wafelek Grzesiek, po którym przez kilka km wróciła mi wiara, że dobiegnę. Dzięki niemu odcinek do rafinerii, którego tak się bałem przeszedł dość neutralnie. Czasami tylko nie miałem sił dźwigać powiek i wtedy zamykałem oczy, upewniwszy się wcześniej, że droga z przodu nie ma dziur. Odcięcie mózgu od analizowania obrazu uspokajało i bardziej płynąłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wyrzuty sumienia, że nie rozwiązaliśmy tego biegu inaczej, że nie zjechaliśmy z Tobą z Sobieszewa autobusem, nie odstawiliśmy do domu i ewentualnie potem nie pobiegliśmy ze Staszkiem wyczerpać energię.

      Stan, który opisujesz, że z zamkniętymi oczami biegnie się lepiej doświadczałem pomiędzy 55 a 60 km naszego ultra, jak na hallera odjeżdzaliście mi z Michałem. Ale ja wtedy nie byłem chory, tylko po prostu zmęczony. Gdbym był chory - i gdybym zaczął zjeżdzać na 20 km, naprawdę chciałbym abyście zachowali się inaczej niż ja, i abyście mnie jednak odstawili do domu i pozwolili zasnąć w wannie.

      Usuń
    2. Gdybyscie mnie odstawili tramwajem, a potem dokonczyli maraton sami, to bym sie na was obrazil! Dla mnie te biegi są jak to:
      https://www.youtube.com/watch?v=0PSUYhAmFPA
      ;)

      Usuń
  3. Za rafinerią zaczęła mnie boleć prawa stopa pod dużym palcem (jakby była zbita). Wydłużyłem zatem i spłaszczyłem krok - o dziwo nie wpłynęło to na zmęczenie, a przyspieszyłem (to była ta faza polarnika :) . Po tym jak ustaliliśmy, że zrobimy dystans maratonu i po posiłku w Greenwayu wrócimy tramwajem, uwierzyłem że dam radę. Dlatego do restauracji biegłem w miarę ok - fazy depresji mieszały się z euforią i alzheimerem.

    Po wyjściu z GW, gdy okazało się, że nie wracamy tramwajem zostały 3 fazy, ale euforię zastąpiło zobojętnienie. Czułem się zawiedziony, że was spowalniałem. Byłem tak wyczerpany, że po powrocie zasnąłem w wannie. Stoczyłem bezapelacyjnie najcięższą walkę ze sobą odkąd biegam.

    W założeniach miałem lekko przebiec maraton jako prognostyk przed startem w Warszawie i naszym ultra. W praktyce biegnąc niedoleczony nie dostałem informacji od organizmu na ile mnie stać. Jak pobiegłbym będąc w formie? W tygodniu biegam mniej niż wy, czy to nie za mało na maratony, a tym bardziej ultra?

    Pomimo obaw nie zaprawiłem się mocniej, przespałem normalnie noc i nawet oddychałem już nosem. Czuję się dobrze i skupiam się na doleczeniu i regeneracji, żeby sprawdzić się w pełni sił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trzeba opatentować sposób leczenia maratonem:P

      Usuń

Podobne wpisy