sobota, 23 lipca 2016

Ścieżka i ja

Czasem mam ochotę po prostu pobiegać. Nie myśleć o niczym, nie odkrywać nowych lądów ani nowych tras dookoła jezior. Biegowa przygoda oczywiście jest fajna, ale czasem mam ochotę biec po nitce, do przodu, bez rozglądania się na boki i zastanawiania gdzie skręcić. Ścieżka i ja. Ścieżka ja i muzyka w słuchawkach.


Jeszcze wczoraj wieczorem zastawiałem się jakie jezioro obiec. Na liście jest Wielimie koło Szczecinka (można by połączyć z parkrunem) oraz kawałek dalej jezioro Lubie. Jako opcja bez uruchamiania rano samochodu (bo weekend spędzam u Teściów w Chojnicach) rozważałem także pokręcenie się po nowych ścieżkach w Borach Tucholskich z mapą w ręku.


Kiedy rano, w okolicach 9-tej moje ciało astralne wróciło do fizycznego zacząłem wymyślać 1000 powodów aby opóźnić swoje wyjście. Po prostu miałem kompletnie wyczerpane zasoby silnej woli i kreowanie z biegania przygody zaczęło mnie zwyczajnie osłabiać. To był ten moment kiedy wybrałbym nawet generalne porządki albo czesanie psa zamiast biegania.... Pies mojej ex-dziewczyny był czesany tylko dwa razy w roku. Za każdym razem był to znak, że zbliża się sesja i trzeba się uczyć :)

W końcu do plecaka wpakowałem 1,5 litra wody i puszkę coli. I wybiegłem.


Po kilkunastu minutach poczułem to czego tak naprawdę potrzebowałem. Brak konieczności podejmowania decyzji. Biegłem ścieżką, która wiedziałem, że ciągnie się przed siebie przynajmniej 30 km. Kierunek Charzykowy, Funka, Bachorze, Małe Swornegacie, Chociński Młyn. Prosta ścieżka pieszo-rowerowa przy brzegu jeziora Charzykowskiego.


W słuchawkach poleciała płyta: The Eye - Yello, potem Motion Picture i Baby. Ta ostatnia totalnie mnie wzruszyła, bo doskonale pamiętam ją z początku lat 90-tych, zdzierałem taśmę z Baby dziesiątki razy, ale potem na lata wpadła w otchłań niepamięci.



Kiedy w Chocińskim Młynie gps powiedział, że to już 21 km - odwróciłem się na pięcie i rozpocząłem powrót dokładnie tą samą ścieżką. W głowie całkowity spokój, tempo około 6:25 min/km.

Na 35 km zatrzymałem się w sklepie w Funce. Kupiłem pół litra gazowanej, zimnej wody i położyłem się na ławce pod sklepem...

Gdyby ten bieg skończył się w tym momencie uznałbym go za najbardziej zchillowany bieg ostatnich miesięcy. Ale 10 minut przerwy całkowicie mnie rozbiło. Zacząłem się męczyć aby utrzymać tempo 7:00 min/km. Włączyłem sobie Stairway to Heaven, potem Child in Time i Hey You. Czyli z grubej muzycznej rury. Nie pomogło. Moje nogi chciały iść. Z trudem namówiłem je na Gallowaya...


Pomyślałem sobie, że gdyby biegacze byli tirowcami, to powinni nam z urzędu założyć tachografy umożliwiające bieganie nie więcej niż 35 km dziennie :)

Na 40 km, na rogatkach Chojnic wymarzyłem sobie Michała Joszczaka stojącego z zimnym piwem. Niestety Michał mnie zawiódł. Nie domyślił się i nie stał :)


Doczłapałam do domu. 42,2 km i 4 godziny 46 minut.

Piwo przezornie schowałem do lodówki rano.

Z jednej strony ten bieg był cudowny bo przez niemal 4 godziny wyłączył mi głowę i zresetował wszystkie systemy. Ale po 35 km zaczął dobierać się do resetu nóg :)

Ja i ścieżka. Ja, ścieżka i Yello w słuchawkach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podobne wpisy