środa, 12 grudnia 2018

parkrun #125 Gdańsk-Południe

Dobiegłem na metę z czasem 20:25. Na czwartym miejscu. To był mój drugi najszybszy bieg w życiu, ale... czuję pewien niedosyt...


Przez ostatnie miesiące doświadczałem stanu ciągłego biegowego uniesienia, kiedy biegałem o minutę szybciej niż się spodziewałem. Dostawałem więcej niż marzyłem. Znacznie więcej. A w sobotę tak naprawdę pierwszy raz od długiego, długiego czasu chciałem pobiec szybciej ale nie dałem rady, chciałem ponownie złamać 20 minut i udowodnić sobie, że tydzień temu nie wydarzyło się nic wyjątkowego. No ale się nie udało :)

piątek, 7 grudnia 2018

Bieganie z polską muzyką: Kult - Spokojnie [1988]


Mam na półce większość winyli, które ukazywały się w Polsce w latach 88-90. Pamiętam chyba wszystkie kapele, które pojawiały się wtedy w radio i wchodziły na Listę Przebojów Programu Trzeciego, nawet jeżeli była to tylko "poczekalnia". Do wielu mam ogromny sentyment, wiele wtedy wydawało mi się ważnych. Ciepło wspominam "Szukam nowego siebie" - Sztywny Pal Azji czy "Krew Marylin Monroe" - Róże Europy. Ale nie wracam do nich. Kurz końcówki lat 80-tych opadł i przez kolejne 30 lat nie miałem potrzeby ani powodu by wracać do tamtych kapel...

... z jednym wyjątkiem. Z wyjątkiem płyty "Spokojnie" grupy Kult. Wracam do tej płyty wielokrotnie przez kolejne dekady mojego życia i za każdym razem ten album uważam za rewelacyjny, wręcz genialny, ponadczasowy.

Co więcej, robię to wbrew mojemu idolowi i mentorowi, Tomkowi Beksińskiemu. Pamiętam jak w jeden z audycji prezentując płytę grupy The Cult zapowiedział ją słowami, aby absolutnie nie nie mylić The Cult z Kult, czyli z zespołem z zupełnie innej (niższej) ligi.

To nie słynna "Arahja" (mój dom murem podzielony...) jest tym pierwszy, najważniejszym dla mnie utworem z tej płyty. To nie przez Arahję wciągąłem się w Kult. Zamykam oczy i zaczynam słyszeć z radioodbiornika marki Grundig słowa inne piosenki...  

Patrz, klęczą ludzie w katedrze pod świętymi obrazami. Gdziekolwiek się nie poruszysz, patrzą na ciebie oczami.  

To było moje pierwsze świadome zetknięcie z muzyką Kult.


Do dziś to moja ulubiona płyta, jaka kiedykolwiek wyszła spod pióra Kazika i spółki. Co ciekawe, sam Kazik mimo wszelkich symptomów mówiących o tym, że powinien mnie drażnić w całokształcie (ze swoją manierą, filozofią i wszystkowiedztwem) - nie drażni mnie :) Akceptuję Kazika. Lubię sporo z jego twórczości nawet jeżeli kojarzą mi się z pijaną klientelą Rock Cafe drącą się ile dała fabryka przy refrenie Taty Kazika ... na głowieeeeeee kwieeeeeny ma wiaaaanek.

Kult na płycie Spokojnie jest inny. Jest "na poważnie", jest ponadczasowy zarówno kompozycyjnie jak i w kontekście aranżacji. Każdy utwór tutaj ma swoje miejsce i w każdym z nich fan rocka progresywnego (jak ja) odnajdzie kalkę swojej duszy.

* * *

SBB, Exodus, Collage, Breakout, Grechuta, Kult. Mamy już 6 pozycji w mojej Top 10 najlepszych moich polskich płyt wszech czasów. Trzy kolejne pozycje są już na 100% zajęte (uprzedzę, że będzie to wielka trójca polskiego prog-rocka lat 90-tych). Pozostaje jedno wolne miejsce. To naprawdę nie jest gra pod publiczkę :) Mam już jakieś 15 propozycji na ten wakat... i naprawdę nie wiem co wybrać.
  1. SBB - Memento z Banalnym Tryptykiem
  2. Exodus - The Most Beautiful Day
  3. Collage - Moonshine
  4. Breakout - Blues
  5. Marek Grechuta - Magia Obłoków
  6. Kult - Spokojnie



  7. ?

Najbardziej paradoksalna zaleta zegarka biegowego


Nie wiem czy to jest temat na osobny wpis, ale chciałbym podzielić się swoim świeżutkim spostrzeżeniem na temat tego co dał mi zegarek biegowy (po niespełna dwóch tygodniach używania). A dał mi rzecz całkowicie paradoksalną.

Dzięki zegarkowi biegowemu wreszcie (!!!) mogę biegać i nie wiedzieć w jakim tempie biegnę!

czwartek, 6 grudnia 2018

Kącik biegowego melomana: Feist - Pleasure


Dlatego właśnie uwielbiam rozmawiać na muzyce! Dlatego bo w efekcie biegam słuchając Feist, której bym pewnie długo jeszcze nie posłuchał, gdybym nie pociągnął pewnego wątku pół roku temu na endomondo. Z każdej rozmowy mogę wyciągam coś dla siebie. Nawet jeżeli dyskutuje jak ignorant, nawet jeżeli sprawiam wrażenie nieprzekonywalnego, nawet jeżeli wydaje się, że ważniejsze jest to co ja chcę powiedzieć, niż to czego powinien wysłuchać. To tylko pozory. Słucham uważnie moich rozmówców, zapamiętuje polecane płyty i słucham ich... może nie zawsze od razu, ale w końcu przychodzi na nie odpowiedni czas.

Pół roku temu dyskutowałem z Pawłem o wyższości starej muzyki nad nową (bądź odwrotnie) i skończyło się tym że dostałem na twarz listę 10 albo 15 płyt, których powinienem posłuchać.  Nie dałem rady wszystkiego, w końcu się poddałem, ale wyłuskałem też kilka mikro perełek.

Jedną z nich była płyta kanadyjskiej wokalistki Feist. Płyta "Metals". Posłuchałem, postawiłem dużego plusika i ... odłożyłem na "półkę w głowie".

środa, 5 grudnia 2018

Bieganie z polską muzyką: Marek Grechuta - Magia Obłoków [1974]

Marek Grechuta był obecny w mojej muzycznej percepcji praktycznie od zawsze. Siostra miała na kasecie składankę, a my w domu dwie płyty winylowe: Krajobraz pełen nadziei oraz Ocalić od zapomnienia. Można więc powiedzieć, że dorastałem w otoczeniu muzyki Grechuty i trochę nią mimowolnie nasiąkałem. Do dziś uważam pierwsze dwie płyty Marek Grechuta i Anawa oraz Korowód jako doskonałe. To z nich pochodzi 90% przebojów Grechuty.



Ale kilka długich lat zajęło mi dotarcie do najlepszego muzycznego etapu Grechuty, czyli współpracy z jazzrockową grupą WIEM w latach 72-74. Z tych czasów pochodzą dwie płyty: Droga za widnokres oraz Magia Obłoków.

To była końcówka lat 90-tych. Przeszedłem już wtedy całą drogę poznawczą przez rock progresywny i muzykę lat 60/70/80. Powoli godziłem się z tym, że największe diamenty z przeszłości już znam... I wtedy w moim odtwarzaczu CD wylądowała, wznowiona właśnie, Magia Obłoków.

Kiedy miałem ułożyć w głowie 10 najważniejszych dla mnie polskich płyt, o tej płycie pomyślałem na samym początku (zaraz po SBB i Exodusie) i ani przez chwilę jej pozycja w TOP10 nie była zagrożona. A kiedy dziś rano (a raczej jeszcze w nocy) biegałem dookoła zbiornika ścieżką pokrytą gołoledzią (wybierając stopami co bardziej trawiaste obszary), a nade mną świecił cieniutki księżyc i bardzo wyraźna Wenus... no i kiedy do tego wszystkiego doszedł Grechuta w słuchawkach to poczułem, że razem daje to znacznie więcej niż samo bieganie. I wtedy w głowie ułożyła mi się parafraza z Edgara A. Poe:

"Running when combined with a pleasurable idea is poetry. 
Running without the idea is simply workout."

Bieganie bez idei to tylko trening. Ja dziś rano miałem poezję.

Jeszcze parę zdań stricte muzycznych: jazzująca improwizacja w Godzinie Miłowania bije na głowę tę z Korowodu. Igła to moja od zawsze naj naj naj miniaturka Grechuty. Suita Spotkania w czasie mogłaby z powodzeniem zostać nagrana przez King Crimson w składzie z Lark's Tongues In Aspic. No może w środkowej części na King Crimson na chwilę ustąpiliby miejsca na scenie psychodelicznym Floydom z okresu Ummagummy.



Bieganie bez muzyki to tylko trening :)


poniedziałek, 3 grudnia 2018

5. Ciągłość treningu i plany awaryjne



Jest taka zasada, żeby coś miało szansę wejść w nawyk - trzeba to zrobić przynajmniej 21 razy. W trakcie ostatnich kilku lat niejeden raz obserwowałem jak moi znajomi zabierali się za bieganie i przetrwali tylko Ci, którzy właśnie przekroczyli tą magiczną granicę zmuszenia się do wyjścia na trening... 15-sty, 16-sty.... itd... i w końcu 21-wszy raz.  Wiadomo, pierwsze 5-6 razy to jest wielkie wow, endorfiny i ekscytacja. Kolejne 5-6 robi się jeszcze siłą rozpędu. Ale potem następuje te nieszczęśliwe 10 wyjść, do których trzeba się zmusić zanim zaczną utrwalać się nawyki.

Ja to mam już niby dawno za sobą. Za chwilę zanotuję nie 21-wsze, lecz 1421-wsze wyjście na trening. Nie oznacza to, że zawsze było łatwo. Pracowałem nad ciągłością treningu i kilka razy musiałem opracowywać backup plany.

Łatwo na pewno nie było na początku. Rok temu, w styczniu 2018. 

niedziela, 2 grudnia 2018

Bieganie z polską muzyką: Breakout - Blues [1971]

Bluesa Breakout w mojej dziesiątce po prostu nie może nie być. Choć nie jest to rock progresywny, ale jak sama nazwa wskazuje: blues, a raczej blues-rock. To jest płyta, która zawsze była gdzieś obok mnie, od I klasy liceum, kiedy mój przyjaciel Adam pożyczył mi płytę CD z dwoma albumami Breakout: Blues i Karate. Wciągała mnie bardzo powoli...


Dla historii polskiej muzyki to płyta-legenda. Najważniejszy i największy album Breakout. Okładka z Tadeuszem Nalepą idącym za rękę ze swoim synem Piotrem. Kiedy byłem małym chłopcem. Kto nie zna tego kawałka? Ta muzyka podobno była w 1971 bardzo awangardowa. Nie dziwię się... Co się stało kwiatom brzmi jak Since I've Been Loving You - Led Zeppelin. Ale najbardziej zaskakuje mnie to, że po prawie 50 latach wciąż brzmi świeżo, stylowo, nie starzeje się...

Słucham Bluesa dość regularnie. Gdyby przejrzeć okładki płyt, które podpinam pod treningi na endomondo można zauważyć ją nie rzadziej niż co dwa lata. Ostatni raz kilka dni temu w ramach mojego wyzwania na wybranie 10 najlepszych polskich płyt wszech czasów. To przy okazji było też pierwsze (chyba w życiu?) bieganie, gdzie trasę liczył i zapisywał zegarek a muzyka leciała z telefonu, a głos pani z endomondo nie przerywała mi co kilometr skupienia na muzyce. Nie znałem swojego tempa, nie znałem dystansu, po prostu biegłem i tylko słuchałem. Nie wiem, czy nie jest to największy plus kupna zegarka biegowego :)

* * *

Blues - Breakout to czwarta pozycja na mojej prywatnej liście. Piąta i szósta są już obsadzone (przesłuchane w trakcie biegu i czekają na wpis). Siódma, ósma i dziewiąta to pewniaki i nic nie wyrzuci ich z 10-tki. Mam natomiast pewien problem z obsadzeniem ostatniego miejsca. Krążę dookoła 10-ciu propozycji, z których każda pod pewnym względem wydaje się ważna. No i ten stres, że o czymś zapomniałem... Jeżeli ktoś czyta tę moją muzyczną serię o polskich płytach to... może zaproponujecie coś, co powinno tu się znaleźć? Może zapomniałem... a może nie znam i się zainspiruję?