wtorek, 17 października 2017

Łemkowyna Ultra Trail 70 - Fin de siècle

Ten wpis ułożył się mojej głowie gdzieś tak w połowie drogi między Puławami Górnymi a Przybyszowem. Mniej więcej wtedy uświadomiłem sobie, że nie zdążę na 17:15 na przedostatni punkt zlokalizowany 13 km przed metą. Szkoda, bo przez więcej niż połowę trasy naprawdę wierzyłem, że łącząc ze sobą marsz i trucht dam radę zmieścić się w limicie i dotrzeć przed 20-stą na metę w Komańczy. To miała być fajna klamra. Trzy lata temu właśnie tutaj debiutowałem w biegu górskim. I tutaj chciałem (przynajmniej na jakiś czas) zakończyć moje "bieganie" w oficjalnych imprezach. Gdyby stało się tak, jak sobie to wizualizowałem, czyli wbiegając na metę o 19:59 na minutę przed końcem czasu - byłbym spełniony... I przez większość biegu na to się zanosiło, w Iwoniczu miałem 45 minut zapasu do limitu. W Puławach zapas spadł do pół godziny. Miał wystarczyć do mety, ale na podejściu na Skibce, które i w 2014 i w 2015 zapamiętałem jako stosunkowo łatwe po prostu mnie zatrzymało i ostatnie 10 minut zapasu, które miałem wyliczone w głowie oddaliło się jak plecy Maćka Więcka biegnącego ŁUT150, który właśnie mnie wyprzedził.

czwartek, 5 października 2017

Bieg Taty Świnki Peppy

Tematy biegowe w szeroko pojmowanej "kulturze" to zawsze coś, na co z większą atencją zwracam uwagę. Czasami docierają z miejsc, które ciężko byłoby o to nawet podejrzewać.

Od ponad dekady mój mózg jest ze wszystkich stron atakowany bajkami dla dzieci. Nauczyłem się funkcjonować w takim świecie, wyłączać na niepotrzebne dźwięki i skupiać na swoich rzeczach. Nawet jeżeli atakuje mnie z jednej strony walkthrough przez świat Mincraft, z drugiej My Little Pony a z trzeciej Świna Peppa... aż tu NAGLE...

Odrywam oczy od komputera i odwracam się w stronę telewizora. Oglądam przez chwilę i nie wierzę. Leci odcinek przygód Świnki Peppy i dotyczy on biegów długodystansowych! Odcinki są krótkie, ledwie 5 minut. Zabieram pilota mojemu synowi i przewijam do początku. Oglądam raz jeszcze z pełnym zaciekawieniem... No nie wierzę! W tym odcinku musiał maczać palce, ktoś, kto doskonale zna temat biegów długodystansowych i kilka fajnych smaczków przemycił.

Historia zaczyna się burzą. Po gwałtownej ulewie dach przedszkola zaczął przeciekać i rada rodziców zdecydowała się zorganizować bieg fundowany.




- Tato Świnko jak daleko dobiegniesz?
- Cooo? Mogę biec dokąd sobie Pani życzy!

poniedziałek, 2 października 2017

"Dwa błąkające się łosie" czyli relacja z Maratonu Puszczy Bydgoskiej


Ta jesień miała wyglądać zupełnie inaczej. Miałem być szczupły i w pełni formy :) Marzenia pozostały tylko marzeniami, ale nie oznacza to przecież, że mam odpuszczać sobie drobnych perwersyjnych przyjemności. Jedną z nich był wczorajszy start w Maratonie Puszczy Bydgoskiej. Na ten bieg zapisałem się bardzo dawno temu, a zrobiłem to z kilku prostych powodów:
  • szukałem startu na 2 tygodnie przed Łemkowyną jako ostatnie większe przetarcie,
  • ten bieg był blisko - 170 km ode mnie, nie trzeba było jechać poprzedniego dnia i szukać noclegów, tylko wystarczyło wstać o 5 rano i w 2 godziny dotrzeć na start prostą i pustą  A1
  • opłata była bardzo rozsądna, jeżeli się nie mylę to 50 zł w pierwszym terminie (Dominik płacił)
  • do wyboru były trzy trasy: 21, 42 i 60 km - decyzję, którą się biegnie można było podjąć na trasie, bo opłata była taka sama dla każdej z nich
  • bieg był w 99% po lasach, po terenach Puszczy Bydgoskiej.

Kiedy w sobotę rano, gdzieś między 5:30 a 6:00 rano sunąłem razem z Dominikiem A1 na południe i podziwialiśmy wschód słońca nad Tczewem zapytałem się:

- Dominik, Ty jesteś z Bydgoszczy, powiedz mi, czy ta trasa jest łatwa czy trudna?
- No co Ty! Łatwizna, tylko jeden pagórek - odpowiedział.

Kilka godzin później miałem okazję przekonać się jak bardzo kłamał...

niedziela, 24 września 2017

Krótka historia czerwonej koszulki


Pisałem już rok temu post pod takim samym tytułem. Zrobiłem wtedy podsumowanie swoich biegowych przygód z parkrunami zwieńczone przebiegnięciem tego 50-tego parkruna i odebraniem czerwonej koszulki. Tym razem jestem tylko narratorem historii, której bohaterem jest moja córka.



Historia rozpoczyna się tak naprawdę 3 sierpnia 2007 roku, ale w tedy w Polsce nie ma jeszcze biegów parkrun.

Za to w kwietniu 2015 roku pierwszy świadomy dialog wygląda następująco:

- "Pokaż mi tę koszulkę, którą dostanę jak przebiegnę 10 razy?" - zapytała się mnie moja najstarsza córka dziś rano po przebudzeniu. Otworzyłem google, znalazłem i pokazałem.
- "A pokaż mi jaką dostaje się za 50 razy?". -"Ładna czerwona..."


Taki dialog miał miejsce 2.5 roku temu. Naprawdę nie miałem wtedy żadnych planów, aby bieganie z córką stało się moim cosobotnim rytuałem. Wtedy po prostu chciałem być miły i nie odgraniczać mojego hobby od rodzinnego spędzania czasu.

Kreska, pozwól, że w dalszej części tego wpisu zwrócę się bezpośrednio do Ciebie:

poniedziałek, 18 września 2017

Dlaczego poszedłem na koncert The Sisters of Mercy i jestem z tego powodu zadowolony?

Aby zrozumieć dlaczego jestem zadowolony z powodu uczestnictwa w najgorszym koncercie mojego życia muszę opisać wstęp, który pewnie będzie dłuższy od samej relacji z koncertu.


Wszystko zaczęło się 23 listopada 1990 roku. Tego dnia Tomek Beksiński w audycji Czas na Rock w II programie PR zaprezentował mający premierę kilka tygodni wcześniej album Vision Thing. Po 27 latach to wciąż ostatni studyjny album z premierową muzyką jaki nagrała grupa The Sisters of Mercy. Wtedy kompletnie nie znałem tego zespołu. Może parę razy koledzy mojej siostry użyli tej nazwy, ale na wydany kilka lat wcześniej Floodland byłem po prostu za młody. Kiedy w ten piątkowy wieczór 27 lat temu Tomek skończył swoją przemowę zachwalając płytę byłem do tego stopnia nakręcony, że nerwowo trzymałem palec na przycisku "rec" mojego magnetofonu. I kiedy wreszcie poszły w eter pierwsze dźwięki po prostu leżałem na dywanie i dziękowałem losowi, że nie przegapiłem tej audycji i mam szansę ją nagrywać. Miałem wrażenie, że słucham najgenialniejszej muzyki świata, zakochałem się bezgranicznie w ciągu kilku pierwszych minut i ta miłość jak się okazało - trwa do dziś.

niedziela, 17 września 2017

Kolbudzka poniewierka


Tytuł jest lekko zaczepny, bo w ten weekend miała miejsce aktualnie największa rozmachem spośród imprez ultra biegowych na pomorzu - Kaszubska Poniewierka. Byłem na starcie edycji zerowej tego biegu - dwa lata temu w okolicach Wieżycy. Wtedy biegło mniej niż 10 osób. Dzisiaj to już porządna impreza. Może za rok uda mi się doprowadzić do stanu, kiedy udział w 100 km biegu z limitami czasu miałby sens? Póki co przebiegłbym może połowę... a dłuższe dystanse zdecydowanie lepiej biega się bez limitów :)

Planowanie Gardy


W dzisiejszym popołudniowym wpisie o parkrunie zapowiedziałem temat jeziora Garda. Można by zadać pytanie dlaczego nosi mnie do Włoch, kiedy wciąż kilka jezior z polskiego TOP10 jest przede mną? Odpowiedź jest prosta. W Polsce za chwilę będziemy mieli deszcz/wiatr/deszcz ze śniegiem/śnieg/błoto pośniegowe a na koniec raz jeszcze spadnie śnieg na Wielkanoc. Tymczasem za każdym razem kiedy wspominam zeszłoroczną wycieczkę z Dominikiem celem obiegnięcia Lago d'Iseo zestawiam w głowie dwie liczby. Pierwsza z nich do data: 25 listopada, a druga to temperatura: 18 stopni.

Bilety

Jest jeszcze jeden argument. Bilety lotnicze z Gdańska do Bergamo są obrzydliwie tanie!! Lata stąd i Ryanair i Wizzair. Można dowolnie żonglować datami i nie ma opcji aby nie zmieścić się w 100 zł w obie strony. A jeżeli jeszcze trochę pokombinować to można zejść do 60-70 zł.