środa, 18 kwietnia 2018

Co zabrałem ze sobą do Norwegii?

Jak się już dwukrotnie na blogu chwaliłem (i o niczym innym nie piszę), w ostatni weekend spędziłem 32 godziny na wycieczce biegowej po fiordach Stavanger. W pierwszym wpisie znalazła się cała historia, w drugim koszty. Pozostał jeszcze temat związany z wyposażeniem.


To czwarty nasz czwarty samolotowy wypad za granicę i muszę przyznać, że za każdym razem zabieram na niego coraz mniej rzeczy, ale prawie z każdej z nich korzystam. Wcześniej wydawało mi się to po prostu niemożliwe, aby jechać gdzieś na wycieczkę z taką liczbą rzeczy, co by z nimi na plecach swobodnie biec. Same buty na zmianę, spodnie czy jakaś bluza to przecież ledwo wejdzie do biegowego plecaka. A gdzie pozostałe niezbędne gadżety?

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Fiordy Stavanger - koszty


Norwegia jest bardzo droga. Samo Stavanger należy obok Tokio, Kopenhagi i Oslo do najdroższych miast świata. Nic dziwnego, skoro leży na ropie, swoją siedzibę ma tutaj Statoil, a najczęściej spotykaną marką samochodów na ulicy jest Tesla.

Czy można zatem zrobić jednodniową wyprawę do Stavanger, nie umrzeć z głodu, mieć gdzie spać i zobaczyć fiordy?

niedziela, 15 kwietnia 2018

Wyprawa nad fiordy Stavanger


Jak w każdym dobrym filmie akcji pierwsza scena ma wbić w fotel, a potem dopiero można snuć fabułę od początku.

Jest godzina 20:48, po kilkunastu godzinach poza cywilizacją wbiegamy (tak! jeszcze wbiegamy!) do Sandnes - pierwszego miasta ze sklepem. Na horyzoncie pierwszy sklep, zbliżamy się a tam tablica "Lørdag 8-20". Oho! Nie jest dobrze, ale biegniemy dalej... po chwili spotykamy parę z siatką z zakupami. 

- Gdzie to kupiliście!? - pyta nerwowo Dominik
- 2 minuty dalej jest sklep... ale pospieszcie się, bo zamykają o 21...

Ta odpowiedź wtłoczyła w mięśnie naszych nóg ostatnie krople glikogenu zarezerwowane wyłącznie na takie sytuacje jak ucieczka przed niedźwiedziem albo wyścig do ostatniego sklepu przed jego zamknięciem celem kupienia puszki zimnego piwa!

Kilka minut przez zamknięciem!! Udało się!! Mimo, że do hotelu mieliśmy jeszcze 10 kilometrów, a 70 już w nogach niemal wpadliśmy sobie w ramiona gratulując biegu.

W labiryncie sklepowych półek poruszaliśmy się żwawo i sprawnie. Najtańsza puszka piwa 4% to około 12-13 zł, ale co tam, pieniądze się w takim momencie nie liczą. Piotr bierze dwa, Dominik dwa, a ja trzy. Do tego jabłko, jogurt i puszka coca-coli. Stajemy w kolejce. Ja jestem pierwszy, pani na kasie skanuje jogurt, colę i waży jabłko, po czy odkłada piwo na bok mówiąc:

- På lørdag etter 6 kan du ikke kjøpe alkohol  

Patrzymy się na siebie w lekkim szoku. Pani mówi to samo po angielsku, ale nasze głowy kombinują na swój sposób. 

- AAAAAA!!! - zakrzykuje Dominik - SIX!! SIX!! TOMEK!!! TRZEBA KUPIĆ SZEŚCIOPAK!!

Lecę do lodówki krzycząc do Pani "one moment please", wyciągam cały sześciopak i biegnę do kasy, stawiam na ladę i uśmiecham się od ucha do ucha:


- Sorry Sir, on Saturdays we DO NOT sell alcohol after 6 - Pani powoli pozbawia mnie złudzeń. 
- Aha! Nie sprzedajecie alkoholu po 18-stej w tym sklepie, ale na przykład na stacji benzynowej kupię? - dopytuję się Pani
-  Nie, NIGDZIE w Norwegii nie kupi Pan alkoholu w sobotę po 18-tej....

Zapakowaliśmy jogurciki do plecaków i w milczeniu wyszliśmy ze sklepu. Przez te 10 minut zrobiło się ciemno i zimno. Do tego znów pod górkę i daleko do hotelu. 


Co za barbarzyński kraj - powiedziałem - i do tego krzyknąłem głośne polskie kurwa. Nie podobało mi się to, że taki niby tolerancyjny kraj jak Norwegia stara się pozbawić mnie tożsamości narodowej w sobotę wieczorem.  

* * *

Skąd pomysł na bieg do fiordów w Stavanger?
 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Running with Chris de Burgh


Gdyby ktoś zapytał się mnie o najbardziej niedocenianego wykonawcę w historii nie szukałbym w progresywnych efemerydach, które zniknęły po wydaniu 1 płyty w liczbie 1 tysiąca sprzedanych egzemplarzy, ani w jazzie, ani w nigdzie indziej, ale wskazałbym na Chrisa de Burgha, którego przekleństwem jest Lady in Red... (choć płyta Into the Light jest świetna).

W latach 70-tych nie było barda (songwritera?), który równie umiejętnie łączyłby pop z art rockiem. Od lat słucham jego wczesnych płyt z tym samym, a nawet coraz większym uwielbieniem. I dziwi mnie to, że przez 5 lat ani jedna płyta nie pojawiła się w kąciku biegowego melomana. Bardzo często wracam do Chrisa (także w trakcie biegania) i słucham bezkrytycznie jego całej dyskografii począwszy od Far Beyond The Castle Wall aż do Flying Colours. Lata 90-te i późniejsze już tak do mnie nie trafiają, ale z pierwszych 9 studyjnych płyt kiedy ewoluował od folku aż do inteligentnego popu, każda jest warto uwagi.

Rozpoczynam więc kolejny muzyczny ultramaraton w tym roku. 9 płyt i 9 biegów z Chrisem de Burgiem. Będzie folkowo, będzie chwilami art-rockowo, będzie popowo i balladowo.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Pętla Otomińska 2018 po raz pierwszy

Takich niedziel jak ta przeżyłem dziesiątki. Takich zwyczajnych, bez żadnych większych historii, przetruchtanych o świcie w dobrym towarzystwie tocząc filozoficzne rozprawy o życiu... No może 8 rano to nie jest o świcie, ale to wynik pewnego kompromisu z Dominikiem, który od kiedy zaczął trzy lata temu chodzić do pracy na etacie stał się bardzo marudny jeżeli chodzi o wczesne pobudki w weekend.

W każdym razie o świcie spotkaliśmy się tradycyjnie pod klatką i tradycyjnie pobiegliśmy w stronę mostku aby spotkać Joszczaka. Ten nie miał co robić więc przyszedł trochę wcześniej i zamiast czekać - wybiegł nam na przeciwko.


Spotykając się na mostku nad obwodnicą nie bardzo jest jak wybrać inną trasę niż zielony szlak w kierunku Otomina. Początkowo nie byłem pewny czego się spodziewać... Równo tydzień temu, biegając dookoła zbiorników, spotkałem jakąś ekipę zbierającą się przy pokestopach przy dużym zbiorniku. Początkowo myślałem, że to żółci lub czerwoni i chciałem ich pogonić, ale jak bliżej podbiegłem okazało się, że to po prostu "banda Baranowskiego (2h59min)". Stali w obcisłych gaciach i nie wiedzieli co robić. Mówię im więc aby zbierali się stąd czym prędzej i pobiegli do Otomina. A jeden z nich na to, "że na zielonym szlaku jest masakra, że drzewa poprzewracane, że nie ma jak biec, że to bardziej będzie runmaggedon i bieg komandosa niż trening biegowy."

sobota, 7 kwietnia 2018

Parkrun Gdańsk-Południe #90 - Powrót

fot. Krzysztof Posyniak
Pogoda była dokładnie taka jak na zdjęciu. Czyste niebo i poranny wiosenny chłód. Kiedy zjeżdżaliśmy z Kreską ulicą w dół na szybach zaparkowanych samochodów (tych w cieniu) był jeszcze szron na szybach. Ale temperatura szła do góry... Kilka tygodni temu tłumaczyłem się, że zjeżdżanie 800 metrów samochodem jest bez sensu, ale dziś jestem usprawiedliwiony - miałem zabrać sprzęt na bieg za tydzień, a flagi, maszty, termos, plecak z apteczką i sprzętem pomiarowym trochę ważą. Ostatecznie okazało się, że sprzęt wziął Paweł, któremu pomyliły się dni i prawie pojechał w sobotę rano na niedzielny bieg do Straszyna :) 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Manifest mikrozmian nawyków

Chyba całkiem nieźle mi poszło to noworoczne postanowienie, bo przeżyłem Święta Wielkanocne bez większych wahnięć na wadze, łącznie od 1 stycznia mamy już -17 kg.  Pisałem to już kilka razy, że nie postawiłem na jedną dużą zmianę, ale na serię mniejszych. Nie chcę nikogo przekonywać, że takie podejście jest lepsze niż inne. Jeżeli podchodzi się do tematu z odpowiednia dyscypliną to każda forma zmiany przyniesie rezultaty. Problem jednak z tym, że o dyscyplinę wcale nie jest tak łatwo...


Ojcem chrzestnym moich mikrozmian jest Dominik. Tak naprawdę przez lata ładował mi do głowy, że szczytów nie zdobywa się wcale wielkimi zrywami, ale serią małych kroczków. I latami namawiał mnie do robienia 20 przysiadów i 10 pompek - ale codziennie. Tak samo namawiał mnie do prostego zastępowania makaronów i ziemniaków - kaszą* [edit na dole wpisu]. Zmiany miały być proste, nie zająć dużo czasu i nie wywołać za dużego stresu w organizmie. No i też nie wszystkie powinny być wprowadzanie od razu, ale sukcesywnie, kolejna dopiero wtedy, kiedy poprzednia się zadomowi.

Oto lista: