wtorek, 21 maja 2019

Boys Don't Cry

Mam wrażenie, że te dwa ostatnie posty wyrzucone z siebie w weekend, czyli ten o kryzysie 42-latk i zaraz za nim ostatni parkrun z perspektywy ścigania się o wynik, uwolniły mnie trochę z tego ciśnienia, które sam sobie nałożyłem.


Plany biegowe są fajne, ale tylko wtedy, kiedy można je przeplatać chaosem. Wspominałem już o tym przynajmniej kilka razy. Kontrolowany chaos - uwielbiam taki trening. Plany mnie spalają, ale z drugiej strony - są skuteczne. Efekt ich realizacji daje satysfakcje. Ale sumarycznie, patrząc na całokształt naprawdę nie wiem co jest lepsze: chaotyczny trening zgodny z melodią duszy i przypadkowe wyniki na zawodach, czy treningi wg linijki plus satysfakcja przyniesiona poprzez wyniki.

niedziela, 19 maja 2019

parkrun Gdańsk Południe #149



Nawiązując do mojego poprzedniego posta o kryzysie 42-latka, powiem wprost - chciałem dziś zrobić życiówkę na 5km, czyli złamać 19:01. Wydawało mi się to całkiem realne bo:
  • szykowałem się tydzień temu na sub40 na 10km (udało się) więc liczyłem, że część formy z poprzedniego ostrzenia pozostanie,
  • 10 km to nie maraton, więc po ostrzeniu powinno zostać więcej luzu w tygodniu,
  • w poniedziałek biegałem jak pies albo zając z niewybieganą adrenaliną i treningowo strzeliłem luźne 43 min na 10 km,
  • w piątek rano zrobiłem szybkie 3 km z akcentami, które wchodziły jak w masło,
  • a wieczorem poszedłem szybko spać, zamiast wędrować z flaszką między sąsiadami :)

Budzę się rano, 4:58 i jestem całkowicie wyspany. Mam czas na posiłek 3h przed biegiem. Gotuję sobie makaron i jem go z dżemem malinowym mojej Mamy. Do tego kawa. O 7:30 idę na rozgrzewkę i... NAGLE:

- Czy to jest jakiś Singapur? - myślę sam do siebie.

Kryzys 42-latka


Kiedyś, całkiem niedawno, napisałem, że moje życiówki są nudne. To prawda, jestem na fali. Po 7 latach biegania zatoczyłem pętlę i zamiast uciekać w leśne ścieżki i truchtać w biegach ultra, gdzie nikt naprawdę nie wie jaki rezultat jest dobry a jaki średni, wróciłem na asfalt po to, aby zrobić tutaj wyniki, które będą mogły być wyryte na mojej trumnie.

- Na Twoim miejscu robiłbym to samo - powiedział Adam Baranowski.

Tak Adam, dziękuję, wiem :) Jestem od Ciebie 11 lat starszy i staram się o tym nie myśleć... jeszcze. Bo jedna myśl cały czas jest gdzieś we mnie.... kryzys 42-latka.

Zwykło się mówić, że kryzys przychodzi tuż po 40-tce. Dla biegacza taką okrągłą liczbą jest raczej 42. Podobno wtedy trzeba kupić sobie nowy sportowy samochód lub miejsce w garażu aby zimą nie zrzucać śniegu ręką, albo przynajmniej sprzęt audio z trochę wyższej półki. Jeżeli ktoś dodatkowo nie trafił w życiu z kobietą, może szukać także ekscytacji i na tym polu. Ja jestem tym szczęśliwym człowiekiem, że moje zmartwienia po "czterdziestcedwójce" ograniczają się tylko do trzech elementów:

  • jak zapewnić sobie emeryturę przed 50-tką,
  • czy mój tor audio jest dość dobry i jak go zmodyfikować,
  • z jakimi rekordami na 5/10/21/42 położę się w trumnie.

Drugi punkt jest w pewnym sensie pochodną pierwszego, ale ten trzeci żyje swoim życiem. Czy w tym kontekście moje życiówki wciąż są nudne? Absolutnie nie są nudne. Mnie po prostu nie stać już czasowo na odkładanie ich na potem. Nawet jeżeli będę je jeszcze poprawiał przez 5 lat, a 2h59min w maratonie złamię w 2024-tym to będę wracał myślą do wcześniejszych lat i zastanawiał się, czy mogłem zrobić coś lepiej, aby stoper zatrzymał się jeszcze kilka minut wcześniej?

Możecie nazywać mnie cyfronem, który jedzie dbać o swojego jeżyka na głowie do fryzjera w Chojnicach, ale moja prawda jest taka, że każda z moich życiówek może okazać się ostatnia. Nie dlatego, że znów nabiorę kilogramów, albo nie będzie chciało mi się dość intensywnie trenować. Ale dlatego, że po prostu będę zbyt stary. A tego niestety nie zmienię.

Pozwólcie więc, że będę starał się właśnie teraz biegać najszybciej jak potrafię. Będę teatralnie zachęcał Adama Baranowskiego do ścigania się w parkrunie, będę dyskutował językiem rywalizacji, która nakręca mnie to urywania kolejnych sekund z każdego biegu, będę egoistycznie wykorzystywał każdego, kto będzie mnie gonił, uciekał, albo będzie pisał, że moje plany są niemożliwe do wykonania.

Prawdziwy kryzys 42-latka przyjdzie wtedy, kiedy życiówki przestaną być nudne, bo ich już po prostu nie będzie...  Czy chciałbym mieć wyryte 19:01/5km na trumnie? 18 z przodu byłoby ładniejsze... a 17:43 - przepiękne!

* * *

PS. Potrzebuję kilku komentarzy tu lub na FB, lekko poddające w wątpliwość, że 17:43 jest w moim zasięgu. Będę wiedział kogo sobie wizualizować podczas najcięższych treningów.




wtorek, 14 maja 2019

Kącik biegowego melomana: Iron Maiden - Seventh Son of a Seventh Son

Nie wiem kiedy dokładnie urodził się Adam Baranowski, ale wiem, że w 1988 roku. To był naprawdę świetny rok patrząc na płyty jakie się wtedy ukazały. Jedną z nich jest Seventh Son of a Seventh Son - siódmy album Iron Maiden.


Nie pamiętam, czy już się tym chwaliłem tutaj, ale ja jestem wielkim fanem Ironów, ale nie dlatego, że jakoś specjalnie kocham heavy metal, ale dlatego, że Iron Maiden wielokrotnie w swojej historii ocierali się o rock progresywny. Zaś ta tytułowa płyta jest najbardziej progresywna z ich całej dyskografii

poniedziałek, 13 maja 2019

Łamanie 40 min na 10 km - ostatnie 10 dni

Ten wpis robię głównie dla siebie, na potrzeby ewentualnego przyszłego przygotowania przedstartowego. Łatwiej mi będzie zajrzeć tutaj niż grzebać po endo i interpretować treningi.


Oczywiście w 10 dni nie da zrobić całej formy, ale z pewnością można ją częściowo stracić. Ostatnie 10 dni przed startem to polowanie na "dzień konia". O ile przez całe moje poprzednie radosne życie taki dzień, gdzie forma była lepsza niż w inny była owiany magią i tajemnicą, o tyle, kiedy zajrzałem  do internetu okazało się, że są na to sposoby. Eureka! Ziemia jest okrągła! :)

niedziela, 12 maja 2019

O tym jak złamałem 40 minut, czyli relacja z Biegu Europejskiego w Gdyni 2019

- "Teraz zamknij oczy i daj z siebie wszystko!" - wykrzyczał do mnie Krzysiek Sarapuk, który był pacemakerem na 40 minut.

Było jakieś 1,5 kilometra do mety. Średnie tempo na zegarku 3:56 min/km. Zawsze jest taki moment w biegu, kiedy zaczynam wierzyć, że uda się osiągnąć cel. Dziś uwierzyłem właśnie teraz. To moje pierwsze podejście do łamania 40-tki, choć wcześniej kilka razy biegłem 5 km na parkrunie poniżej 20 minut wcale nie musiało się to przełożyć na łatwe złamanie 40 min na 10 km. Cały czas bałem się, że jednak mnie odetnie...

Kiedy usłyszałem te słowa uśmiechnąłem się, bo poczułem, że są one skierowane tylko i wyłącznie do mnie. Przecież jestem specjalistą od biegania z zamkniętymi oczami :) Od mety dzieliła mnie tylko długa prosta. Obrałem odpowiedni azymut i ... zamknąłem oczy.


* * *

sobota, 11 maja 2019

parkrun Gdańsk-Południe #148 - List do Adama "2h59min.pl"

Kiedy Państwo Baranowscy przebiegli przez metę parkruna (oczywiście poza zawodami) wspomniałem sobie w głowie, że kilka tygodni temu Adam obiecał, że kiedyś skrobnie coś na temat swojej skomplikowanej relacji z parkrunem. Jestem bardzo ciekaw, czemu nas opuścił w staroangielskim stylu, czyli po cichu, bez żadnej celebracji wyjścia.

fot. Mariusz Piórkowski

Tymczasem kilka słów ode mnie dla Adama, aby wiedział co dzieje się u nas. Mi też łatwiej się pisze wizualizując sobie odbiorcę.