poniedziałek, 12 lutego 2018

Running with Depeche Mode - Live in Gdańsk 11.02.2018


Poniedziałek, 12 lutego, 2 godziny po koncercie. To był nasz pierwszy wspólny z żoną koncert od lat. Dzieci zostały w domu z opiekunką, więc z jednej strony magia widowiska, ale z drugiej praktyka i logistyka level expert. Samochód zostawiony poza parkingiem Ergo, aby nie ugrzęznąć w korku, kurtki w samochodzie, przy ostatnim utworze taktyczne wycofanie się do wyjścia. I tym sposobem 25 minut po wybrzmieniu Personal Jesus byliśmy już w domu, na drugim końcu Gdańska.

I dopiero teraz, kiedy dom ogarnięty i spokojnie siedzę z komputerem na kolanach powoli dochodzi do mnie, że właśnie zobaczyłem i usłyszałem coś, co będę długo wspominać. Podkreślę jeszcze raz, że nie jestem psychofanem Depeche Mode, ale bardzo cenię ten zespół za muzykę jaką tworzy. Dystans, który mam pomógł by mi skrytykować dzisiejsze show, gdyby minusy przysłoniły plusy, ale było inaczej. Jutro, na chłodno napisze bardziej szczegółowo, ale teraz chcę złapać tę wciąż brzmiącą chwilę. Najlepsze fragmenty tego koncertu to:

  1. Walking In My Shoes - wiem, że pisałem w trakcie maratonu  z DM, że mam problem z płytą, z której pochodzi ten utwór, ale dziś jestem bezkrytyczny. To był najlepszy fragment koncertu.
  2. Cover Me - mój nos kilka dni temu podpowiedział mi, że to jest klucz do Spirit. Dziś zagrał ponadprzeciętnie, narastał tak, że na samym końcu musiałem przypomnieć sobie, że trzeba oddychać, tak długi wstrzymywałem powietrze w płucach
  3. In Your Room - w pewnym sensie fabularny wstęp do Walking In My Shoes. Nie mogę nic innego powiedzieć niż to, że Songs of Faith & Devotion na żywo wypadła ponadprzeciętnie. 
* * *
A teraz na spokojnie. Przespałem się z tym koncertem, wymieniłem już kilka maili i telefonów ze znajomymi, wysłowiłem kilka własnych opinii. Pora je spisać.

Pierwsze niepokojące sygnały związane z nagłośnieniem odebrałem od przedgrupy Black Line. Wiem, że często bywa tak, że support po prostu brzmi gorzej... więc jeszcze na spokojnie czekałem. Trochę pospacerowaliśmy po Ergo, pogadaliśmy ze znajomymi i 15 minut przed planowanym rozpoczęciem koncertu zajęliśmy miejsca centralnie na płycie, mniej więcej w 3/4 odległości do sceny...


Punktualnie o 20:45 z głośników usłyszeliśmy Revolution - Beatlesów. Po chwili burza oklasków i na scenie pojawili się Panowie Fletcher, Gore i Gahan z dwoma muzykami towarzyszącymi (w tym żywa perkusja!). Na początek Going Backwards - a ja zastanawiam się, czy dlaczego brzmienie jest takie kiepskie... czy może trzeba przyciskać się do przodu? A może tylko ja za bardzo nie lubię tego utworu? I kiedy trwałem w tych przemyśleniach ze sceny poszła totalna petarda: It's No Good - na chwilę przestałem myśleć o brzmieniu tylko dałem się porwać. Kiedy po energetycznym It's No Good zespół zaczął grać Barrel of a Gun, przez chwilę nie byłem nawet w stanie go rozpoznać. I w tym momencie pojawiła się pierwsza wątpliwość. Skoro tak mocny kawałek jest jakiś rozjechany i dudniący, to co będzie dalej? A Pain That I'm Used To jeszcze bardziej utwierdził mnie w tym przekonaniu.

Czy pisałem już wcześniej jaki jest mój ulubiony kawałek z Ultry? Jest nim Useless. Niestety tym razem musiałem zastosować trik przetrenowany na koncercie Sisters of Mercy, czyli wyłączyć słuch i równolegle do obrazu odtwarzać sobie dźwięki znane z płyty w środku głowy. Na wielkim ekranie za sceną zarówno w tym utworze jak i kolejnych wyświetlane były fabularne miniatury. Nie tylko mazaje i plamy, ale filmy, które oglądało się z zapartym tchem. Długie, spokojne kadry, ciekawe kompozycje obrazów zamiast epileptycznej napierdalanki świateł jakiej czasami doświadczam na innych koncertach.

Kolejny Precious wprowadził mnie w klimat koncertu. Może brzmienie poprawiło się do tego czasu, a może przestało mi ono przeszkadzać. Na pewno przestałem na nie zwracać uwagę i skupiłem się na muzyce, obrazie i atmosferze. World In My Eyes zabrzmiał poprawnie, no i został bardzo żywiołowy odebrany przez publiczność spragnioną hitów z Violatora. Pierwszą część koncertu zakończył Cover Me. Za plecami muzyków wyświetlono teledysk w stylistyce futurystycznych filmów Fritza Langa. Gahan przechadzał się w nim ulicami ubrany w skafander kosmiczny, a potem poleciał w kosmos. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki, po raz pierwszy powiedziałem sam do siebie w głowie: "WOW"


Podział koncertu na pierwszą i drugą część jest tylko symboliczny, nie było dłuższej przerwy, a w kolejnym, akustycznym Insight w rolę wokalisty wcielił się Martin Gore. Następnie płynnie (w kontekście klimatu) zespół przeszedł do Home. Końcówka utworu wyśpiewywana przez publiczność brzmiała jeszcze długo po tym jak zespół przestał grać. In Your Room został zagrany z towarzystwem obrazu przedstawiającego tańczącą parę. I o ile nie mogę się przekonać do płyty Songs of ... to na żywo całkowicie mnie powalił. Nie miałem żadnych oczekiwań, żadnego pozytywnego kontekstu związanego z płytą, a na żywo magia. Drugie "WOW" na tym koncercie. Do tego stopnia zostałem oczarowany, że nawet kolejny Where's the Reveolution mi się spodobał :)

Ale najbardziej energetyczna część koncertu była wciąż przed nami i zaczynała się właśnie teraz. Stare hity, starego elektronicznego Depeche Mode z żywą perkusją wypadły znakomicie. Nóżka ruszała się sama: Everything Counts, Stripped, Enjoy the Silence, Never Let Me Down Again... 


Wszystkiego pomiędzy Construction Time Again a Violatorem mógłbym słuchać w takich wersjach bez końca. Ale właśnie teraz koncert się skończył. Przynajmniej część główna. Ale wypełnionej co do ostatniego miejsca Ergo Areny nie trzeba było namawiać do skandowania :)

Bisy rozpoczął ponownie zaśpiewany przez Martina, akustyczny I Want You Now, a potem... Walking In My Shoes. Na ekranie pojawił się klip, od którego nie byłem w stanie oderwać oczu. Trzykrotne "WOW" i najlepszy fragment tego koncertu.


Koncert dopełniły zagrane na pełnym powerze: A Question of Time oraz Personal Jesus. Nie czekałem na więcej bisów, bo wiedziałem, że już ich nie będzie. Uciekliśmy szybko z hali, mając niewielkie poczucie straty, tych kilku minut końcowego bicia braw i 1% szans, że może jeszcze wyjdą.


Zapamiętam ten wieczór na długo. Playlista doskonała, Depeche Mode w formie, czysto elektroniczne utwory zagrane z perkusją dały radę. Zastanawiam się nawet czy nie zrobić sobie małego appendixa do mojego cyklu "Running with Depeche Mode" i nie pobiegać z ich koncertami?

* * * 

A wszystkim, którzy się dziwili, że przyszedłem na koncert w koszuli i marynarce chciałbym powiedzieć, że to nie była żadna pomyłka, ani nie przyszedłem prosto z pracy (albo już ubrany na jutro do pracy) tylko oddawałem cześć wczesnemu Depeche Mode i młodemu Dave'owi Gahanowi, który występował tylko w marynarkach ;)

3 komentarze:

  1. A propos "Nóżka ruszała się sama". Nie jestem w stanie zrozumieć jak możesz słuchać tych wszystkich płyt w czasie biegania. Kiedyś też próbowałem, ale automatycznie wskakiwałem w rytm muzyki i wychodziły z tego jakieś dziwne interwały. A jak zapuściłem coś w stylu Luxtorpedy, to od razu włączało się tempo rzędu 3:20km/min i po kilometrze padałem. Owszem, z audiobookami czy podcastami biegać mógłbym. Ale z muzyką nie potrafię. Chyba masz jakiś dar :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo lubię to pytanie! :)

      Bieganie z muzyką to nie taniec ciała, to taniec duszy, a on może tańczyć w zupełnie innym rytmie niż nogi.

      więcej napisałem kiedyś tutaj: http://runaroundthelake.blogspot.com/2015/12/run-listen.html

      to taki mój wpis-manifest

      Usuń
  2. Ale ja nie brałem tej muzyki po to by się stymulować. Nie byłem w stanie oddzielić jednego od drugiego. Próbowałem jakoś to odseparować, ale mi się nie udało. Z wpisu wynika że to wina złych słuchawek, bo na co dzień lubię słuchać muzyki i nie jest mi obojętne jakiej.

    OdpowiedzUsuń

Podobne wpisy